Książka po książce
rys. Masza Krasnowa-Szabajewa / Flickr CC

Książka po książce

Ewa Stusińska

Książka rozpada się na zbiór słów, rozpuszcza się w hipertekście, zmienia się w nieskończoną liczbę znaków, z których każdy odsyła do kolejnego. Książka traci ciało

Jeszcze 4 minuty czytania

Wbrew pozorom czytamy więcej niż kiedykolwiek w historii. Z danych udostępnionych przez SocialBakers wynika, że w Polsce konto na Facebooku ma już 8,3 miliona osób, a w 2011 roku statystyczny Polak wysłał 1352 smsy (prawdopodobnie podobną liczbę otrzymał). Samo przejrzenie zawartości serwisu społecznościowego, skrzynki pocztowej i nowych wiadomości w telefonie… spełnia stosowane w ankietach kryterium artykułu dłuższego niż 3 strony tekstu. Czytamy, ale czytamy inaczej. To książka umarła.

Niby zachowuje pozory dawnej formy, przywdziewa stare szaty: okładkę i wkład, zawierający określony początek i koniec, podział na strony, numerację, kartę tytułową, a na niej niepowtarzalny 13-cyfrowy identyfikator, tytuł, a także imię i nazwisko autora. Jednak gdy się przyjrzeć bliżej, jej ciało rozpada się. Symptomów chorobowych jest wiele: od zaniku namacalnej, zmysłowej formy książki i kultury jej odbioru, przez wytworzenie cyfrowego symulakrum, rozpuszczenie w hipertekście, zanik oryginału, nowe modele czytania i pisania, wspierane przez nowe technologie.

Fantomowe ciało książki

Projekt Google Books, który ma na celu digitalizację wszystkich istniejących książek, jest gargantuiczny – dotyczy wszystkich języków świata i wszystkich książek, wydrukowanych od czasów „Biblii” Gutenberga. Możliwości, jakie stwarza zamiana całego piśmiennego dorobku ludzkości na postać cyfrową są imponujące – przy pomocy najprostszej wyszukiwarki internetowej w ciągu kilku sekund będzie możliwe sprawdzenie informacji i uzyskanie precyzyjnych danych ilościowych. Danymi dotyczącymi kultury zajmuje się Culturomics, projekt stworzony przez naukowców z Harvardu do przeprowadzania ilościowych badań leksykologicznych, operujących na danych zgromadzonych przez Google Books. Program pozwala sprawdzić na przykład popularność danego słowa w określonym języku, a w przyszłości prawdopodobnie również jego pierwsze i ostatnie użycie, możliwe zastosowania i znaczenia, itd. Za pomocą jednego kliknięcia można uzyskać dane ilościowe na temat wpływu „Freuda” na kulturę, zróżnicowanego w zależności od czasu, języka czy narodowości. Na chwilę obecną Google Books Ngram Viewer bazuje na zbiorze 5 milionów książek w 7 językach.

W jednym z pierwszych badań Aviva Presser Aiden sprawdziła statystyki nazwisk pojawiających się w literaturze niemieckiej w I połowie XX wieku i porównała je z angielskim korpusem tekstów z tego okresu. Powszechnie wiadomo, że rządy III Rzeszy doprowadziły do cenzury wielu twórców ze względu na ich żydowskie pochodzenie. Statystyki spadku występowania pewnych nazwisk pokrywają się w 80% z listami osób wpisanych na indeks ksiąg zakazanych. A co z pozostałymi 20%, o których nie wspominają dokumenty zgromadzone przez historyków?

fot. libraryman / Flickr CC

Badania te nie zastąpią z pewnością analizy jakościowej, ale digitalizacja książki i nowe formy analizy mają swoje konsekwencje. Książka, choć długo opierała się podobnym mechanizmom, rozpada się na zbiór cytatów/słów jak niegdyś koncepcyjne albumy muzyczne, które dziś funkcjonują przede wszystkim jako oderwane od siebie single. Książka w sieci rozpuszcza się w hipertekście. Zmienia się w nieskończoną liczbę znaków, z których każdy odsyła do kolejnego. Książka traci ciało. I nie chodzi tu jedynie o materializację intertekstu ani antycypowane przez literaturę postmodernizmu eksperymenty na otwartym ciele książki: wielość początków i zakończeń, ogród o rozwidlających się ścieżkach możliwych narracji. Granice stały się płynne, a może nawet przestały istnieć.

… lub czasopisma

W lipcu 2009 roku New York Times doniósł, że Amazon.com wycofał ze sprzedaży dwie książki po tym, jak wykryto, że nie ma praw do ich dystrybucji. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby firma dodatkowo nie usunęła zdalnie wszystkich kopii z czytników swoich klientów, ujawniając tym samym ogromną władzę, jaką współcześni wydawcy mają nad wirtualną treścią. Co ciekawe, chodziło o „Rok 1984” oraz „Folwark zwierzęcy” George’a Orwella.

Współczesne czytniki mają możliwość aktualizowania książek (na przykład poprzez zastępowanie ściągniętych książek nowymi edycjami). Umożliwia to automatyczne i bezkosztowe poprawienie błędów, dodawanie nowych informacji (wstęp, przypisy), ale również ingerencję w sam tekst, który bez papierowego ciała może mutować w nieskończoność. Zmieniany pod wpływem perfekcjonizmu autora, skrupulatności redaktora, ale też cenzury, spamu czy hakerstwa za pomocą jednego kliknięcia może niezauważalnie zmienić swoją postać. Wraz z nadejściem epoki cyfrowej umiera nie tylko fizyczne ciało książki, ale również ciało realne, pozostawiając po sobie fantomowe twory poustawiane na wirtualnych półkach Amazona czy Google.

Proust w klozecie

fot. Arjen StilklikW 2008 roku w głośnym eseju „Is Google Making Us Stupid?”  Nichalas Carr przyznał, że po latach korzystania z komputera i internetu nie jest już w stanie przeczytać grubszej powieści. Lektura, która kiedyś stanowiła dla niego rozkosz, dziś stała się męczarnią. Jego spostrzeżenie zaczęli potwierdzać kolejni czytelnicy, w tym akademicy, dziennikarze, naukowcy, dokonując coming outu, że nie czytają książek. W paradoksalny sposób potwierdzili to również internauci, wpisując w komentarzach pod esejem lakoniczne i bardzo wymowne: TL;DR (ang. too long; didn’t read). Autor postanowił dokładniej zbadać temat i w 2010 roku w książce „Płytki umysł. Jak Internet wpływa na nasz mózg” zebrał szereg kulturowych i naukowych dowodów, by udowodnić tezę o wpływie nowych „technologii intelektualnych” na funkcjonowanie mózgu i proces czytania.

Zapewniając sobie zewnętrzną pamięć, zakłócamy konsolidację wspomnień długotrwałych i rozwój schematów poznawczych. W dodatku zwiększając nacisk na pamięć roboczą, coraz trudniej odróżniamy informacje istotne od nieistotnych. Jesteśmy wielozadaniowi, ale ponosimy wysokie koszty przełączania. Rozwijając refleks, zaniedbujemy refleksję. Hipertekst być może „pozbawi autora patriarchalnej władzy i przekaże rządy czytelnikowi”, ale na chwilę obecną czytelnik więcej rozumie i zapamiętuje, czytając tradycyjny tekst linearny (D. S. Miall, T. Dobson, „Reading Hypertext and the Experience of Literature”).

Śmierć gazet

Fred, bohater kreskówki „The Flinstones”, złościł się, gdy kamienna gazeta rozbijała się na kawałki, rzucona niedbale przez rozwożącego prasę chłopca. Na początku XXI wieku ten koszmar może się powtórzyć. Współczesny Kowalski – jeśli wierzyć plotkom – w 2014 roku zamiast papierowego dziennika w prenumeracie otrzyma tablet.

Najnowszy czytnik skiff-reader / materiały promocyjne

Kilka lat temu Bernard Poulet, wybitny specjalista od mediów, ogłosił śmierć gazet. Jego skrajnie pesymistyczna prognoza nie była jedynie wyrazem troski wydawców o zachowanie starego papierowego modelu prasy. Zniesienie tradycyjnej prasy i przeniesienie informacji do internetu wiąże się z radykalną zmianą samej gazety. Przeciętny internauta nie chce płacić za informację, bo za pomocą blogów, twittów itp. o wszystkim może się błyskawicznie dowiedzieć od naocznych świadków. Jaka jest jednak jakość tych informacji? Kto bierze za nie odpowiedzialność? Kto je ocenia i weryfikuje? I kto za nie płaci? Wątpliwości jest więcej, bo pytanie o przyszłość informacji to też pytanie o wolność słowa w dobie największych monopoli w historii kapitalizmu (Google, Ebay, Yahoo!, Amazon), o społeczeństwo, gdy informacja zamienia się w news, a nad dziennikarstwem śledczym (niegdyś po aferze Watergate uznawanym za archetyp dziennikarstwa) zbierają się czarne chmury. Zdaniem Pouleta zmiana nośnika dla gazety wiąże się zatem z jej śmiercią.

Klasa czytająca

W 2007 roku Maria Popova założyła blog poświęcony kulturze, by udostępniać różne fascynujące ją informacje z dziedziny sztuki, literatury i nauki – od mapy kolejowej Europy z początku XX wieku po odnalezione rysunki Sylvii Plath. Dziś BrainPickings.org odwiedza miesięcznie ponad 1,3 miliona użytkowników, a sama Popova określa się mianem curator of interestingness. Nie ma telewizora. Od 2004 roku nie czyta papierowych gazet. Nie czyta też papierowych książek. Z wypowiedzi, której udzieliła „Atlantic Wire”, wynika, że każdego dnia czyta jednak setki, a nawet tysiące informacji, by wyselekcjonować zaledwie kilka materiałów do codziennych postów. I tak poranek upływa jej na przykład na skanowaniu czerwonych flag w serwisach agregacyjnych jak Summify i The Tweeted Times, przeglądaniu najważniejszych kanałów RSS na Google Reader oraz sprawdzaniu Google Alerts. Następnie na siłowni:

while on the elliptical doing some sprints, I'll do long-form reading on the Kindle and Instapaper apps on my iPad. I also use Evernote a lot while I read so I can clip out quotes and save them for use in articles I'm writing.
(gdy wykonuję biegi na orbitreku, czytam długie teksty na aplikacjach Kindle i Instapaper na moim iPadzie. Podczas czytania, używam również często Evernote, by wyciąć cytaty do artykułów, które piszę.)

Interface czytnika naśladujący półki
z książkami
/ Sam Beebe
Dzięki takiej medialnej diecie Popova wypracowała sposób na przetrwanie w świecie przepełnionym informacjami. Docenił to prestiżowy magazyn „Fast Company”, wpisując ją w 2012 roku na listę najbardziej kreatywnych osób w biznesie. Na przykładzie Popovej można zobaczyć, w jakim kierunku zmierza współczesny człowiek. Popova nie biega, ale wykonuje biegi na orbitreku, nie czyta, ale skanuje informacje dzięki kolejnym aplikacjom Google czy Apple. Wszystko z podobną szybkością i efektywnością, by sprawnie wyselekcjonować te treści, które są jej potrzebne i nie tracić czasu na dłuższe teksty. Aktywność fizyczna rozpada się na szereg wyspecjalizowanych ruchów, dostosowanych do określonych grup mięśniowych, tak samo dzieje się z aktywnością intelektualną. Zmianie modelu czytania towarzyszy zmiana modelu pisania.

The Word is Not Enough

„W czasie swojej 17-letniej historii, Amazon pomógł zmienić sposób, w jaki książki są sprzedawane, format, w którym są czytane i wydawane. Teraz może zmienić to, jak są pisane”. Wraz z rozwojem technologii zmienia się podstawowy software dla pisarzy. Word, reprezentant edytorów tekstu stworzonych do pracy biurowej, a więc dokumentów natychmiast drukowanych i konsumowanych, opartych na zasadzie WYSIWYG (what you see is what you get), ustępuje miejsca nowym, bardziej wyspecjalizowanym narzędziom. Zawodowi pisarze, którzy doświadczyli żmudnej edycji długich tekstów, korzystają raczej z narzędzi WYSIWYM (what you see is what you mean) jak Ulysses czy Scrivener, które oddzielają formatowanie tekstu od samego pisania. Pisząc, nie trzeba przejmować się wyglądem strony, czcionką czy akapitami, ale samą treścią. Na formalną organizację tekstu czas przyjdzie później. Wspomniane programy wprowadzają również szereg ułatwień pozwalających sprawnie zarządzać nawet wielotomowymi sagami, by na przykład jeden bohater miał zawsze ten sam kolor oczu.

Ogromną popularnością cieszą się również tak zwane pełnoekranowe programy do pisania, podobne do pierwszego kultowego WriteRoom, który reklamuje się jako „Pisanie wolne od rozproszenia” (Distraction Free Writing), a praktycznie sprowadza się jedynie do ciemnego ekranu i migającego na zielono kursora. Maksymalnie uproszczony interfejs ma nas uchronić przed pokusą sprawdzenia poczty czy otworzenia kolejnego okna w przeglądarce. Powrót do początków ery cyfrowej?

Niezależnie od edytora, zdaniem Jacka Dukaja, „nie jesteśmy w stanie obejmować myślą i wzrokiem więcej niż ten wycinek tekstu, który akurat znajduje się na ekranie, okno «uwagi fabularnej» jest znacznie mniejsze niż w narracjach tradycyjnych tworzonych na papierze”. Nie zmienia to znacząco wielkości tradycyjnie rozumianej książki („epika w rozmiarze XXL” w rodzaju „Millenium” Stiega Larssona, sagi „Zmierzchu” Stephenie Meyer, „Lodu” wspomnianego wyżej Dukaja), ale zmienia jej strukturę, wprowadzając mikromoduły narracji, symultaniczność akcji i charakterystyczną dla współczesnego zguglowanego umysłu fragmentację. Mówiąc prościej: epika coraz bardziej naśladuje strukturę serialu. Amazon wprowadził nawet nowy rodzaj subskrypcji książek, zwany „Kindle Serials”, polegający na pobieraniu nie całych skończonych utworów, ale świeżo powstających fragmentów. Niewątpliwie mamy do czynienia z odkurzeniem starego dobrego formatu powieści w odcinkach, w ramach którego powstawały utwory Prusa, Sienkiewicza i Dickensa, z tą jednak różnicą, że „Kindle Serials” w dużym stopniu opiera się na komunikacie zwrotnym czytelników.

fot. Uwe Hermann

Książki Beta

Istnieją wyspecjalizowane narzędzia, zaprojektowane do badania reakcji czytelników. Hiptype, stworzony przez 26-latka i 19-latkę, jest wtyczką zaprojektowaną do e-booków, która pomaga wydawcom badać zwyczaje czytelników.  Wystarzy, że czytelnik straci uwagę i przerywie lekturę albo przeciwnie – uzna jakiś fragment za wyjątkowy  (podkreśli go, zrobi notatkę lub udostępni go innym), aplikacja zapamięta preferencje czytelnika i przekaże je autorowi/wydawcy. Komunikat zwrotny jest tu podstawą nie tylko bardziej skutecznego marketingu, ale również możliwej edycji lub reedycji książki. To dość proste narzędzie reklamuje się jako metoda poznania DNA książki sukcesu. Zdradza jednak redukcjonistyczne podejście do literatury, którą można kodować i ulepszać niczym software.

Pomimo ambicji Kindle Serials i Hiptype, warto pamiętać, że chociaż książka jest czytana przez masy, to masy książki nie napiszą. Dowiódł tego słynny eksperyment „A Million Penguins”. 1 lutego 2007 r. Penguin Books rozpoczęło projekt, w którym każdy internauta mógł dołączyć do wspólnego pisania książki za pomocą technologii, które stosuje wikipedia (dodawać nowe, edytować i kasować stare wpisy). W tworzenie „wiki” powieści włączyło się 1,5 tysiąca osób, powstało ponad 1000 stron tekstu. Projekt zakończył się 7 marca.

Jak podsumowują autorzy raportu, produkt końcowy projektu „A Million Penguins” okazał się niezwykłym dziełem kultury, tworem niczym nieograniczonej wyobraźni ludowej rodem z karnawału Bachtina. Czymś nadmiernym, chaotycznym, niepoprawnym, sporadycznie genialnym, antyautorytarnym, momentami porażająco zabawnym, jednak niczym takim, co przypominałoby powieść drukowaną lub mogłoby się nią stać.

Wykazaliśmy, że eksperyment „wiki” powieści był złym sposobem, aby spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy wspólnota może napisać powieść, ale jako przygoda odkrywania nowych form publikowania, tworzenia i współpracy, okazał się pionierski i ekscytujący.

Nowa książka jeszcze nie powstała.