Landryna

Landryna

Jakub Socha

Autorem „Spring Breakers” jest Harmony Korine, scenarzysta „Dzieciaków”, reżyser „Trash Humpers”, jedna z bardziej ekscentrycznych postaci w amerykańskim kinie

Jeszcze 1 minuta czytania

Cztery koleżanki z college’u planują wyrwać się z domu i spędzić wiosenną przerwę szkolną na słonecznej Florydzie. Nie mają za wiele w głowie, nie mają też kasy, dlatego napadają na lokalny bar, a potem wsiadają do autobusu, który wiezie je do raju. O, jak im się tam podoba! Tak niewiele im potrzeba do szczęścia: plaży, morza alkoholu, kilku gramów kokainy, szwadronu nagich byczków. Dzielą się ze sobą radością, śmieją się, deklarują, że wreszcie znalazły swoje miejsce. W telefonicznych rozmowach z rodzicami chwalą się, że znajdują się w przestrzeni niemalże mistycznej, głębokiej jak studnia. Tylko im się wydaje – ten świat jest jedynie powierzchnią, wielką landryną. Jego charakter świetnie oddaje już otwierająca sekwencja, która przypomina wideoklip. „Party All The Time”. Tłum nastolatków wygina się w rytmie wściekłego techno. Dziewczyny liżą lody na patyku, wkładają je sobie głęboko do gardeł, chłopcy trzymają na wysokości krocza butelki z piwem i wlewają ich zawartość prosto do ust klęczących przed nimi koleżanek. Korowody biustów i gołych klat. Wszyscy rozpaleni; wydają się szczęśliwi, wyglądają jakby byli w amoku.

Tego typu obrazki będą powracać. Film „Spring Breakers” ma strukturę zapętlonego hiphopowego klipu, w którym powracającym motywem jest dźwięk przeładowywanej broni. Korine jedzie po bandzie. Adoruje kicz, upaja się gestami, celebruje prymitywną energię tak mocno, że w końcu wszystko przelewa się na drugą stronę. W jego strategii nie ma moralnej wyższości – autor „Gummo” bardziej niż ze swoich bohaterek pokpiwa sobie z pewnych królujących wzorów kultury, których symbolami są gangsta-raperzy, blond nimfomanki, obwieszeni złotem biali Afroamerykanie oraz surferzy na sterydach. Jednak nigdy nie wpada w ton kaznodziei. To nie tak, żeby była jakaś alternatywa; pokazywane w początkowych partiach filmu sceny ze spotkań młodzieży katolickiej wyglądają nie mniej idiotycznie. Co więcej, po pewnym czasie wchodzi na scenę niejaki Alien (w tej roli wydziarany James Franco w zaplecionych warkoczykach, paradujący w tak zwanych grillz, srebrnych nakładkach na zęby), który przekonuje, że nie ma nic złego w chlaniu, ćpaniu, nieustannej imprezie, że bycie złym – zajmowanie się dilerką, złodziejstwem, rozbojami – może być całkiem fajnym pomysłem na życie. 

„Spring Breakers”, reż. Harmony Korine.
USA 2012, w kinach od 5 kwietnia 2013
Alien, chodząca parodia gangstera, bierze nastolatki pod swoje skrzydła. Szybko znajdują porozumienie – mimo że jest od nich sporo starszy, okazuje się takim samym dzieckiem jak one. Wożą się po mieście, odwiedzają nocne kluby, śpiewają wspólnie piosenki Britney Spears. „Niech będzie jak w filmie” – tego życzyły sobie przed wyjazdem cztery bohaterki, i właśnie to Korine im sprezentował. Pozwolił im zagrać w filmie, tyle że w filmie zrobionym na sterydach, który przechwytuje i przegina styl oraz figury z najbardziej śmieciowych amerykańskich produkcji. „Spring Breakers” odwołuje się także do innych, bardziej szlachetnych wzorów, ale i z nich się wyśmiewa. Niesforne dziewczyny idą przecież ścieżką „Człowieka z blizną” czy „Bonnie i Clyde”, ale robią to w rytmie „Hit me baby one more time” Spears i w odróżnieniu od tamtych bohaterów wszystko uchodzi im na sucho: nie ponoszą klęski, społeczeństwo nie karze ich za występek. Jeszcze o jednym trzeba wspomnieć: w tym pokręconym śnie główne role zagrały idolki amerykańskich nastolatek, występujące na co dzień w tak niepokalanych produkcjach, jak „High School Musical” czy „Wizards of Waverly Place”.