Sukces na mur-beton
fot. K. Bieliński

Sukces na mur-beton

Paweł Soszyński

„Sąd Ostateczny” i „Młody Stalin” pozwalają przypuszczać, że teatr środka to taki teatr, który zamiast dbać o publiczność, boi się jej i ze strachu się od niej izoluje

Jeszcze 2 minuty czytania

Po premierze „Młodego Stalina” Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Ondreja Spišaka i „Sądzie Ostatecznym” Ödöna von Horvátha w reżyserii Agnieszki Glińskiej możemy uznać, że dwa stołeczne teatry pod nową dyrekcją – Dramatyczny i Studio – dokonały autoprezentacji swojego profilu. W obu przypadkach mamy do czynienia z diagnozą wielkich totalitaryzmów XX wieku: u Glińskiej przyglądamy się narodzinom faszyzmu (z ducha bawarskiej białej kiełbasy), u Słobodzianka zobaczymy przemianę rewolucyjnego podpalacza w krwawego Generalissimusa – postrach Europy. Oba projekty są wyjątkowo ambitne, odwołują się do wielkich historycznych tematów – wskrzeszenie Hitlera i Stalina w teatralnym vis-à-vis, na placu Defilad, w centrum Warszawy to nie lada gratka dla krytyków teatralnych. Może nie tylko dla nich. Dodatkowo, podobne tematy wzięte na warsztat przez artystów, którzy kojarzą się z estetycznym i politycznym centrum, teatrem konserwatywnym, stroniącym od ekscesów, zapowiadać mogą dojrzewanie teatru środka, który w Polsce wciąż ma nieostrą definicję i kiepską prasę, a także – w kraju, w którym wciąż pokutuje misyjny status teatru jako świętej sztuki – zaburzoną tożsamość. Tymczasem porządna, mocna scena środka jest koniecznym elementem każdego życia teatralnego, jak języczek u wagi balansującej artystyczne ambicje z rozrywką.

Niestety, oba projekty skończyły się, w mniejszym i większym (całkowitym) stopniu, katastrofą. Muzyka, taniec i śpiew – tak można by zwięźle ująć warszawską receptę na teatr środka. Austrowęgierska karczma i gruzińskie wesele. Orkiestra dęta i lezginka. Teatr biesiadny zakrapiany metafizyką i wielką historią.

W spektaklu Glińskiej, który w przeciwieństwie do spektaklu Spišaka nadaje się do oglądania, bo jest sprawnie wyreżyserowany, kolejowa orkiestra dęta bezustannie „robi nam pa-pa-ra-ra” – jak śpiewał swego czasu zespół Pogodno. Demoniczny Nieznajomy odstawia kabaretowy taniec-połamaniec, scatując do tego wokalem à la Louis Armstrong, a dzień i moralnie wątpliwą społeczność prowincjonalnego miasteczka uratować ma mała dziewczynka – przesłodzona i wdzięcząca się do tego stopnia, że trudno uwierzyć w jej eschatologiczną misję ratunkową, bo też co ją właściwie różni od wiejskich podrywaczy, wilków w owczych skórach i zalęknionych oszustów, którzy – diagnozuje Glińska – dadzą legitymację wydarzeniom z 1933 roku. To z takimi dzieciaczkami Fürer fotografować się lubił najbardziej.

Ödön von Horváth „Sąd Ostateczny”, reż. Agnieszka Glińska. Teatr Studio w Warszawie, premiera 31 grudnia 2012

„Sąd Ostateczny” jest brzydki brzydotą Austro-Węgier, rozkoszuje się przaśnością Bawarii. „Młody Stalin” jest po prostu brzydki i przaśny. Wyprany ze stylu, grubymi nićmi szyty tekst Słobodzianka, z dramaturgią sprowadzoną do systemu zero-jedynkowego, w połączeniu z absolutną reżyserską biernością Spišaka sprawia, że spektakl ten jest doświadczeniem bolesnym. Sceny rażą jałowością, a aktorzy rysują postaci jak pazurem po szkolnej tablicy, na której Słobodzianek spisał garść historycznych faktów i zdefiniował kilka postaw politycznych, łącząc to wszystko kolorowymi strzałkami. Podczas gdy w tekście anarchista przedstawia swój program polityczny z rozmachem uczniowskiej ściągi, na scenie Spišak aresztuje Stalina skeczem „stój, bo strzelam!”, czemu towarzyszy niemiłosiernie fałszujący biały zaśpiew. Wcześniej jednak mamy okazję obejrzeć rozśpiewany i roztańczony ślub Soso, jak za młodu wołano na Stalina – etnograficzny fresk poskładany z klocków lego. Tu – jak w „Dziadku do orzechów” – każdy z weselników zaprezentuje nam taneczną solówkę przeplataną garścią biograficznych faktów, żeby nie było, że autor sztuki nie przeprowadził koniecznego researchu. Nie wiem, co się stało z Ondrejem Spišakiem; pamiętam jego inscenizację „Proroka Ilji” Słobodzianka wystawioną w namiocie wzniesionym vis-à-vis Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Przedstawienie drapieżne, gęste, błyskotliwe – to prawda, że dysponujące znakomitym dramatem, w którym autor wsadza kij w gardzienickie mrowisko. Już w „Naszej klasie” z reżyserią było niedobrze, w „Młodym Stalinie” jest fatalnie.

Tadeusz Słobodzianek „Młody Stalin”,
reż. Ondrej Spišak
. Teatr Dramatyczny w 
Warszawie, premiera 6 kwietnia 2013
Ma być prosto – rozumiem. Mamy się uczyć, bawiąc. Ma być i śmiesznie, i strasznie, o historii i człowieku. Do myślenia i do nucenia. Niestety, do „Skrzypka na dachu” „Młodemu Stalinowi” bardzo daleko, a chyba właśnie o Broadwayu marzył dyrektor Teatru Dramatycznego, kiedy po amerykańsku witał polityczny establishment i celebrytów w drzwiach swojego teatru (krok za bileterami). Glińskiej także nie udał się jej „Kabaret”. Zamiast opowieści o rodzącym się faszyzmie, z tezą o totalitaryzmie winy i kary w tle, otrzymaliśmy hucpę w karczmie, podkręconą ludycznymi wstawkami muzycznymi. W tak przesłodzonej przestrzeni diabeł zawsze będzie tylko słoną przekąską do piwa.

W rozmowie o teatrze środka najczęściej pojawiają się takie argumenty, jak pieniądze i publiczność. Nie lekceważyłbym tych argumentów, teatr nie istnieje w społecznej i ekonomicznej próżni. Ostatecznie, kto nie marzy o finansowym i frekwencyjnym sukcesie? Po obejrzeniu „Sądu Ostatecznego” i „Młodego Stalina” nie mogę jednak opędzić się od myśli, że jest to teatr, który izoluje się od publiczności. Krytycy tego teatru uwielbiają mówić, że spektakle środka schlebiają publiczności – do ich natury należy więc swoiste artystyczne wyrachowanie wprzęgnięte w maszynę sukcesu. Nic bardziej mylnego.

Nie sądzę, żeby Glińska i Słobodzianek z wyrachowaniem schlebiali publiczności. W ich teatrze czuje się raczej – paradoksalnie – lęk przed widownią, wpisaną w strach wrogość, bardziej zauważalną niż w zdawałoby się agresywniejszych, eksperymentujących teatrach, które często wystawiają cierpliwość publiczności na próbę. W bardziej ekstremalnym teatrze jest to jednak zawsze wspólny zakład, a większe ryzyko pociąga za sobą znacznie większe poczucie odpowiedzialności. Tymczasem Słobodzianek i Glińska nie zapewniają bezpieczeństwa widzom, raczej na wypadek widza się ubezpieczają. W Pałacu Kultury jest on potencjalnym wrogiem, obcym – a kogoś takiego, jak węża, czaruje się grą kolorów i fujarką.