Jeszcze 1 minuta czytania

Jakub Socha

SAM NIE WIEM:
Partyzanci i piraci

Jakub Socha

Jakub Socha

Na prawicowych forach zawrzało, że spisek; polski dystrybutor wystąpił z dramatycznym apelem. Sensacja wokół „Cristiady” – pozdrowienia z Marsa. Najpierw pojawiły się informacje, że pewne środowiska i grupy skazały film na społeczny niebyt, potem opublikowano sprostowanie, że to nieprawda. W zamieszczonym na stronie Frondy apelu z 16 marca czytamy:

Wśród katolickich internautów panuje przekonanie, że producenci „Cristiady” mają problemy z legalną dystrybucją filmu w Polsce. Pojawiły się informacje, że „Cristiada” jest filmem rzekomo „zakazanym w całym laicko-liberalnym świecie”. W związku z tym internauci – ze względu na wyjątkowy chrześcijański przekaz, który niesie „Cristiada” – rozpowszechniają „pirackie” kopie tego obrazu.

Tymczasem film ma oficjalnego dystrybutora w Polsce. Jest nim nasza firma - FT Films z Rzeszowa, która zamierza wprowadzić „Cristiadę” do kin 5 kwietnia 2013 roku. Jednak działania internetowych „piratów” bardzo utrudniają nam dystrybucję obrazu. Powodują, że trudniej jest znaleźć środki finansowe na promocję filmu, a kina proponują nam gorsze warunki wprowadzenia filmu na duże ekrany. Jest to ogromne zagrożenie dla powodzenia całego przedsięwzięcia, którego się podjęliśmy.

W związku z tym zwracamy się do Państwa z apelem o pomoc w walce z rozpowszechnianiem nielegalnych kopii meksykańskiej produkcji. Pragniemy podkreślić, że „piractwo internetowe” jest zwykłą kradzieżą własności intelektualnej. To złamanie prawa i grzech, działanie amoralne i naganne, potępiane przez sam Kościół katolicki.

Jedni straszą układem, drudzy straszą grzechem. Ostatni chrześcijanie na swoich komputerach oglądają ostatnie taśmy prawdy; dystrybutor niczym ewangelista odważnie wbija się klinem w hedonistyczne laicko-liberalne narracje: występuje przeciwko Rzymowi, przywołuje wiernych do porządku, odciąga ich od komputerów i zachęca do pójścia do kina. Nowa krucjata, kultura 2.0 alla polacca. Tymczasem w Polsce ciągle zima, wszystko nie tak.

W piątek film wszedł do kin, trochę wcześniej prawicowy publicysta Andrzej Majewski w swojej recenzji z „Cristiady” napisał: „Często słyszymy, że brakuje dobrych filmów z katolickim przesłaniem czy po prostu obnażających bezprawie, jakim często kończą się rządy lewicy. «Cristiada» Deana Wrighta w dobrym stylu wypełnia tę lukę”. Dobrych recenzji z katolickim przesłaniem też brakuje. Swoją Majewski kończy słowami: „Na pohybel czerwonym. Viva Cristo Rey!”.

Cokolwiek by mówić, celnie oddają one wymowę filmu opowiadającego o Cristeros, powstańcach, którzy w latach 20. XX wieku wypowiedzieli partyzancką wojnę antykatolickim władzom Meksyku. Obserwujemy starcie jasności z ciemnością. Po jednej stronie anioły, po drugiej – ci, którzy narodzili się z gorącej smoły. Wierni kontra banda oprawców. Tych i tamtych łączy tylko jedno – wąsy.

Źli sieją zniszczenie, nie cofają się przed niczym: zabijają księży, niszczą kościoły, torturują małe dzieci. Torturowane dzieci na chwilę przed tym, jak ich małe ciała lądują w ciemnym dole, a ich niewinne dusze w niebie, kreślą na przesiąkniętej krwią ziemi znak krzyża. Wcześniej nie puszczają pary z ust podczas niekończących się przesłuchań; ocalali księża zakładają kapelusze, siadają na koń, wyciągają strzelby. Cristeros przejmują metody przeciwnika – bez wahania strzelają w plecy, napadają na pociągi. Na ich czele stoi generał Gorosieta, który początkowo angażuje się w walkę, bo zwyczajnie nudzi mu się na emeryturze, w końcu jednak nawiedza go sen, który sprawia, że i w nim zapala się święty ogień i rozkwita wiara. 

Film Deana Wrighta, pełen zwolnionych ujęć, nieuprawnionych uproszczeń i boskiego światła, które przepełnia kadry, to w zasadzie kino wojenne, gloryfikujące przemoc jako środek do celu. Śmieszne w swej gorliwości i archaiczne. Patos pożeniony z prymitywnością, nic więcej. Nigdzie dalej i nigdzie głębiej nie trzeba szukać niepowodzenia finansowego filmu. Świat się naprawdę tego filmu nie boi, co najwyżej się z niego śmieje.

Są bez wątpienia ciekawsze filmy na sztandary. „Cristiada” kompromituje tych, którzy ją na nie wciągają; to kino, które nie daje żadnych kluczy do rzeczywistości, jego receptą na zasypanie powiększającej się przepaści między porządkiem świeckim i porządkiem boskim jest przemoc. To, że przemoc raczej alienuje niż zakorzenia w świecie, nikomu z nadwiślańskim bojowników nie spędza snu z powiek – nie przeszkadza im, że tego typu męczeńskie narracje tylko wzmagają odrazę do rzeczywistości i wzmacniają odruchy masochistyczne. Wolą gloryfikować swoją krzywdę, niż zastanawiać się nad tym, że może jednak między sytuacją tamtejszych meksykańskich katolików a sytuacją katolików w Polsce są jakieś różnice.

Nie czas, by roztrząsać różnice. Trzeba się spieszyć, zanim przyjdą czerwoni – wiadomo, że jak przyjdą czerwoni, to najpierw wytną wszystkie lasy. A lasy to podstawa – gdzie jak nie w lesie może zacząć się nowe polskie powstanie skierowane przeciwko dzisiejszemu światu? Przecież nie w internecie – w internecie tylko się grzeszy.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).