Kraj miotły i szczotki
Ilustracja do eseju Jacoba van Lennepa De Hollandsche werkmeid

Kraj miotły i szczotki

Rozmowa z Piotrem Oczką

Ponad dwa tysiące mioteł w holenderskiej sztuce – materiał, który zgromadziłem, zupełnie mnie przytłoczył. Dawni Holendrzy potrafili kilka razy dziennie szorować mydlinami chodnik przed domem

Jeszcze 5 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: Rembrandt i tulipany, wiatraki i kanały – nasz obraz Holandii sprowadza się zwykle do garści klisz i stereotypów. W swojej książce pisze pan o znikomej wiedzy na temat Holandii w Polsce i o powszechnym myleniu pojęć i terminów. Co nam się myli?
PIOTR OCZKO
: Ignorancja na temat Kraju Nizin jest w Polsce wszechobecna, choć Warszawę i Amsterdam – to on jest stolicą Holandii, a nie Haga, jak można często przeczytać w wysokonakładowej prasie – dzieli jedynie 1096 kilometrów w linii prostej. Istnieją też rzekomo dwa odrębne języki, „holenderski” i „flamandzki”; ten rażący błąd powtarzają niemal wszyscy publicyści, a nawet niektórzy naukowcy i redaktorzy słowników języka polskiego. Język, którym mówi się w Holandii i w belgijskiej Flandrii to niderlandzki, mający dwie równoprawne odmiany lokalne. Nie ma języka „holenderskiego”, tak samo jak nie ma języka „austriackiego” czy nie było niegdyś „jugosłowiańskiego”. Mylne jest też myślenie o Holandii jako kraju wyłącznie protestanckim. Ewangelicyzm reformowany wpłynął znacząco na kulturę północno-zachodnich prowincji, ale większość ludności była i jest dalej katolicka. Kolejny obiegowy mit dotyczy równości i zamożności holenderskiego społeczeństwa w XVII wieku, Wieku Złotym. W rzeczywistości rozwarstwienie społeczne było wówczas ogromne i większość mieszkańców kraju żyła na granicy nędzy. Przekonanie o owym dobrobycie utrwala też holenderskie malarstwo, to z jego perspektywy postrzegamy często ten kraj.

Odbieramy je zbyt dosłownie?
Tak, tymczasem – wbrew temu, co wielu się wydaje – XVII-wieczne malarstwo holenderskie nie jest realistyczne. Pamiętam, jak się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem na własne oczy zamek w Bentheim, który znałem z obrazu Jacoba van Ruisdaela. Namalował go na stromej, niedostępnej górze, z wieżami tonącymi w chmurach. W rzeczywistości zbudowano go na niewielkim wzniesieniu – artysta po prostu chciał dodać scenie dramatyzmu i uwznioślić temat, dosłownie i w przenośni. Z malarstwem holenderskim wiąże się także inny powszechny stereotyp – o tamtejszej sztuce często myślimy w elitarnych kategoriach wielkich mistrzów. Ostrożnie szacuje się, że w latach 1580-1720 powstało w Holandii co najmniej pięć milionów obrazów, ale większość z nich to dzieła, których raczej nie chcielibyśmy mieć na ścianach.

Piotr Oczko

ur. 1973, ukończył anglistykę i polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, tam również się doktoryzował na podstawie pracy poświęconej Joostowi van den Vondlowi, XVII-wiecznemu dramaturgowi holenderskiemu. Jego zainteresowania badawcze obejmują literaturę porównawczą, dawną literaturę polską, angielską i niemiecką, dramat średniowieczny, wyobrażenia Zła w kulturze, Nowy Historycyzm, kwestie tożsamości narodowej i związane z nimi stereotypy, tragedię i tragizm w literaturze europejskiej do wieku XVII, historię sztuki i emblematykę, a przede wszystkim kulturę i piśmiennictwo krajów niderlandzkojęzycznych oraz gay and lesbian studies. Jest adiunktem na Wydziale Polonistyki UJ.

Tłumacz literatury angielskiej i niderlandzkiej, autor wielu artykułów oraz pięciu książek. Ostatnio ukazała się „Homoseksualność staropolska” (2012 – razem z Tomaszem Nastulczykiem) oraz „Miotła i krzyż. Kultura sprzątania w dawnej Holandii, albo historia pewnej obsesji” (2013). 

Skąd pomysł, aby kulturę holenderską badać poprzez obsesję porządku?
W dawnej holenderskiej literaturze i sztuce ciągle natrafiałem na wzmianki o porządku i sprzątaniu, których nie byłem w stanie zrozumieć, tym bardziej że obecnie w Holandii wcale nie jest aż tak czysto. Dziwiły mnie też miotły, nieustannie pojawiające się na obrazach, w grafice, a nawet na słynnych holenderskich flizach. Zacząłem szukać informacji, a gdy okazało się, że niewiele uwagi poświęcono temu zjawisku, sam zacząłem badania. Materiał, który zgromadziłem, zupełnie mnie przytłoczył, nie sądziłem, że będzie tego aż tyle! Ponad dwa tysiące mioteł w holenderskiej sztuce, a i tak to zapewne tylko ułamek. I dziesiątki tysięcy nawiązań do porządku w piśmiennictwie (komedie o sprzątaniu, XVII-wieczne poradniki dbania o schludność, niemal modlitwy o dobre sprzątanie, nawet piosenki o czystości). Dawni Holendrzy nie tylko potrafili kilka razy dziennie szorować mydlinami chodnik przed domem, ale łączyli sprzątanie z kwestiami moralności, patriotyzmu, tożsamości narodowej i religii. Opozycja pomiędzy brudem a czystością wpisała się też w ich kulturę i pojawiała się nieustannie, tak jak rozróżnienie pomiędzy złym a dobrym, ładnym i brzydkim czy dniem i nocą.

Dowodząc, że XVII-wieczna holenderska schludność nie miała sobie równej w ówczesnej Europie, przywołuje pan relacje odwiedzających Republikę Zjednoczonych Prowincji cudzoziemców. Co ich uderzało?
Wiele obserwacji się powtarza, na przykład uwagi o przywiązywaniu krowom w oborach ogonów, żeby machając nimi nie pobrudziły ścian, myciu chodników kilka razy dziennie, szorowaniu fasad domów co tydzień mydlinami, przymuszaniu gości do ściągania butów i nerwowym pilnowaniu ich, żeby nie pobrudzili obrusa przy jedzeniu. Inne motywy pojawiają się tylko raz, na przykład doniesienie o zdejmowaniu dachówek, żeby je porządnie wyszorować, opis dzieci wyrzucanych na zewnątrz, by jedząc nie nakruszyły w pomieszczeniu, czy opinia, że splunięcie na podłogę w holenderskim domu (a w Europie w XVII wieku robiono to powszechnie) jest tym samym, co splunięcie gospodyni w twarz. Przebadałem ponad 500 różnych relacji z trzystu lat, w książce przywołałem jedynie około 120. Oczywiście dawnym podróżnikom nie zawsze można wierzyć, bo często wyolbrzymiali fakty, albo po prostu pisali to, czego spodziewali się czytelnicy. Ale rozmaitość opinii na temat holenderskiego porządku jest zadziwiająca, od skrajnego podziwu do wrogości i krytyki, doniesienia o traktowaniu czystości jako bożka i bałwochwalstwie lub też zniewoleniu przez sprzątanie.

Cornelis Kittensteyn (wg Dircka Halsa), „Dotyk” (1620–1652). Rijksprentenkabinet, Rijksmuseum, Amsterdam

To dlaczego Holendrzy i Holenderki tak obsesyjnie sprzątali?
Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w specyficznym zbiegu okoliczności historycznych, ekonomicznych i społecznych. Główne czynniki były moim zdaniem cztery. Po pierwsze, silne wpływy ewangelicyzmu reformowanego, a zwłaszcza propagowanej przez to wyznanie etyki pracy; po drugie, wyjątkowo wczesne powstanie w Holandii etosu mieszczańskiego; po trzecie, szybkie wzbogacenie się klas wyższych i średnich, które mogły pozwolić sobie na luksus dbania o estetykę przestrzeni domowej; i po czwarte, pozycja społeczna kobiet i ich ścisły związek z domową sferą prywatną, którą postrzegać można zarówno jako formę patriarchalnego zniewolenia, jak i – paradoksalnie – przejaw „protoemancypacji”, a także dostępność żeńskiej służby, na której barkach spoczywała przecież troska o czystość. Holenderską schludność starano się też wyjaśnić za pomocą czynników klimatycznych, narodowościowych i narodowotwórczych, filozoficznych, psychologicznych (opartych na psychoanalizie) oraz związanych ze specyfiką produkcji mleczarskiej. Wpływ tych elementów nie był jednak moim zdaniem dominujący, część podobnych interpretacji uznałem za bezzasadne.

Jan Luyken, „Kram miotlarza i szczotkarza ”(ok. 1694)

Max Weber wiązał narodziny kapitalizmu na zachodzie i północy Europy z powszechnym wyznaniem protestanckim. W jaki sposób utrwalany przez nie etos pracy wpływał na zamiłowanie wiernych do nieustannego porządkowania swego otoczenia?
Ewangelicyzm reformowany docenił i nobilitował pracę doczesną wszelkiego rodzaju, nawet tak błahą jak sprzątanie, podniósł ją niemal do rangi modlitwy. Alister McGrath, autor świetnej monografii Kalwina, pisał, że praca fizyczna była „usankcjonowanym wyznaniowo ideałem. Po raz pierwszy zwyczajne, codzienne czynności najdrobniejszego wytwórcy uzyskały znaczenie religijne”. A zaraz potem cytował wiersz angielskiego poety metafizycznego George’a Herberta:

Gdy kto do pracy stanie
Jak sługa Twego prawa,
Nawet podłogi zamiatanie
Świętym się dziełem zdawa.
            (przeł. St. Barańczak)

„Sobota w Holandii”, ilustracja z czasopisma „Über Land und Meer” (nr 34, 1867)

Spełniać należy więc swe powinności jak tylko można najlepiej, gdyż prowadzi to do Boga, nawet w przypadku spraw błahych, prostych codziennych czynności, takich jak sprzątanie. To nie mniej ważne niż dokonywanie wielkich czynów i podejmowanie brzemiennych w skutkach decyzji! Jeśli zaś chodzi o tezy Maxa Webera, to celowo starałem się ich nie eksponować. Jego poglądy na temat etyki protestanckiej z 1905 roku traktuje się często w Polsce jako objawione prawdy, a tymczasem bibliografia krytyki Weberowskiej obejmuje kilkaset pozycji i dotyczy prawie wszystkich koncepcji badacza. To jest temat na osobną książkę.

Wiele miejsca poświęca pan badaniu obrazów sprzątania i czystości w sztuce. Co kryje się za ogromną liczbą przedstawień kobiet zamiatających i pochylonych nad balią z praniem? Co oznaczają te wszystkie miotły ma płótnach niderlandzkich malarzy?
Piotr OczkoJak mówiłem, holenderskie malarstwo rzadko było ściśle realistyczne. Owszem, mamy miotły, których obecności nie sposób wyjaśnić inaczej, jak tylko faktem, że były one wszędzie obecne,  sprzątano cały czas. Ale są i miotły, które mówią o kobiecych cnotach, towarzyszą pracowitym służącym i paniom domu, są znakami ich domowych obowiązków. Miotła bywa też bronią, którą Holenderka poskramia męża, a nawet walczy nią o niepodległość kraju z Hiszpanami. Jeszcze inne miotły to symbole porządku moralnego, kiedy na przykład służąca wymiata nimi grzeszne przedmioty, choćby karty do gry. Najciekawsze są jednak miotły będące symbolami seksualnymi. Istnieją dwa niderlandzkie przysłowia – a do przysłów odwoływali się często holenderscy artyści – Over de bezem getrouwd zijn, być zaślubionym nad miotłą, oznacza życie razem bez ślubu, aktywność seksualną poza związkiem małżeńskim; zaś de bezem uitsteken, wystawiać miotłę – swobodne oddawanie się uciechom cielesnym, albo dawanie znać kochankom, że czeka się na ich przyjście. W takiej właśnie funkcji miotła pojawia się w malowanych często scenach z burdeli.

Mężczyźni uwieczniali porządek w sztuce, ale to kobiety na co dzień go utrzymywały – historia schludności to historia kobiet. Na obrazach są one niezmiennie przyporządkowane do sfery domowej i uwięzione w patriarchalnych schematach. Były despotycznymi władczyniami czy raczej umęczonymi niewolnicami?
Holenderskie kobiety prawdopodobnie tworzyły sobie niegdyś swoiste domowe państwa w państwie, w których wprowadzały szereg restrykcyjnych zasad i norm, swoiste protoemancypacyjne oazy. Żądanie respektu dla swej pracy i zawłaszczanie przestrzeni domowej (nie wolno wchodzić w butach, nie wolno kruszyć, nie wolno brudzić) wiąże się z budowaniem systemu zakazów i nakazów obowiązującego od samego momentu przekroczenia progu, to może kojarzyć się wręcz z konstruowaniem pewnego „systemu prawnego porządku”. Wystarczy poczytać dawne relacje podróżne i sięgnąć do piśmiennictwa niderlandzkiego – znajdziemy bez liku „bogiń domowych świątyń”, „królowych” i „władczyń”, które skutecznie rządzą rodziną, stosując reżim czystości, a nawet terroryzują domowników porządkiem. Nie odnosi się to zresztą tylko do dawnej Holandii. Bohater popularnej powieści Williama Whartona „Tato”, syn sprzątającej matki-terrorystki wyznawał, że jako dorosły człowiek boi się podejść do wymytej szyby –„zbliżając się do okna, za każdym razem musi przełamać barierę maminego gniewu”.

Mycie chodników w Bunschoten (lata 30. XX w.?)

W 1874 roku, po podróży do Kraju Nizin, Henry James notował z przekąsem: „W takich domach muszą mieszkać ludzie (…), którzy obkładają swe książki białym papierem, a w tajemniczym skapnięciu wosku na obrus widzą powód do tygodniowych rozmów”. W pedanterii Holendrów pisarz widział ograniczenie horyzontów i cel sam w sobie, a gloryfikowanie porządku wywodził z ich filisterskiej mentalności. Miał rację?
Utrzymywanie porządku zawsze jest swoistym kaprysem, jeśli wziąć pod uwagę realia ekonomiczne. Dbanie o czystość to pewien luksus, na który można sobie pozwolić, poświęcając czas nie na pracę, zdobywanie środków niezbędnych do przeżycia, ale na troszczenie się o estetykę i komfort otoczenia, w którym żyjemy. XVII-wieczni wyrobnicy z angielskich czy szkockich miast nie mogli sobie na to pozwolić, gdyż wyszorowanie podłogi oznaczało dla nich przyniesienie dodatkowej ilości wody z oddalonej studni lub rzeki. Wody nie do zaspokojenia pragnienia, ale przeznaczonej na „zbytki”. Niemiecki dziennikarz Johann Erich Biester podróżujący po Polsce w XVIII wieku napisał: „W dobrych domach Warszawy panuje niewątpliwie wielki porządek i wielka czystość, lecz najniższa klasa oznacza się brudem w ubiorze, jadle, mieszkaniu itd. Lecz czyż to pochodzi stąd, że są Polakami, lub raczej stąd, że są ubogimi i niewolnikami?”.

Winieta faszystowskiego czasopisma „De Bezem” (1929)

Na początku zamierzał pan ograniczyć zainteresowania do wieku XVII – Złotego Wieku kultury holenderskiej. Co sprawiło, że zmienił pan zdanie i rozszerzył pracę na kolejne stulecia – aż do współczesności?
Materiały były zbyt ciekawe, żeby z nich zrezygnować. Jak można było pominąć choćby komedię Jacoba Campo Weyermana „O czystości holenderskiej”, w której pannie nie pozwala się wyjść za mąż za ukochanego, bo w jego domu nie jest wystarczająco czysto? Skarży się ona:

Ha, w takim razie honorem się staje
Zamiatanie podłogi, garnka szorowanie?
Alfonsa mam poniechać, gdyż dom i sprzęty jego
Nie lśnią jak werniks? Kupida jest samego
Miłości słodką strzałą mycie, płukanie, pranie?
A może kij od miotły nosi on w swym kołczanie?

Albo nie wspomnieć o ciągłych odniesieniach do porządku w retoryce przedwojennych holenderskich faszystów, do której obecnie nawiązują również tamtejsi prawicowi politycy? Trzeba by też pominąć słynną piosenkę Wima Sonnevelda, ikony popkultury w Holandii, o Dorze – artystce sprzątania. Najciekawsze było właśnie to, jak obsesja porządku wciąż narastała, a potem tak nagle się skończyła, mniej więcej w latach 70. XX wieku.

Kobiety czyszczące kazalnicę w Bunschoten (Holenderski Kościół Reformowany, lata przed II wojną światową?)

Co się stało? Holendrzy polubili chaos i bałagan?
W latach 60. i 70. XX wieku w Holandii miała miejsce niezwykła przemiana społeczna i kulturowa, za sprawą której narodziła się zupełnie inna mentalność. U jej podstaw stały kontestatorskie ruchy wywodzące się z rewolucji młodzieżowych, rewolucja seksualna i emancypacja kobiet oraz mniejszości seksualnych. Młodzi odrzucili system wartości swoich rodziców i dziadków, a także przestali maniakalne sprzątać. Liberalna, tolerancyjna Holandia ze swą permisywną polityką społeczną to twór stosunkowo nowy; pamiętajmy, że jeszcze w latach 50., z pełnym przyzwoleniem władz i rodzin, zapobiegawczo tam kastrowano nastoletnich gejów!
Dziś jednak nadal, zwłaszcza na prowincji, widzi się schludne, nieskazitelne, wypucowane wnętrza i zadbane ogrody. Kiedy jedzie się samochodem z Amsterdamu do Hagi, zadziwiają też zagajniki na poboczach autostrady, z drzewami sadzonymi równo, od linijki.

Piotr Oczko „Miotła i krzyż. Kultura sprzątania
w dawnej Holandii, albo historia pewnej obsesji”
.
Collegium Columbinum, Kraków, 792 strony,
w księgarniach od kwietnia 2013
Ostatnio głośno było o antyemigranckich nastrojach części społeczeństwa, na fali których popularność zdobył m.in. kontrowersyjny polityk Pim Fortuyn. Czy niechęć do obcych może mieć źródło w odmiennym postrzeganiu kulturowych kategorii ładu i nieporządku?
Nie sądzę, żeby tak było, tym bardziej że – jak już mówiłem – w dzisiejszej Holandii wcale nie jest już tak czysto. Jeśli nawet na stronach internetowych prawicowych ekstremistów pojawiają się uwagi o „brudnych imigrantach”, to mają one inne przyczyny. Retoryka porządku jest typowa dla wszelkich ugrupowań o charakterze totalitarnym. Sprzątanie, czyli usuwanie, to chwytliwa metafora pozbywania się ze społeczeństwa jednostek, których dana nienawistna ideologia akurat nie akceptuje, na przykład zbyt niezależnych kobiet (czarownice, feministki), mniejszości narodowych, wyznaniowych i seksualnych, niepełnosprawnych. Przedwojenne austriackie czasopismo antysemickie nazywało się „Der Eiserne Besen” („Żelazna Miotła”), a holenderscy faszyści wydawali „De Bezem. Fascistisch weekblad voor Nederland” („Miotła. Faszystowski Tygodnik Holenderski”). Potem miotła zmieniła się w karabin i krematoryjny piec w Auschwitz. Pisał o tym też Zygmunt Bauman w „Ponowoczesności jako źródle cierpień” – zwracał uwagę, że Holokaust był przedstawiany przez nazistów jako problem estetyczny. Do tej samej tradycji nawiązał Marco Pastors z radykalnej partii EénNL (Jedna Holandia), kontynuującej działalność Pima Fortuyna. W 2006 roku kwestię imigrantów chciał rozwiązywać pod niechlubnym hasłem niet lullen, maar poetsen (nie pieprzyć, ale czyścić). Zresztą nie trzeba szukać w Holandii, wystarczy przeanalizować wypowiedzi niektórych polskich polityków czy polskie strony faszystowskie. Materiałów do porównań znajdziemy bez liku.

Podobno często spotykał się pan z tym, że sami Holendrzy dyskredytowali stereotypową holenderską schludność i jej znaczenie dla własnej kultury. Na jakie trudności natrafiał Pan przy pracy nad książką?
Jest takie niderlandzkie powiedzenie: doe normaal, dan doe je al gek genoeg, zachowuj się normalnie, wtedy jesteś dostatecznie szalony. Takie myślenie często utrudnia Holendrom dostrzeżenie ekstrawagancji i przesady w ich własnej kulturze, a do nich niegdysiejsze obsesyjne sprzątanie z pewnością należy. Owszem, spotkałem się z kilkoma negatywnymi reakcjami typu „po co pisać o czymś tak śmiesznym i na pewno zmyślonym”, które odebrałem, może niesłusznie, jako obawę przed wyciąganiem narodowych (nomen omen) brudów. Z drugiej jednak strony, holenderskie wydawnictwo z Lejdy zgłosiło się z propozycją wydania przekładu książki. Jeśli tylko do tego dojdzie (czyli znajdą się środki), mam nadzieję, że praca obroni się samymi już  „dowodami” – cytatami i ilustracjami.
Inne trudności miały charakter logistyczny. W pewnym momencie nie byłem już w stanie zapanować nad kserokopiami zgromadzonymi w czterdziestu wypchanych segregatorach, nie miałem gdzie trzymać materiałów, które stopniowo przemieściły się nawet do szafy z ubraniami. Najtrudniejszą rzeczą, która wciąż powraca do mnie w koszmarach sennych, było jednak zdobycie pozwoleń na opublikowanie prawie 300 zdjęć. Gdyby iść najłatwiejszą drogą, można by uzyskać je od agencji, ale wtedy koszty byłyby astronomiczne, około 50 tysięcy złotych, co oczywiście nie wchodziło w rachubę.

Holenderki myjące ściany domów preparatem z chlorem (lata przed II wojną światową?)

I jak udało się je zdobyć?
Przez kilka lat napisałem ponad dwa tysiące błagalnych listów i wypełniałem formularze, prosząc o ilustracje za darmo, a w przypadku odmów ponawiałem próbę, aż do skutku. Zrozumiałem wtedy, dlaczego moi przyjaciele – historycy sztuki – wciąż desperacko mówią o ilustracjach. Napisanie tekstu to nic, zdobycie pozwoleń na wykorzystanie zdjęć to dopiero heroiczny wyczyn! Muszę jednak powiedzieć, że większość instytucji, zwłaszcza holenderskich, okazała ogromną życzliwość, zwłaszcza moje ukochane Rijksmuseum. Powoli jednak coś zaczyna się zmieniać i zachodnie muzea dochodzą do wniosku, że nie powinny pobierać opłat za reprodukowanie w celach naukowych dzieł będących przecież dobrem wspólnym, zakupionych często i konserwowanych ze środków państwowych, a także digitalizowanych za publiczne pieniądze. Swoje zbiory udostępnia już bez ograniczeń British Museum, taką zasadę przyjęła też niedawno National Gallery of Art w Waszyngtonie; mówi się, że wiele instytucji zamierza wkrótce przeprowadzić podobną rewolucję. Oby, bo traktowanie naukowców na równi z producentami pamiątek turystycznych i żądanie od nich 400 euro (bo i takie ceny się pojawiają!) za jedno pozwolenie to pomyłka.

Czy badania na temat kultu czystości przyniosły obalenie jakichś mitów dotyczących Holandii?
Chciałem nie tylko pokazać holenderską obsesję sprzątania, ale i dać jak najpełniejszy obraz kultury, którą postrzegamy w Polsce właśnie przez pryzmat mitów. Wciąż obracamy się w kręgu XIX-wiecznych wyobrażeń, czego przykładem przetłumaczony przeze mnie zbiór esejów Johana Huizingi „Kultura XVII-wiecznej Holandii”, będący przecież już tylko dokumentem historiografii, czy choćby „Martwa natura z wędzidłem” Zbigniewa Herberta.