Zombie, zombie, zombie

Zombie, zombie, zombie

Jakub Socha

„World War Z” z Bradem Pittem to specyficzny melanż: kino prorodzinne, ale skierowane przeciw światu

Jeszcze 2 minuty czytania

Jak uchronić się przed zagładą? Jak powstrzymać tajemniczy wirus, który każdego może zamienić w zombie? To proste: wystarczy zmusić ludzi, by pozbyli się uzębienia. Jeśli nie będzie miał kto gryźć, nie będzie nowych zarażeń i kolejnych ofiar.

Stopniowanie strachu – najpierw zombie, którego trudno brać na poważnie, a dopiero potem prawdziwe zagrożenie: świecący po oczach wielką lampą dentysta, trzymający w ręce wielkie obcęgi. Film, który nie dałby się wciągnąć w niekończąca się popkulturową zabawę w uciekanie przed zombie, który jednym przekornym gestem usuwałby problem, byłby jak koło ratunkowe w morzu podobnych do siebie opowieści. W „World War Z” pojawia się stomatologiczna metoda, ale jedynie na marginesie – szalony i bezzębny agent CIA przekonuje, że to właśnie dzięki masowym ekstrakcjom Korea Północna poradziła sobie z plagą nieumarłych. Gerry Lane, były śledczy ONZ, który właśnie wyruszył w świat w poszukiwaniu recepty na plagę, agenta jednak nie słucha. Nie wraca z dobrą nowiną do Stanów, do domu, który już przestał być domem i stał się ruiną, polem bitewnym, strefą zagrożenia. Wsiada do samolotu i rusza do Izraela – Izrael ponoć też sobie nieźle radzi w starciu z nowym zagrożeniem. Radzi sobie, bo ma mur, którym odgradza się od świata. Więcej niż ryzykownie wyglądają sceny, gdy palestyńscy obywatele, po przejściu przez drobiazgową, upokarzającą kontrolę, wchodzą wreszcie do miasta Jerozolima i zaczynają tańczyć na izraelskiej ziemi, dziękując Izraelczykom, że pozwolili im się u nich schronić. To ryzyko i ten skandal przykrywa jednak szybko kolejny – zombie tworzą z siebie żywą (nieżywą) drabinę i przedostają się za mur. Szybko zostają ukarani, wojsko częstuje ich seriami z broni maszynowej i wystrzeliwanymi z helikopterów rakietami. 

W filmie Marca Forstera oglądamy równolegle dwie zagłady – ludzi i zombie, ale ta druga wydaje się zdecydowanie bardziej przerażająca. Scen, w których człowiek zostaje pogryziony, jest niewiele; scen, w których giną zombie – całkiem sporo. Forster pokazuje ich jako zbitą masę, armię pozbawionych twarzy mrówek-morderców. Obserwujemy nieustannie znęcanie się nad tymi mrówkami – zagania się je na stadiony i zrzuca na nie bombę, rozgniata ciężarówkami, traktuje miotaczami ognia. W Rosji bojownicy wyruszają na zombie, zupełnie jak w średniowieczu, z mieczami. Po skończonej robocie ludzie zwożą ciała nieumarłych wywrotkami na wysypiska i robi się z nich górki z ciał przy użyciu spychaczy. Źle to się kojarzy.

W „World War Z” nikt nie myśli o tym, że zombie jeszcze przed chwilą byli przecież kimś bliskim – przyjaciółmi, rodzicami czy partnerami. Ocaleni nie myślą, jak ich uleczyć, tylko jak przetrwać. Gerry Lane, główny bohater filmu, który prawie w pojedynkę wyprowadza gatunek ludzki z tarapatów, mimo że jest bez reszty oddany swojej rodzinie, też o tym nie myśli. Rusza w drogę tak naprawdę pod wpływem szantażu – rusza w drogę, bo wie, że jeśli nie ruszy, jego rodzina zostanie zdana na siebie, nikt nie pozwoli im dalej chronić się przed zombie na amerykańskim lotniskowcu. 

Inaczej niż chociażby w niedawnym „Contagion – epidemia strachu”, Forster nie skupia się na tym, jak współczesne państwo i wypracowane przez nie procedury sprawdzają się w sytuacji zagrożenia. Procedury zawodzą tu na całej linii, zawodzą praktycznie od razu, i wszystko znowu zostaje na barkach bohatera, w którego wciela się Brad Pitt. Pitt nadaje się do tej roli jak mało kto, i to nie tylko dlatego, że zdążył się w życiu osadzić w roli idealnego męża, że ciągnie się za nim sława dobrego człowieka. Gwiazdor, który z wiekiem coraz bardziej zaczyna przypominać Marlona Brando, ma po prostu charyzmę, może nie taką samą jak tamta legenda, ale ciągle sporą. Widać zresztą między nimi inne styczne – ta sama delikatność i zmęczenie w oczach, które mówią zarówno o doświadczeniu, jak i o tym, że to doświadczenie nie zamieniło ich w cyników, wręcz przeciwnie, raczej w ludzi, którzy wiele potrafią zrozumieć. Wreszcie – podobne ciało, spore, ale jeszcze nie ociężałe; ciało, które wiele może przyjąć na siebie i które trudno złamać. Możecie się śmiać, ale ja tam Pittowi wierzę, gdy wydostaje się z wraku samolotu należącego do białoruskich linii, który właśnie spadł na ziemię; wierzę, że mogło mu się udać. Pitt odpina pas bezpieczeństwa i podnosi się z bólem. Ma wbity w bok metalowy pręt, ale idzie dalej, szukając zbawienia. Chrystus to? Nie, to Noe, który wyręcza gołębia w poszukiwaniu ratunku dla ludzkości, dryfującej w panice, otaczanej przez coraz większe masy zombie.

„Word War Z”, reż. Marc Forster.
USA 2013, w kinach od 5 lipca 2013
Marc Forster traktuje misję Lane’a bardzo poważnie. W „World War Z” wyraźnie zaznacza się ukąszenie Nolanowskie – tak jak w „Mrocznym rycerzu” jest groźnie, muzyka jest sroga, nikt tu nie bawi się ironią, nikt nie pamięta, co to autoironia, nikt nawet nie rzuca śmiesznych żarcików – tu rzuca się granatami. Czy przeszkadzają te bardzo czarne chmury, które wiszą nad tym światem? Nie przeszkadzają, bo na ekranie wszystko szybko się przewija, tempo zagarnia. Forster prowadzi ten film trochę jak swojego Bonda – nie ceregieli się. Jest krótka ekspozycja – rodzina Lane'a budzi się, potem zjada idealne śniadanie, a chwilę po nim już pierwsza stłuczka, pierwsza panika, pierwsza ucieczka przed zombie. Dalej perspektywa się rozszerza. Brad rusza w świat, reżyser wraz z nim. Film robi się jeszcze bardziej spektakularny, ale Forster ładnie ogrywa różne plenery i lokacje. Nie traci głowy w zatłoczonej Jerozolimie, nie gubi się w zalanej deszczem bazie wojskowej amerykańskich marines w Korei Południowej, potrafi też ciekawie zainscenizować scenę w scenerii dużo skromniejszej. Zmaganie się z zombie w aseptycznym, dość banalnym laboratorium przy użyciu mniejszych środków też wypada nieźle. Żeby to tempo nie zmęczyło oczu, nie skończyło się czkawką, autor „Marzyciela” co jakiś czas na krótką chwilę przenosi nas na amerykański lotniskowiec, gdzie schroniła się rodzina Lane’a i gdzie równocześnie rozgrywa się to wszystko, co wcale nie wskazuje, że świat trzeba ocalić. „World War Z” to specyficzny melanż: kino prorodzinne, ale skierowane przeciw światu.