Webdoc?

Webdoc?

Agnieszka Słodownik

Cały smak polega na wsiąknięciu. Odpalamy na przykład w niedzielę po zmroku, na specjalnym internetowym posiedzeniu przy zgaszonym świetle. Nie rozprasza nas nuda

Jeszcze 1 minuta czytania

Uwaga, blasfemia. Okazuje się, że można przykuć czyjąś uwagę do jednej strony internetowej na całą godzinę. Co tak robi? Nazw jest kilka, w zależności od przedstawianej treści: web documentary, w skrócie webdoc, interaktywny film, multimedialny reportaż. Trochę jakby cyfrowe formaty rozlały się na całe ekrany, porzucając archaiczne listowanie kontentu i linearne historie opowiadane połączeniem dźwięku i obrazu, i wymieszały się w zupie z zaokrąglonymi rogami. Płynnie i dowolnie, a przynajmniej tak, jak pozwoli reżyser i programista. Takie nowe duo.

Webdoc czy interaktywny film to strona internetowa, która wpisuje się w zjawisko „digital storytelling”, czy „digital narrative”. Chodzi o zaprzęgnięcie wszystkich aktualnie dostępnych cyfrowych metod do opowiadania historii i użycie ich na jednej stronie. Nie film, książka, muzyka, czy fotografia, ale wszystko na raz, wymieszane w służbie jednej opowieści. I dostępne dla tak zwanego każdego – komu będzie się chciało i kto będzie miał czas coś z tym zrobić. Wtedy przybiera to krótkie formy, jak na portalu Zeega, który umożliwia tworzenie własnych „interaktywnych kreacji”.

Przy bardziej profesjonalnych produkcjach połączenie interaktywności, fotografii, wideo, dźwięku, tekstu (także pisma ręcznego, czemu nie), rysunków, forów dyskusyjnych, mapowania daje efekt grzebania w scenariuszu, a przynajmniej w materiale źródłowym, zebranym w celu stworzenia filmu dokumentalnego. Poziomy interaktywności bywają różne. Odbiorca przechadza się po materiałach zebranych na stronie w mniej lub bardziej z góry określony sposób. Co najważniejsze – interaktywność jest, a jednak, zaprzęgnięta w służbę linearności.

Cały smak polega na wsiąknięciu. Odpalamy webdoc na przykład w niedzielę po zmroku, na specjalnym internetowym posiedzeniu przy zgaszonym świetle. Z jednej strony materiału jest na godzinę, z drugiej strona stale domaga się jakiejś aktywności, więc nie rozprasza nas nuda.

Bywa, że mamy webdoc taki jak „Welcome to Pine Point”. Opowiada on historię mieszkańców miasteczka w Kanadzie stworzonego od zera wraz z kopalnią odkrywkową i zlikwidowanego wraz z nią w latach 80. Jak to jest nie móc już wrócić do miasta swojego dzieciństwa? Na miejscu pozostały jedynie ledwie widoczne ślady rozkładu dróg. Archiwalne materiały wideo i fotografie łączą się płynnie z grafiką i aktualnymi nagraniami, żeby wciągnąć nas w świat miasta-widma istniejącego już tylko w głowach byłych mieszkańców i na stronie jego głównego archiwisty Richarda Cloutier. I teraz porównajmy stronę Cloutiera ze stroną webdoca.

 

Webdoc niekoniecznie musi stawiać na głęboką interakcję i milion sposobów samodzielnego zapoznawania się z kawałkami, z których się składa. Może być po prostu graficznie zaaranżowanym interfejsem, w którym logika jest bardzo czytelna, może nawet przewidywalna i nudna, ale jednak poprzez zindywidualizowanie wciąga bardziej. Jak „Brèves de trottoirs” (po angielsku tłumaczone na „The Everyday Walk of Fame”), czyli multimedialna mapa Paryża z krótkimi dokumentami o „codziennych celebrytach”.

Zrzut ekranowy z webdoca „The Everyday Walk of Fame”

Potencjalna, by tak się wyrazić, barokowość tego formatu, grozi przerostem formy nad treścią bardziej niż przy innych sposobach wyrazu. Bywa, że mamy sprawne rozwiązania interakcji i inną efektowność, ale tendencyjny scenariusz, i wtedy wychodzi coś takiego jak „Prison Valley”, webdoc o więziennictwie w Stanach Zjednoczonych.

Zrzut ekranowy z webdoca „The Prison Valley”

Webdoc niekoniecznie musi być dokumentem, ale wtedy pewnie powinien nazywać się interaktywnym filmem – przynajmniej o dziesięć liter za długo. W rękach marketingowców może stać się filmem promującym płytę, jak w przypadku „The Trip”. Piękne opakowanie ze zrasteryzowanych nagrań archiwalnych sprzedaje muzykę z nowej płyty Smolika. Ta „prezentacja” jest też o wiele krótsza od „Welcome to Pine Point” i uboga jeśli chodzi o interakcję; otwiera się nieporęcznie w kolejnych oknach. Sam pomysł jednak, znów, skutecznie zwraca uwagę na siebie i na płytę.

Zrzut ekranowy z „The Trip”

Jeśli webdoc dalej brzmi abstrakcyjnie, zaleca się zarezerwować w kalendarzu jakiś wieczór i po zmroku, przy zgaszonym świetle i w dobrych słuchawkach zapuścić się w świat Pine Point. Miasta, które już nie istnieje, a żyje jak nie wiem.