Filip Zawada, „Świetne sowy”
fot. Robert Więcek

Filip Zawada, „Świetne sowy”

Zofia Król

Nie pierwszy raz zwierzęcy świat staje się wytrychem do ludzkiego. U Zawady jednak cała menażeria nie bardzo do siebie pasuje i wciąż na nowo podważa ustalone ramy poprzedzającego wiersza, poprzedzającego wersu

Jeszcze 1 minuta czytania

Zawada mierzy człowieka kurą i kogutem. Metafizyczne odjazdy, jakie raz po raz funduje czytelnikowi każdy prawie wiersz mniej więcej do strony 44, osadzone są na motywach drobiowych: naprężone „kukuryknięcie” już na stronie siódmej budzi wszystkie koguty i ustanawia przestrzeń dla całego tomu – a kury stają się miarą człowieczego przerażenia i złości, rozpaczy, sensu egzystencjalnych pytań i samego języka. W tym świecie wyciem jest pianie – bardziej niż wycie histeryczne, intensywne, bezcelowe, dobywające się z teraźniejszości pomiędzy „gównami, które zostawia za sobą” piejący, a tymi, które ma jeszcze przed sobą. Ów kurnik-świat składa się z praelementów: gówien właśnie, odgłosów, kroczących bez celu zwierząt drobiowych, z którymi ludzie powiązani są ściślej znacznie niż metaforą. Świat ów tworzy konstrukcję zupełnie prostą i całkowicie tragiczną, jak ogórkowa, „ugotowana według dwóch przemian. / Sól i pieprz”.

Filip Zawada, „Świetne sowy”. Biuro literackie, Wrocław,
80 stron, w księgarniach od lutego 2013
Podobnie jak to bywało z Białoszewskim – choć na tym raczej kończą się niż zaczynają ich podobieństwa – łatwo Zawadę płasko zaklasyfikować jako poetę „lingwistycznego”, i w interpretacjach poprzestać na językowych wygibasach. Tyle że jego dziecięce, niby-naiwne frazy tylko na pierwszy rzut oka bazują na językowych dziwnościach – w rezultacie spełniają rolę znacznie poważniejszą i, podobnie jak zawołania dziecka, wprost demaskują rzeczywistość. Oto na przykład wers „ja się zwyczajnie boję” dodany pod koniec wiersza o „nie nietoperzu” wybrzmiewa – jak rzadko, nawet w obrębie poezji – do samego dna każdego ze składowych słów. Strach wylewa się poza językowe możliwości poety – staje się rzeczywisty.

Nie pierwszy raz zwierzęcy świat staje się wytrychem do ludzkiego. U Zawady jednak cała menażeria nie bardzo do siebie pasuje i wciąż na nowo podważa ustalone ramy poprzedzającego wiersza, poprzedzającego wersu: kogutom i kurom towarzyszą – znów, po dziecięcemu przekorne – „nie nietoperze”, które określone zaimkiem „ci” zamiast „te” nabierają człowieczeństwa; ptaki, które „jedzą, coś gubią, później tego szukają, i tak w kółko”; oraz tytułowe „świetne sowy”, które przez dodanie przymiotnika absolutnie do sów niepasującego – zwierzę może być w utartej normie językowej „świetne” chyba tylko na talerzu – tracą jakąkolwiek oczywistość, także brzmieniową. Zderzenie dziwacznej zwierzęcości z niepasującym do niej językiem staje się do pewnego stopnia modelem całego tomu. „Kukuryku, kurwa, kukuryku!!!”.

Port Literacki 2013

20 kwietnia (sobota) o godz. 16.30 na Porcie Wrocław czytania z książek: Katarzyny FETLIŃSKIEJ „Glossolalia”, Andrzeja SOSNOWSKIEGO „Sylwetki i cienie” i Filipa ZAWADY „Świetne sowy”. Prowadzenie: Piotr ŚLIWIŃSKI.

Niestety od wspomnianej strony 44 – dotąd właściwie genialny, a z pewnością świetny – tom się psuje. Pojawiają się koncepty, konstrukcje, aforyzmy, przeróbki i podróbki, kpiny, parafrazy, pomysłowe końcówki pozbawione skutecznie drugiej warstwy – i choć fragmenty bywają zabawne, a celowo nieporadna lakoniczność na ostatnich stronach wielokrotnie cieszy i spojrzenie odmienia – szkoda trafionego koguciego absurdu, który wybrzmiałby znacznie silniej bez tego towarzystwa.