Wakacje z trupem
kadr z klipu scena21 / zdjecia:: jarosław moźdzoerz, szymon szyndlar

Wakacje z trupem

Michał Szymański

Autor: złośliwy demiurg i umarły bohater? W nowym tomie Świetlickiego pierwszy podnosi drugiego z grobu, powoli ożywia, zsyła nań przeczucia, omamy i złe sny

Jeszcze 2 minuty czytania

„Opowiadam wyraźną historię” – deklaruje pod koniec tomiku „Jeden” – „Opowiadam wyraźną historię z przesłaniem”. Można mu wierzyć? Mówi we własnym imieniu? Marcin Świetlicki, posiwiały autor legendarnych wierszy i kultowych piosenek, ostatni żyjący polski poeta wciąż czytany na skalę wyrażalną w liczbach całkowitych?  Najnowszy tomik ozdobiony tęczową okładką mógłby nosić tytuł tego wiersza umieszczonego blisko końca książki: „Przebicia”. „Opowiadam wyraźną historię z przesłaniem. / Staromodną, wyraźną. A to zakłócenie / jest skądinąd. Gdzie źródło? – nie wiem i nie dowiem // się”. Wbrew tytułowi jest ich co najmniej dwóch, autor i bohater lub bohater I i bohater II (numerację można ciągnąć dalej). Ich perspektywa jest odmienna, ich siła sprawcza różne ma natężenie, jeden głos przebija przez drugi, jeden z drugim miesza się, kotłuje, walczy. A nad wszystkim unosi się Pan Bóg w trójcy jedyny, raz jako „wywrócone obelżywie” oko w błękicie, innym razem demoniczny psotnik.

Marcin Świetlicki, „Jeden”. EMG, Kraków, 96 stron,
w księgarniach od maja 2013
Streszczanie poezji to na ogół zajęcie bezdennie głupie, poezję należy raczej ostrożnie otwierać i punktowo oświetlać, pamiętając przy tym, że każdy gwałtowny ruch krytyka-dłubacza zniszczyć może jej delikatne mechanizmy. Istnieją wyjątki. Marcin Świetlicki ułożył z 88 wierszy (imponująca, złowieszcza liczba) spójną historię, rozwijającą się od przedwiośnia do zimy 2012. Nazwy pór roku, nazwy miesięcy i konkretne daty dzienne znaczą tu kolejne fazy w biografii bohatera, któremu miłość przywraca życie. Wziąwszy diarystyczną skrupulatność poety za dobrą monetę, łatwo ustalić na przykład, że skoro pod datą 10 września pada zdanie: „Mieszkam tu trzy tygodnie”, to kluczowe wejście bohatera do nowego mieszkania – zapisane w przeglądających się w sobie wierszach „O, dom!” i „Przeprowadzka”, nawiasem mówiąc, obydwu z ducha Białoszewskiego – nastąpiło koło 20 sierpnia. Idąc dalej tym tropem, stwierdzamy, że maj był trudny, czarny, czerwiec pusty, a ona, której „nocne obyczaje są zaskakujące”, pojawiła się w jego życiu między 1 a 3 lipca („OPUSZCZAM GOTHAM / Z KOBIETĄ KOTEM!”). Kompozycja nie oddaje, to jasne, rzeczywistej pisarskiej praktyki, ale skutecznie naśladuje chronologiczną formę dziennika.

Promienny uśmiech na zdjęciach. Zapisywane ciurkiem radości gdzieniegdzie przetkane konwencjonalnym czarnym zawijasem. Świetlicki rozczulony: „Ubrudziła spódnicę chińskim sosem, ojej!”. Tęczowy Świetlicki, wrażliwy, zakochany, nastrojony na zachwyt: „Turbot! Kurki! Makaron! Bób! I papierosy!”. Nowy etap w życiu, nowa karta w twórczości po starczym uwiądzie „Niskich pobudek”, po grubych tomach wierszy i powieści zebranych. Niespecjalnie mnie przekonuje ten jednoznacznie słodki portret, który pośpiesznie wysmaża się w mediach, powodem mojego sceptycyzmu nie jest zaś jakaś zasadnicza niewiara w możliwość nawrotu sił witalnych po pięćdziesiątce, lecz diabelsko przewrotna konstrukcja tomiku „Jeden”, w którym dwa wzory czasu – linia i koło – toczą ze sobą całkiem poważną walkę. W pierwszym mieści się odrodzenie bohatera przez miłość, beznadziejny pesymizm drugiego przewyższa najbardziej grobowe frazy w dorobku krakowskiego poety.

Historię otwiera tajemnicze wyjście „trupa z bałwana” roztapianego przedwiosennym słońcem. Upiór-powrotnik? „Ledwo żywa legenda, stwór bajkowy, wampir” – mówi o sobie – i chroni się w chłodnych mieszkaniach przed piekącym słońcem. Najpierw to typowy bohater Świetlickiego wśród dobrze znanych dekoracji, szyldów, pochodów, pomników, gmachów, tyle że jeszcze mniej żywy niż zwykle. Porzucają go kobiety, nie sprzyjają mu pociągi, komunikacja z otoczeniem nie udaje się. W pewnym momencie następuje ożywienie, a właściwie rozdzielenie („Ja siada na granicy torów, / rozdziera się”, „Zakłóciła się jedność między mną a mną”), i ćma opuszcza na kilka miesięcy kokon („Bo się unoszę pod sufit, przy suficie krążę / i obserwuję chorego, on jeszcze pociągnie”). Odmienionego kochanka nękają jednak obrazy własnej nie-egzystencji, trup podąża za nim krok w krok: do drzwi puka upiór – wskazuje na ranę, nocą po mieszkaniu grasuje duch, w ciszy nawołują się kuny i szczury, śni się Zbigniew Cybulski „jako Gustaw-Konrad, / poczerniały, wychudły”, śnią się „rzędy martwych dusz” i martwy dom. W wierszach miłosnych Świetlicki nie potrafi, może nie chce, wyjść poza narcystyczne upajanie się bohatera swoim wzmożonym istnieniem. Ona, która „robi mu życie”, ledwie przemyka między wersami, sprowadzona do lśniących nóg, nadgarstka, gładkiej skóry. Jesienią bohater nieśmiało zapisuje życzenia na Święto Zmarłych, krok jego staje się chwiejny, koślawy, wokół robi się pusto, za oknem „gałęzie puchną biało”. Wreszcie:

I to nie ty zniknęłaś. To zgubiłem się ja.
Nie bądź zarozumiała.
Nadeszła zima. Szybko się ukrywam
wewnątrz bałwana.
(„I Marcinowi dobranoc”)

Autor: złośliwy demiurg i umarły bohater? Pierwszy podnosi drugiego z grobu, powoli ożywia, wrzuca w wir, zsyła nań, chyba ku pamięci i ku przestrodze, przeczucia, omamy, złe sny, po czym jak znudzone dziecko niezgrabnie chwyta go za główkę, zwija planszę, bo zabawa skończona.

Ale te fatalizmy nieustannie uchyla, podważa najzwyklejsza radość bycia razem przeciwko złu, które – jak to u Świetlickiego – jest wszystkim, co nie jest nami, zaczyna się tuż poza granicą skóry. Ponowne narodziny pozostają kwestią otwartą. W „Jeden” znajdziemy również wiele wątków pobocznych, niedających się wciągnąć w całościową interpretację. Tajemnicza jest postać Pinokia, dziwny popkulturowy motyw Batmana, jeszcze dziwniejsze rzadko spotykane u Świetlickiego motywy żydowskie.

Nie ma nic gorszego niż delikatne podszczypywanie mistrzów swojej młodości, chyba tylko kurtuazyjne poklepywanie ich po plecach jest bardziej żałośne! Marcin Świetlicki naprawdę wszedł w niezwykle płodny literacko okres. Marcin Świetlicki dobre wiersze ma po prostu we krwi i zawiesza poprzeczkę tak wysoko, że inni poeci, jeśli chcą choćby oszacować jej położenie, wciąż muszą zadzierać głowy. Dotychczas był dla mnie poetą, którego wiersze można wybierać na chybił trafił z książek i czytać wielokrotnie dla mocnej, zapadającej w pamięć frazy, bez zwracania uwagi na kontekst. Najnowszy tomik, znakomity jako historia poprowadzona od a do z, blednie w takiej swobodnej lekturze. Albo wiersz pojedynczy Świetlickiemu osłabł, albo zanadto przyzwyczailiśmy się już do jego rytmu, brzmienia, do miejsc, w których łamią się wersy, do ostrych konkluzji, powtórzeń, zapętleń, językowych gier. „We śnie / brednie. We dnie / i noce…” – pisze Świetlicki – a my wiemy, zaraz pojawi się „dno” – i pojawia się. „Te wakacje w traumie, / wakacje w tiurmie/ w…”. Kto zgadnie, w czym?


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.