Słodki raj niewiary

Słodki raj niewiary

Darek Arest

Filmy „rajskiej trylogii” to w zasadzie ponure i złośliwe komedie. U Ulricha Seidla naturalizm miesza się z kreskówką, a Wielki Bóg musi zmieścić się między meblościanką a keyboardem

Jeszcze 2 minuty czytania

Po wizycie w sztucznym raju miłości, Ulrich Seidl zabiera widzów do równie sztucznego raju wiary. Przypisanie cnót do poszczególnych części „rajskiej trylogii” jest zresztą trochę umowne, bo miłość jest kluczowym elementem i tej opowieści, a Anna Maria to wariant bohaterki tamtego filmu. Nieatrakcyjna, zdesperowana, starzejąca się kobieta rzuca się tutaj nie w ramiona płatnego kochanka z afrykańskiego kurortu, ale w ramiona Jezusa. Jeśli religia ma nadawać sens życiu, nie może być przystawką do niedzielnego obiadu. Anna Maria praktykuje więc bezkompromisowo – zawzięcie biczuje się przed krzyżem, zapamiętale odmawia różańce, opina się pasem pokutnym i wygniata kolanami każdy centymetr podłogi swojego klinicznie czystego mieszkania. W wolnym czasie zawodzi pieśni religijne, modli się ze swoim klubem rycerzy Chrystusa o katolicką Austrię i z Matką Boską pod pachą pielgrzymuje po ubogich mieszkaniach emigrantów, by zagarnąć ich dusze do owczarni Pana.

Kreskówkowy naturalizm
Ulricha Seidla nieco na wyrost i chyba nietrafnie porównywano do słynniejszego rodaka – Michaela Hanekego. Pewnie dlatego, że jego kino także jest ostentacyjnie „zimne” – obserwacyjne, zdystansowane i okrutnie obojętne względem bohaterów. Na swój sposób efektowne, jest jednak dość proste w formie i oczywiste w przekazie. Filmy zrealizowane w ramach „rajskiej trylogii” to niemal komedie – ponure, złośliwe, chłoszczące hipokryzję żyjącego w dobrobycie austriackiego społeczeństwa. Realizm, czy nawet naturalizm, miesza się w nich z kreskówką – Seidl korzysta z krzywego zwierciadła, które deformuje rzeczywistość na tyle tylko, by wydobyć z niej groteskę (a potrzeba do tego naprawdę niewiele). Potrafi wykorzystać potencjał aktorów naturszczyków, wydobyć komizm z banalnych sytuacji, ograć dziwaczność przestrzeni. Zręcznie bawi się brzydotą, kontrastem i symetrią. Otoczenie w jego filmach mówi dużo o bohaterach i zwykle jest to głos krytyczny.

Bohaterka najnowszego filmu także nie cieszy się specjalnymi względami reżysera. Seidl patrzy na nią jak na trochę śmieszną, a trochę straszną wariatkę. Szydzi z jej ślepej krucjaty prowadzonej wśród niewierzących i wykluczonych. Anna Maria nawet nie próbuje zrozumieć prawdziwych problemów ludzi, których odwiedza ze swoją świętą figurką. Wydaje jej się, że wystarczy wyrwać z ręki alkoholika butelkę wódki i wcisnąć w nią różaniec, by działy się czary. Jeśli udaje jej się zdobyć zainteresowanie i sympatię widza, to tylko dlatego, że reżyser otacza ją bardziej przerażającymi indywiduami – jak upiorny mąż, który zjawia się znikąd i próbuje ją sobie podporządkować. Złośliwy, machający laseczką muzułmanin przykuty do wózka przypomina w swoim przerysowaniu wezyra Iznoguda – komiksowego bohatera wymyślonego przez René Goscinnego (w kreskówce ładnie przetłumaczono jego imię jako „Nicponim”). Kierując na nią światła, Seidl stawia proste pytania o miejsce religijnej doktryny, która – chcemy czy nie – leży u fundamentów współczesnej Europy. Jaka jest dziś wartość jej anachronicznych nauk i średniowiecznych rytuałów?

Łobuz na lekcji religii
Anna nie jest groźną fundamentalistką – podchodzi tylko poważnie do powinności dobrego katolika. Nie powinna więc być traktowana jak egzotyczne dziwadło, ale raczej wyrzut sumienia milionów ludzi, którzy modlą się do wielbionego przez nią Boga, jednocześnie praktykując skromnie – wierząc asekuracyjnie, leniwie, kompromisowo. Jeśli wśród tych, którzy akceptują dogmat o nieomylności papieża, bohaterka wzbudza śmiech, a wśród niewierzących poczucie wyższości, znaczy to, że proste i oczywiste pytania Seidla są w naszej kulturze zadawane zbyt rzadko, nie mówiąc już nawet o udzieleniu na nie kilku sensownych odpowiedzi. Martwe rytuały dobrze konserwują się w myślowym lenistwie.

„Raj: wiara”, reż. Ulrich Seidl.
Austria 2012, w kinach od 5 kwietnia 2013
Dobrze, że artysta pyta, gorzej, że jego styl narzuca łatwe odpowiedzi. Wzniosłość tematu zderza po swojemu z przaśną doczesnością – Wielki Bóg musi więc się zmieścić gdzieś między meblościanką a keyboardem. Chrystus – przyjąć ofiarę z podstarzałego, płonącego pożądaniem ciała. Przyjaciel mówi, że film przypomina mu klasyczną rozrywkę co bystrzejszych nastolatków, którzy w licealnej fazie buntu namiętnie oddają się ośmieszaniu katechetek. Ma rację – Seidl wybiera sobie zbyt łatwy cel. Równie łatwo można bowiem odwrócić jego równanie i nadać religijnej idei seksapil, czyniąc jej reprezentantką młodą zakonnicę biczującą się w średniowiecznym klasztorze.

Z seksualną turystką z poprzedniego filmu Annę Marię łączy jeszcze jedno – jest ona turystką w wierze. Nawrócenie przeżyła dwa lata temu. Gdy widzimy ją w pierwszej scenie, proszącą Jezusa o uwolnienie od brudnych myśli, wymierzającą sobie cielesną pokutę, wydaje się, że wiemy o niej wszystko. Przede wszystkim jednak czuje się, że wszystko wie o niej reżyser. Dlatego „Raj: wiara” zawodzi nie tylko jako refleksja o wierze, ale także jako portret. Erotyczne napięcie nie pozostawia wątpliwości, że w religii kobieta kompensuje swoje potrzeby seksualne. Można niemal przewidzieć sceny, które nastąpią i ich oczywistą „prowokacyjność”. Seidl oczywiście rozwija historie, testuje wiarę Anny, konfrontuje ją z bagnistą rzeczywistością. I – jako że jest utalentowanym filmowcem – wciąga za sobą widza. Ale przygląda się Annie raczej z podejrzliwością niż ciekawością.

Chwalę cnoty austriackiego twórcy, daję mu się prowadzić z wizytą do mieszczańskiego piekiełka i potrafię z niej czerpać perwersyjną przyjemność. Podzielam sceptycyzm, łączę się w niewierze. Nie odpuszczam tego, poważnego dla artysty, grzechu – zwątpienia, że jego bohater może go czymś zaskoczyć.