Ryszard III je żeberka
"House od Card"

Ryszard III je żeberka

Darek Arest

Warto było czekać na „House of Cards”, by zobaczyć, jak kultura zatacza koło, a historia chichocze. Serial wyprodukowany przez sieć wypożyczalni wideo dystansuje współczesne kino polityczne, ratuje wielkiego Kevina Spaceya, a przy okazji zwraca masowej publiczności Shakespeare’a

Jeszcze 3 minuty czytania

Postronnemu obserwatorowi kongresmen Francis Underwood nie wyda się jedną z najważniejszych osób w amerykańskiej polityce – reprezentant Południowej Karoliny odpowiada bowiem jedynie za dyscyplinę partyjną. I właśnie dlatego postronny obserwator jest postronnym obserwatorem, a Francis Underwood – jedną z najważniejszych osób w amerykańskiej polityce. Francis nie jest tym, który w prezydenckim pokerze podnosi stawkę i zgarnia rekordowe wygrane. Roztropnie dobiera karty, kolekcjonując sekrety, przysługi, zaufanie, a rozgrywa tak, by inni gracze sądzili, że to oni pociągają za sznurki. Rozumie fundamentalną różnicę między pieniędzmi a władzą, i nie rozumie tych, którzy mylą jedno z drugim, bądź wybierają pieniądze. Na promocyjnym plakacie Kevin Spacey sadowi się wygodnie na fotelu Lincolna z ikonicznego waszyngtońskiego pomnika, wpijając zakrwawione dłonie w jego oparcie. To ponure widmo męża stanu, ale nie duch, a raczej ciało – przekonujący obraz żądz kryjących się pod chłodnym marmurowym ideałem.

Karty to wspaniałe narzędzie gry, ale marny budulec, więc polityczne imperium zawsze jest tylko domkiem z kart. Podobna jest zresztą natura zjawisk telewizyjnych, co twórcy współczesnych seriali doskonale rozumieją. Dlatego David Fincher – producent serii i reżyser dwóch pierwszych odcinków – od razu chwyta widza za gardło. Atmosfera dreszczowca, w której rozpoznać można rękę twórcy „Siedem”, zostaje złamana wraz z czwartą ścianą, gdy główny bohater bezceremonialnie spogląda w stronę kamery; zwraca się bezpośrednio do widza, by powierzyć mu swoje myśli, plany i emocje. A te kłębią się w czaszce pod dużym ciśnieniem, bo Francis właśnie dowiedział się, że został ograny. Pewny siebie, wpada do biura świeżo wybranego prezydenta, by wyegzekwować złożone wcześniej obietnice, a wychodzi upokorzony, poniżony, napędzany jedną myślą:

Nigdy więcej nie być w takiej sytuacji


Francis będzie zawierzał swoje sekrety widzowi bardzo często. Paradoksalnie, spojrzenie w oko kamery skraca dystans, zamiast go wydłużać, budując przy okazji perwersyjną więź. Jeśli „House of Cards” jest doświadczeniem teatralnym, to widz zostaje posadzony w pierwszym rzędzie, gdzie czuje zapach aktora, a przy soczystym monologu może zostać przez niego opluty. Fincher, nadając ton całości, nie pozwala przenieść się w przestrzeń umowną, buduje świat mięsny i krwisty. Nacisk na zmysły i napięcie kładą też ci, którzy przejmują od niego reżyserską pałeczkę (m.in. Joel Schumacher i Allen Coulter, reżyser „Rodziny Soprano”). Francis Underwood oprowadza po rzeczywistości, która jest rewersem politycznej Ameryki Aarona Sorkina z „Newsroomu” czy „Prezydenckiego pokera”. Moralny kompas zastępuje niepowstrzymana prywatna ambicja, pod zapamiętale bronionymi wartościami ukrywają się słabości. Trudno uwierzyć, że serial tak przesiąknięty amerykańską współczesnością jest remake'em brytyjskiej produkcji sprzed ćwierć wieku.

„House of Cards”

Czteroodcinkowy pierwowzór z Ianem Richardsonem w roli głównej stanowi wspaniały kontekst, pokazując różnice między brytyjskim i amerykańskim systemem politycznym, przy jednoczesnej niezmienności mechanizmów. Dramaturgiczną osią opowieści jest układ, jaki Francis zawiera z młodą, ambitną dziennikarką – podsuwa jej informacje ze „źródeł zbliżonych do prezydenta” lub milcząco potwierdza domysły. Opinia publiczna i dziennikarze to zaledwie narzędzia w rękach ludzi, którzy potrafią się nimi posługiwać. Przez ponad dwadzieścia lat, które upłynęły od premiery serii BBC, zmieniła się rola i pozycja mediów. W amerykańskiej wersji redaktorzy naczelni papierowych dzienników chcą tylko, by gazety umierały z godnością, a władza rozlewa się szerokim strumieniem na niezmierzone przestrzenie internetu. Główny bohater odmłodniał i nie jest już arystokratą, ale zachował priorytety i diaboliczny urok. Zmienił nazwisko, ale zachował jego wymowne inicjały.

„House of Cards” to godne zwieńczenie rewolucji, jaką rozpętały w ostatnich latach seriale, ostatecznie grzebiąc mit podziału na kino, świątynię sztuki – i telewizję, fabrykę ogłupiającej rozrywki. Jeśli wartości się nie odwróciły, to na pewno ostatecznie zostały oderwane od formatów. Po kablówkach, padł kolejny symboliczny bastion „niskiej kultury” – historia Francisa została wyprodukowana dla Netflixa, potężnej amerykańskiej sieci wypożyczalni wideo, i udostępniona w internetowym streamingu (w systemie video on demand). Seriale już dawno przestały ustępować kinu rozmachem i starannością realizacji. Demonstracyjnie zrezygnowały także z efektywności – nie chodzi już o to, by wypracować fabularny schemat i rozwinąć postaci, które pozwolą małym nakładem pracy tworzyć kolejne godziny jednolitego materiału, nabijać bliźniaczo podobne odcinki. Wielogodzinny metraż w „House of Cards” i innych produkcjach służy rozwinięciu narracji, wielowątkowości, niuansowaniu, epickiemu oddechowi. Netflix odpuszcza nawet tradycyjne pole cotygodniowej premiery – wszystkie trzynaście odcinków serii udostępniono w sieci jednocześnie, całą kilkunastogodzinną opowieść. Nie brakuje tych, którzy sądzą, że to jest przyszłość telewizji.

Nawet zjawisko tak negatywnie kojarzone z pazernością przemysłu – jak remake – zyskuje walor czegoś pozytywnego. Kameralny projekt BBC dostał finansowego kopa, rozmach i przestrzeń, w której dramat brzmi mocniej i wygrany jest bez pośpiechu. Wersja amerykańska jest też dużo mroczniejsza i bardziej zmysłowa – w mniej rzeczy musimy wierzyć na słowo, a więcej można odczuć na własnej skórze. A to ważne, bo władza ma w „House of Cards” silny aspekt erotyczny. Nie sprowadza się to do ukrytych motywacji bohaterów, seksu w roli narzędzia lub waluty. Sama polityka dostarczają Francisowi niemal zmysłowej rozkoszy. Jak powiedział wielki człowiek (a Francis nie omieszkał widzowi przypomnieć):

Everything is about sex. Exept sex. Sex is about power


Autorem powieściowego oryginału jest Michael Dobbs – były polityk Partii Konserwatywnej i doradca Margaret Thatcher. To ciężka ręka pani premier przyczyniła się do porzucenia przez niego polityki, za co Dobbs nie omieszkał jej po literacku podziękować. Serial BBC zaczyna się od pokazania politycznej śmierci Thatcher, a że emisja pierwszego odcinka zbiegła się w czasie z końcem rządów Żelaznej Damy, Wielka Brytania z tym większym napięciem śledziła ekranowe poczynania jej następców. W wersji amerykańskiej postać premiera trzeba było zastąpić prezydentem, nieco inna jest kultura polityczna i reguły gry, ale w ogólnych zarysach intryga pozostaje dość wierna oryginałowi, który opiera się na wyjątkowo trwałych fundamentach. Prawdziwe korzenie tej opowieści tkwią przecież znacznie głębiej niż w latach 80. XX wieku.

„House of Cards”

Już tylko kwestia władzy i bezpośredni zwrot do widza sprawiają, że słowo „szekspirowski” ciśnie się na usta. Jednak z każdym kolejnym epizodem forma systematycznie wypełnia się treścią. „House of Cards” to pochód ludzkich słabości, namiętności i tematów kluczowych dla twórczości autora „Makbeta” i „Burzy”. Monologi Francisa układają się w przewodnik po polityce, kurs dla zwycięzców, wystawiając przy okazji sceptyczną ocenę tak zwanej ludzkiej kondycji. Francis potrafi się tą marnością rozkoszować i zarazić swoim entuzjazmem innych. Wie, jak postępować, by widz czuł się nobilitowany, przyjęty do klubu dla wtajemniczonych. Serial zwraca masowej publiczności nie tylko Shakespeare’a, ale także Kevina Spaceya – na ekranie nie widzianego w tak świetnej formie od lat, pewnie od czasu „American Beauty”. Aktor wszedł na plan prosto z teatralnej inscenizacji „Ryszarda III”, i naprawdę trudno wyobrazić sobie bardziej odpowiednią rozgrzewkę.

Spaceya rozsadza energia. Zaprzęga do pracy swój diaboliczny urok i bawi się rolą, wręcz upaja. W każdej zagranej przez niego emocji czuje się radość z gry, a uśmiech przebija przez zaciśnięte zęby, kiedy odgrywa najpodlejsze nastroje. Jego Francis to wspaniały drań – tak dobry w byciu złym, że gorąco kibicuje się każdej jego niegodziwości. Przedszkolanki pod jego wpływem przetrącałyby dzieciom (których nie znosi) karki, weganie wcinaliby żeberka (jedna z wielu jego guilty pleasures), a miłośnicy szydełkowania zasiedliby u jego boku do relaksującej strzelaniny na PlayStation. To postać wyrastająca ponad dobre i złe, zamieniająca cynizm w sztukę. Pozwala wyborcom myśleć, że podjeli samodzielną decyzję; rywalom sądzić, że stanowią dla niego konkurencję; dziennikarzom daje złudzenie, że udało im się dotrzeć do poufnej informacji. Ustawia wszystkich na scenie, rozdaje kwestie, syci się kontrolą, do chwili, gdy dokona najbardziej szekspirowskiego z odkryć, szepcząc do siebie:

I've been played!


Spacey przyrównał pracę na planie do czterdziestogodzinnej partii szachów. Do takiej zabawy potrzebny jest komplet figur. Opowieść nie miałaby nawet połowy tej mocy, gdyby twórcy nie otoczyli Francisa zastępem inspirujących postaci drugoplanowych, które mają szansę zabłysnąć w solówkach. Figurant Peter Russo (Corey Stoll) godzi się być bezwolnym narzędziem, do czasu, gdy nie wyhoduje w sobie dumy i ambicji. Najbliższy asystent Underwooda – Doug Stamper (Michael Kelly), niezawodny i niezłomnie lojalny, pozwala snuć domysły o swojej mrocznej przeszłości. Błyszczy wyspecjalizowana w rolach żon polityków Robin Wright – inteligentna, ambitna lady Makbet prowadząca fundację charytatywną, której działalność rozmywa pojęcie „non-profit”.

„House of Cards”

Michael Dobbs opowiadał, że po premierze produkcji BBC znajomi politycy podekscytowani ustawiali się w kolejce, by potwierdzić u niego przypuszczenie, że to właśnie oni byli inspiracją dla demonicznego Francisa, a słysząc negatywną odpowiedź, odchodzili z nosem zwieszonym na kwintę. Można wierzyć, że bohater to twór czysto literacki – wybór należy przecież do nas. A może prawdziwego Francisa Underwood da się jednak odnaleźć gdzieś w najbliższym otoczeniu Baracka Obamy? Uśmiech błąkający się po obliczu Francisa ma moc niemej sugestii:

You might think that. I couldn't possibly comment