Berlinale (5):  Nieudani mężczyźni, samotne kobiety
„Pozitia Copilului” Calina Petera Netzera

Berlinale (5):
Nieudani mężczyźni, samotne kobiety

Jakub Socha

Tegoroczny konkurs główny berlińskiego festiwalu stał na zaskakująco wysokim poziomie. Główną nagrodę zdobył zasłużenie rumuński film „Pozitia Copilului” Calina Petera Netzera

Jeszcze 3 minuty czytania

Facet próbuje odpalić samochód, przekręca kluczyk w stacyjce, ale silnik milczy, więc woła przyjaciela, żeby pomógł mu odpalić na pych. Dwóch mężczyzn bierze się do roboty, ale ustawia samochód pod górkę. To się nie może udać – ludziom, którzy myślą w ten sposób, też raczej w życiu nic nie będzie wychodzić. Mija kilka scen i już wydaje się, że jesteśmy w domu. „An Episode in the Life of an Iron Picker” Denisa Tanovicia ma klasyczną dla pewnego rodzaju kina ekspozycje. Oto widzimy świat, który tonie w syfie – nawet śnieg tego syfu nie przykrył. Ponure domy, w których włączony przez cały dzień telewizor jest najważniejszym domownikiem, tłuste jedzenie na stole, braki w uzębieniu, otyłość, duchota i ścisk. Dzieci, które z nudy dostają na głowy. Matki, które próbują wyczarować coś z niczego. Ojcowie szukający szczęścia na wysypisku śmieci. Wraki aut, które stoją na poboczu – ludzie tłuką w nie siekierą, żeby zawieźć rozmontowane kawałki na skup złomu, a w przerwach grzeją się przy ogniskach z palonych foteli. Psy na łańcuchach. Ogólny marazm, ogromna bieda. Znamy to aż za dobrze, reżyserzy lubią tego typu klimaty. Z tymi klimatami wiążą się oczywiście konkretne historie z cyklu: „biednemu wiatr w oczy”. U Tanovicia jest podobnie.

Berlinale 2013, 07.02 - 17.02 2013Główną bohaterkę pewnego dnia dopadają potworne bóle brzucha. Kładzie się na łóżku, próbuje przeczekać ból, ale ten nie ustępuje. Mąż wiezie ją do szpitala, w szpitalu okazuje się, że dziecko, które nosi w sobie, jest martwe. Potrzebna jest natychmiastowa operacja, ale do operacji potrzebne jest ubezpieczenie, którego nikt w tej romskiej rodzinie nie ma. Choć błagają o pomoc, lekarze są nieugięci. Zaczyna się desperackie poszukiwanie wyjścia z dramatycznej sytuacji. Poszukuje go mąż, ten sam, który odpalał samochód stojący pod górę. Tanoviciowi nie sprawia jednak satysfakcji obserwowanie, jak facet wraz ze swoją rodziną stacza się na dno – w tym pozornym nieudaczniku widzi bohatera, w jego chaotycznych ruchach – bohaterstwo.

Na podstawowym poziomie film Tanovicia opowiada o świecie, który jest źle urządzony i niesprawiedliwy; o człowieku, który niedawno wrócił z wojny, na której widział pokawałkowane ciało swojego brata, wrzucone do plastikowego worka, a teraz żyje na skraju nędzy. Ale najważniejszy jest tu nie publicystyczny temat, tylko szacunek wobec bohaterów – próba pokazania ich godności i tego, że zwyczajnie sobie radzą.

Tanović nie rozstawiał przy tym projekcie żadnej scenografii, nie przywoził ze sobą żadnych rekwizytów, wszystko znalazł w miejscach, w których zdecydował się kręcić, nawet aktorów. Gdy ogląda się ten film, autentyczność nie wydaje się kategorią problematyczną. Tanović do końca zachowuje się uczciwie. Nie szantażuje nagą prawdą życia, z premedytacją wybija skorego do wzruszeń widza z iluzji, pozostawiając w filmie scenę, w której jeden z bohaterów przypadkowo potrąca trzymaną w rękach drabiną kamerzystę. Nie chce, żeby zatracił się on w swojej empatii, a równocześnie nie fantazjuje na temat losu swoich pognębionych bohaterów, nie zsyła im nagle klasycznych filmowych aniołów: manny z nieba, cudownego wybawienia – pokazuje mozolne wychodzenie z dołu wyłącznie o własnych siłach.

W tym krótkim, bo niespełna 80-minutowym, skromnym filmie udało się ominąć pułapki tak zwanego kina społecznego – nie napędza go ani odraza wobec świata, ani świętoszkowate, moralne oburzenie tym, jak został on urządzony, ani durne przekonanie, że opowiadając bajki można go naprawić, tylko solidarność z tymi, którzy zawsze mają pod górkę.

„An Episode in the Life of an Iron Picker”, reż. Denis Tanović

Obok „An Episode in the Life of an Iron Picker”, tego samego dnia w Berlinie pokazano amerykański film niezależny Davida Gordona Greena zatytułowany „Prince Avalanche”. Jego bohaterami też są ludzie na marginesie życia, którzy z tym życiem niespecjalnie sobie radzą, choć jeden z nich akurat przekonany jest, że radzi sobie całkiem dobrze.

Alvin i Lance pracują gdzieś na peryferiach Ameryki – pracują na drodze: wbijają odblaskowe słupki, malują żółtą farbą linie na środku jezdni. Alvin ma się za trapera, uwielbia biwakową egzystencję: rozbijanie namiotu, spanie pod śpiworem, kąpanie się w rzece, obserwowanie przyrody. Lance jest bratem jego dziewczyny – to dzięki tej koligacji znalazł zatrudnienie – i z lekka tępym, napalonym nastolatkiem.

Ich dysfunkcyjność nie jest dla Greena w żadnym wypadku społecznym problemem, którym trzeba poważnie się zająć – jest źródłem humoru, generatorem komicznych sytuacji. Film składa się z szeregu zabawnych scenek, ich aranżowanie nie przeszkadza jednak Amerykaninowi wręcz upajać się światem. Żuczek chodzi tu sobie po liściu, woda szumi w strumyku, drzewa układają się w ładne wzory, polany całe są w złocie. Wszystko jest tu bujne i kolorowe, zarówno byty nieożywione, jak i te ożywione. Wszystko jest w jakiś sposób ekscentryczne, nikt nie robi praktycznie niczego złego czy niemiłego, natura nikogo nie krzywdzi. Świat wydaje się najlepszym ze światów, a wszystkie problemy wydają się zadaniami do rozwiązania.

Berlinale 2013 - werdykt

NAGRODY W KONKURSIE GŁÓWNYM: Najlepszy Film (Złoty Niedźwiedź):
„Poziţia Copilului” (Child's Pose), reż. Călin Peter Netzer
Wielka Nagroda Jury (Srebrny Niedźwiedź): „Epizoda u životu berača željeza” (An Episode in the Life of an Iron Picker), reż. Danis Tanović Nagroda im. Alfreda Bauera (Srebrny Niedźwiedź): „Vic+Flo ont vu un ours” (Vic+Flo Saw a Bear), reż. Denis Côté
Najlepszy reżyser (Srebrny Niedźwiedź): David Gordon Green za film „Prince Avalanche” Najlepsza aktorka (Srebrny Niedźwiedź): Paulina García w filmie „Gloria” w reż. Sebastiána Lelio
Najlepszy aktor (Srebrny Niedźwiedź): Nazif Mujić w filmie „Epizoda u životu berača željeza"(An Episode in the Life of an Iron Picker) w reż. Danisa Tanovicia
Najlepszy scenariusz (Srebrny Niedźwiedź): Jafar Panahi za „Pardé” (Closed Curtain), reż. Jafar Panahi i Kamboziya Partovi

Normalnie można by udławić się tą rozkosznością oraz dobrocią jako zasadami wszechrzeczy – w amerykańskim kinie niezależnym tego typu sposób patrzenia na świat jest zazwyczaj barierą nie do przejścia. Green jednak w swoim gatunku – bo „Prince Avalanche” jest taki samym kinem gatunkowym jak choćby „Szklana pułapka” – jest bardzo skuteczny. Ma słuch do dialogów i pauz, umie podsycać uwagę widza. Aktorzy grają z niebywałą naturalnością, operator jest świetnym kolorystą, dostrzega szczegóły, jest równie ekscentryczny, jak tych dwóch gości od robót ulicznych. Doskonale wykonany produkt, świetna robota rzemieślnicza, niby rzecz podobna do tych wszystkich indie-popowych bajek, jednak na każdym poziomie te bajki przewyższająca.

Tanović i Green wyjechali z Berlina z zasłużonymi nagrodami: Bośniak z grand prix, Amerykanin z nagrodą za reżyserię. Jednak nie do nich należał tegoroczny festiwal. Nie należał on przede wszystkim do nieudaczników, tylko do kobiet: złamanych przez życie, niemłodych, samotnych.

Camille Claudel z zaskakującego filmu Bruno Dumonta „Camille Claudel 1915”, w którym Francuz po raz kolejny sprawdza, czy coś takiego jak „świeckie kino religijne” jest w ogóle do pomyślenia. Chyba dawno nie był tak blisko celu. Dumont z premedytacją komplikuje opowieść, w której żaden klucz (nieszczęśliwe dzieciństwo, frustracja seksualna, żar genialnego artysty) nie otwiera biografii Claudel. Szyki dodatkowo komplikują obrazki nie tak znowu opresyjnego szpitalnego nadzoru, nie tak znowu złych katolickich opiekunek, a nade wszystko fantastyczna scena z bratem rzeźbiarki, nawróconym Paulem Claudelem, który rozebrany od pasa w górę pisze list do ukochanej siostrzyczki. Jego ręka prowadzi na papierze wzniosłą opowieść o cudzie wiary, o tym, że wszystko będzie, bo musi, być dobrze, jego korpus zaś opowiada o tym, że nie ma ucieczki od mięsa. Nienaturalnie wykręcone, blade, zwaliste ciało pisarza jest bardziej obsceniczne niż schorowane ciała kobiet, które przebywają w tym samym zakładzie zamkniętym, co rzeźbiarka. Równie brzydkie wydają się jego deklaracje, jego wiara jest pusta, nie stać go nawet na mały gest empatii wobec siostry, która wyczekuje go jak zbawienia. Odtrącona Camille Claudel przyjmuje jednak jego brak ze zrozumieniem. Jak Bressonowska Mouchette szarpie się ze światem, ale ostatecznie bierze wszystko na siebie, choć żaden znak, zarówno na ziemi, jak i na niebie, nie sugeruje, że warto.
 

„Camille Claudel 1915”, reż. Bruno Dumont

Bettie z francuzkiego „Elle s'en va” Emmanuelle Bercot, ciepłej opowieści o trochę pokręconej sześćdziesięciolatce, dość niespodziewanie zaczynającej nowe życie. Catherine Deneuve gra tu byłą miss Bretanii, która straciła kontakt z jedyną córką i utknęła na lata w rodzinnym domu przy boku z lekka toksycznej matki. Bercot daje jej szanse na nowy początek, ale wcześniej każe jej przejść przez rozliczne próby i konfrontacje. Film jest równie elegancki jak Deneuve, i tak samo, jak ta legendarna aktorka, pełen życia. Jego zakończenie może wydawać się zbyt bajkowe, ale ta bajkowość jest konsekwentna, dobrze współgra z przenikającym „Elle s'en va” optymizmem, który zawiera się w wieńczącym film banalnym haśle: „życie toczy się dalej”.

Tego przekonania nie podziela Sebastián Lelio, chilijski reżyser, który przywiózł do Berlina film „Gloria”. Tytułowa Gloria próbuje zacząć raz jeszcze, chce znaleźć jakiś pomysł na siebie – na swoje samotne życie na dwa lata przed sześćdziesiątymi urodzinami. Chodzi na bale dla seniorów, słucha sentymentalnych piosenek, umawia się z będącymi w tym samym wieku panami. W końcu spotyka kogoś, kto, jak się wydaje, będzie mógł zaspokoić jej tęsknoty i potrzeby. Niestety, ten ktoś wchodzi do ich nowego, wspólnego życia ze swoją przeszłością. Gloria, grana z oddaniem i ze sporym wyczuciem przez Paulinę Garcię, która z Berlina wyjechała z nagrodą dla najlepszej aktorki, nie jest jednak gotowa na kolejny kompromis. Zamiast niego woli zaakceptować już to, co ma, a raczej to, czego nie ma. Kolejna święta?

Film Lelio przez akredytowanych przy festiwalu dziennikarzy przyjęty został zaskakująco dobrze – zaskakująco, bo niewiele różni go od opowieści z cyklu „urzekła mnie twoja historia”, które można oglądać w telewizji w środę po wiadomościach. Niewielka, ale zasadnicza – Chilijczyk nie boi się starych ciał, nie zamyka się na to, że czas się z ludźmi nie zawsze delikatnie obchodzi i nie stara się udowodnić, że na każdego czeka nowe otwarcie. Niestety, nie oferuje też wiele ięcej. Szkoda, że tej historii nie wyreżyserował ktoś z większym rozmachem; ktoś taki, jak na przykład Almodóvar. Ten na pewno potrafiłby Glorię, tę kobietę na skraju załamania nerwowego, zabrać gdzieś dalej niż do hotelu nad morzem i na strzelnicę. Rozpiąć z mieszczańskiego gorsetu, w który wepchnął ją Lelio, i nade wszystko o nią powalczyć. 

Cornelię z „Poziţia Copilului” Călina Petera Netzera początkowo wszystko różni od Bettie, Glorii czy Camile. Nie ma problemów z głową ani z komornikami, nie siedzi sama w swoim domu wsłuchana we wrzaski zza ściany, nikt jej nie trzyma wbrew woli w zamknięciu. Należy do rumuńskiej socjety, więc ma sporo przyjaciół i dużo zajęć. Wieczory spędza na bankietach, uroczystościach i balach, kupuje modne i cenione książki (chociaż ich nie czyta), jeździ terenowym autem. Cornelia ma jednak problem z dorosłym synem, który nie dość, że związał się z nieodpowiednią kobietą, to jeszcze potrącił dziecko na drodze, a potem uciekł z miejsca wypadku. Gdy tylko matka dowiaduje się o tragedii, szybko wkracza do akcji. Całe szczęście nie zaczyna się rumuńska „Drogówka” – patologie i korupcje Netzer załatwia w kilku scenach, nie daje ponieść się fantazji i grotesce; nie odpuszcza bohaterce; zamiast redukować ją do figury, analizuje jej kolejne zachowania i porywy.

„Poziţia Copilului” skonstruowany został z serii konfrontacji, którymi zostaje poddana Cornelia: z władzą, z synem, jego partnerką, wreszcie rodziną zabitego w wypadku dziecka. Cornelia – kobieta wampir (wampir-żona, wampir-obywatelka, wampir-matka) po raz pierwszy zostaje skazana na odgrywanie roli pasywnej. Nie chce się z tym pogodzić, bo nie chce utracić wyobrażeń na temat swojego zachowania i swojego miejsca w świecie. Nie mamy tu jednak do czynienia ani z sądem, ani z rodzajem linczu na bohaterce. Jest nieustanny klincz, który blokuje ekspiację i skutkuje wyparciem. A wszystko to w imię miłości do syna, która jest wypadkową władzy i pożądania. To na niej zostaje położony punkt ciężkości tego przewrotnego filmu, zaczynającego się jak ostre kino społeczne.

Cornelia z czułością wklepuje maść w poranione ciało syna, z cierpliwością przyjmuje jego przekleństwa, z niedowierzaniem słucha o seksualnych upokorzeniach, które jej dziecko serwuje swojej partnerce, wreszcie na kolanach błaga rodziców zmarłego dziecka o niezakładanie sprawy w sądzie, równocześnie proponując łapówkę. W tym gęstym dramacie ludzie nie mogą się spotkać, wypowiedzi nie chcą się zazębić. Syn jednak w końcu wykonuje gest, który nie mieści się w płaskim horyzoncie tego świata. Doskonale pasuje jednak do tego świetnie pomyślanego filmu, w którym celne obserwacje społeczne łączą się z wnikliwymi portretami psychologicznymi, podszytymi jednakże przekonaniem, że nie wszystkie emocje da się sparafrazować, a ich siły – stematyzować.

Rumuński film wyjechał z Berlina ze Złotym Niedźwiedziem – jak najbardziej zasłużenie.