PRZYJEMNOŚĆ DRUKU:  Różne małe książki
Ed Ruscha with six of his books on his head, 1970 / fot. Jerry McMillan (fragment)

PRZYJEMNOŚĆ DRUKU:
Różne małe książki

Jakub Bąk

Wydawnictwo MIT uczciło jubileusz Eda Rushy, amerykańskiego prekursora selfpublishingu, monografią „Various Small Books”. Do naszych rąk trafiło niekończące się źródło przyjemności

Jeszcze 3 minuty czytania

Pięćdziesiąt jeden lat temu Ed Ruscha własnym sumptem wydał swoją pierwszą książkę „Twentysix Gasoline Sations”. Podobno najpierw przyszedł mu do głowy jedynie liczebnik 26 i dwa dobrze brzmiące słowa – Gasoline Station. Książka składała się ze strony tytułowej – czerwony kolor szeryfowej czcionki był jej jedyną ekstrawagancją – oraz dwudziestu sześciu czarno-białych fotografii stacji benzynowych, położonych pomiędzy Los Angeles a Oklahoma City. Z założenia były to neutralne, niedbałe fotki, szybko strzelone podczas podróży. Pozbawiony walorów estetycznych typologiczny ciąg nieciekawych zdjęć banalnych obiektów, miejsc nie miejsc. Minimalistyczny album pytający o istotę stacji benzynowej.

„Stacja benzynowa […] zapewnia większe poczucie duchowej wspólnoty niż jakikolwiek kościół czy kaplica.” – komentuje koncept Ruschy J.G. Ballard. Wikipedia przekonuje o związku serii czternastu stacji paliwowych ze stacjami drogi krzyżowej, chociaż badacze tematu sugerują raczej „pustkę, wszechobecność tego, co identyczne, dyktaturę nicości”, a nawet nawiązania do beatnikowskich powieści, „W drodze” Kerouaca i „Amerykanów” Franka. Bardziej dociekliwi poszukiwacze sensu dwudziestu sześciu przydrożnych stacji benzynowych przywołują czas wielkiego kryzysu i migracji rolników z Oklahomy do Kalifornii, gnanych alchemicznym marzeniem o wymianie pustynnego pyłu drogi na soczyste pomarańcze. W takiej interpretacji stacje benzynowe przypominają drzewa, po prostu dlatego, że stoją przy drodze, a w ich cieniu mogą na chwilę wypocząć poszukiwacze lepszego losu. 

Wysiłek interpretacyjny trwa już pięćdziesiąt lat. Niektórzy (Jeff Wall) twierdzą, że „Tylko idiota mógłby zrobić zdjęcia, na których nie ma nic oprócz stacji benzynowych, a książka z takimi zdjęciami dowodzi jedynie, że taki dureń istnieje”. Mimo to model książki artystycznej zaproponowany przez Ruschę rozwija się, zyskuje na znaczeniu i zdobywa współcześnie coraz więcej zwolenników.

Ed Rusha, „Twentysix Gasoline Sations”

Wydawnictwo MIT Press uczciło jubileusz amerykańskiego protofotokonceptualisty, prekursora selfpublishingu i nestora książki artystycznej, monografią zatytułowaną „Various Small Books”. Wyszła książka o książkach inspirowanych książkami, zrobiona przez kolekcjonera książek i dwójkę artystów książki tworzących. Powstała książkowa piramida, niekończące się źródło przyjemności dla każdego, kto lubi podrapać się po głowie zakłopotany enigmatyczną zawartością kilku zadrukowanych stron.

W „Various Small Books” prac samego Ruschy prawie nie ma – kryją się pomiędzy linijkami tekstu. Pierwszoplanową rolę grają tu publikacje zainspirowane jego wydawnictwami: trawestujące je, będące hołdem, reprodukcją, reinterpretacją, rekonstrukcją, rafinacją, rekontekstualizacją, imitacją, parodią, świadomym zapożyczeniem lub jawną kontestacją. W jednym tomie zebrano 91 takich produkcji, uporządkowanych według daty publikacji. Chronologiczna lektura ustępuje jednak miejsca fascynującym próbom śledzenia losów kolejnych książek, których tytuły i pomysły przepoczwarzają się w nowych sposobach użycia.

„Various Small Books”, red. Jeff Brouws, Wendy Burton i Hermann Zschiegner. MIT Press, Cambridge, język angielski,
288 stron, w księgarniach od lutego 2013 / fot. dzięki uprzejmości SOUSOU STUDIO, www.sousoustudio.pl

W 1964 Ruscha wydał „Various Small Fires and Milk” (1964), rzecz złożoną ze zdjęć różnych drobnych form ognia: płomienia zapalniczki, żaru na końcu cygara, kominka, palnika acetylenowego oraz fotografii szklanki mleka. Pięć lat później Bruce Nauman wydał „Burning Small Fires”, w której znalazły się zdjęcia płonących stron (poza tą ze szklanką mleka) z ognistej książki Ruschy. Trzydzieści cztery lata później Jonathan Monk spalił książkę Naumana, co uwiecznił w formie filmu na taśmie 16 mm, który zatytuował „Small fires burning (after Ed Ruscha after Bruce Nauman after)”

fot. dzięki uprzejmości SOUSOU STUDIO, www.sousoustudio.pl

W tym samym roku Luke Batten i Jonathan Sandler własnym sumptem wydali dziesięć egzemplarzy „Various Fires”, eklektycznego zbioru fotografii różnych, niekoniecznie małych pożarów pochodzących z tzw. stocków, czyli komercyjnych banków zdjęć używanych w prasie i reklamie. Artyści zabawnie (i tajemniczo) skontekstualizowali te fotograficzne ready made na kanwie Ruschy. Gra konwencjami i kpina z komercyjnej estetyki obserwowane w „Various Fires”, wyostrzają nieufność wobec fotograficznych banków, które budują medialny obraz świata. Anonimowe zdjęcia reklamowe budzą uśmiech i jednocześnie wyrażają troskę o kształt otaczającej nas kultury wizualnej. Przypomina się stare Brechtowskie twierdzenie, że „opinia panująca jest opinią panujących”. Z obrazami jest tak samo.

fot. dzięki uprzejmości SOUSOU STUDIO, www.sousoustudio.pl

W 1972, zaledwie sześć lat po czwartej książce Ruschy – „Every Building on the Sunset Strip”, słynne małżeństwo Robert Venturi i Denise Scott Brown oraz Steven Izenour opublikowali „Learning from Las Vegas” – przełomową pracę o wernakularnej zabudowie głównej arterii najbardziej sztucznego miasta Ameryki i pewnie reszty świata. Pionierzy architektury postmodernistycznej w swoim kanonicznym dziele interpretowali i rekomendowali małą książkę Ruschy jako wybitny traktat o unikatowym projekcie architektonicznym.

„Every Building on the Sunset Strip” (1966) to chyba najczęściej przetwarzany pomysł Ruschy. Książka zawiera dwie fotograficzne panoramy umieszczone jedna nad drugą, biegnące w przeciwnych kierunkach. Na 62 stronach znalazły się zdjęcia wszystkich budynków, jakie mieszczą się na półtoramilowym odcinku Bulwaru Zachodzącego Słońca w Los Angeles. W 2002 Jonathan Monk wydał „None of the Buildings on Sunset Strip”, czyli identyczną książkę, z tym że portretującą wszystkie puste miejsca pomiędzy domami, które znalazły się w pierwowzorze. Ani jednego budynku, pustka zamiast konkretu – Monk wszedł więc w zabawną i znaczącą grę z tytułem i tematem Ruschy, ale również z nazwą samej ulicy – na każdym kolejnym obrazie widzimy coraz dłuższy cień rzucany przez budynki, słupy i inne obiekty tonące w zachodzącym słońcu.

fot. dzięki uprzejmości SOUSOU STUDIO, www.sousoustudio.pl

Z kolei Derek Sullivan zlekceważył topografię wraz z architekturą i skupił się na aspekcie ortograficznym. W 2007 wydał „Every Letter in «Sunset Strip», 64 strony zapełnione mniej lub bardziej zabawnymi permutacjami oryginalnego tytułu. Nieskrępowane gry językowe nawiązują do, nieodzownego w twórczości Ruschy, umiłowania niecodziennej frazy.

W jeszcze innym kierunku poszła Julie Cook, wydając 150-stronicowy album „Some Las Vegas Strip Clubs”. Autorka odwołała się jednocześnie do „Lerning from Las Vegas” i do „Every Building on the Sunset Strip”, z tym że użyła bardziej kontrowersyjnego znaczenia słowa strip. Książka jest kompleksową, fotograficzną dokumentacją barów ze striptizem w godzinach wolnych od pracy i klientów. Pokazuje wszystko: od szyldu, fasady budynku, przez wystrój wnętrza, aż po toalety i zaplecza. Pozbawione akcji i bohaterów kluby przypominają puste plany filmowe, z których każdy na swój własny, dziwny sposób został zaprojektowany, by uwodzić miłośników tańczących nagich kobiet.

fot. dzięki uprzejmości SOUSOU STUDIO, www.sousoustudio.pl

Serie typologiczne często spotykają się z zarzutem braku zaangażowania. Nie sposób tego powiedzieć o „107th Street Watts”, wydanej w 2003 przez Edgara Arceneaux, całkiem niesensacyjnej, codziennej i trywialnej panoramie jednej z ulic w L.A., której nazwa stała się synonimem napięć rasowych lat 60. oraz walk gangów z lat 90. Książka Arceneaux dokumentuje budynki położone na odcinku od galerii Watts Art Center do Watts Towers – pomnika amerykańskiej sztuki naiwnej, zbudowanego ze złomu przez robotnika-emigranta. Zaś rewers składanej w harmonijkę książki zajmuje cykl esejów wpisujących się w nurt nowej, krytycznej historii Los Angeles. 

Oryginalne „Every Building on the Sunset Strip” tak naprawdę również było konceptem głęboko politycznym. Inspirację do fotograficznej rekonstrukcji amerykańskiej ulicy stanowiła pokaźna, 4-stronicowa rozkładówka z książki wydanej w faszystowskich Niemczech. Rozkładówka ta przedstawiała tłum zwolenników Hitlera podczas partyjnego wiecu. Ruscha zauważył, że dla podniesienia monumentalności użyto fotomontażu zwielokrotniającego liczbę uczestników wydarzenia. W odpowiedzi artysta przygotował jeszcze dłuższą rozkładówkę, na której widać sklepy, szyldy, witryny, budynki, rynny, słupy elektryczne i resztę infrastruktury, ale żadnych ludzi. Odhumanizowanie pejzażu to znak firmowy amerykańskiego artysty. Podobno właśnie ów brak postaci zachwycił Warhola, gdy po raz pierwszy zobaczył prace Rushy.

fot. dzięki uprzejmości SOUSOU STUDIO, www.sousoustudio.pl

„Coloured People”(1972), jeden z niewielu kolorowych albumów Rushy, wbrew tytułowi, zamiast ludzi przedstawia fotografie palm wyszparowanych z otoczenia. Dwadzieścia lat później Jeff Brouws, redaktor „Various Small Books”, zrobił swoją wersję – „Twentynine palms” (1991). Palm to nie tylko palma, ale również dłoń, z której czyta się przyszłość. Artysta stworzył więc katalog zdjęć szyldów promujących usługi przydrożnych wróżbitów. Naiwne, ręcznie malowane tablice doskonale wpisują się w to, co Walker Evans nazywał „historyczną współczesnością”. Wydawnictwo łączy w zamyśle zainteresowanie palmami i architekturą wernakularną, które Brouws chyba błędnie przypisuje Ruschy. Moim zdaniem, zarówno u klasyka, jak i jego najlepszych spadkobierców, znacznie cenniejsze są niezwykłe operacje na banalnych fragmentach otoczenia, niż budowanie banalnych typologii wszelkich niezwykłości, wykwitów fantazji nieprofesjonalnych projektantów i samozwańczych architektów.

Znakomicie widać to podejście w innej palmowej produkcji – „One Thousand Two Hundred Twelve Palms”(2010). Jej autor Mark Ruwedel podniósł na czterocyforowy poziom kwantyfikację Ruschy, która zazwyczaj zamykała się w przymiotnikach: kilka, trochę, różne. Liczebnik 1212 nie określa liczby drzew na fotografiach zamieszczonych w tej książce, lecz jest sumą wszystkich cyfr zawartych w nazwach dziewięciu miejscowości ze słowem palm, położonych na pustynnych terenach południowej Kalifornii (m.in. Seven Palms Valley, Four Palm Springs, Five Palm Springs). Obok zabawy w nazywanie i liczenie oraz czarno-białych, wręcz surrealistycznych zdjęć drzew pośród piasków, można w książce znaleźć jeszcze tekst o historii regionu i endemicznym gatunku palmy.

fot. dzięki uprzejmości SOUSOU STUDIO, www.sousoustudio.pl/

Stosunkowo niewiele książek z „Various Small Books” eksploruje możliwości, jakie przyniosła rewolucja technologiczna ostatnich dwudziestu lat. Większość młodych artystów, znacznie bardziej od analizowania i używania nowych mediów, pociągają tradycyjne, często archaiczne techniki. Łatwiej im pozbyć się komputera, niż zgłębiać sekrety jego operacji logicznych i ich wpływu na myślenie użytkownika. Właśnie tak postąpili autorzy „Macintosh Road Test” (2000). Ruscha w „Royal Road Test” (1967) wyrzucił maszynę do pisania przez okno rozpędzonego samochodu, po czym wrócił na miejsce wypadku i sfotografował wszystkie szczątki tak, jak robi to policyjna ekipa dochodzeniowa. W dobie komunikacji cyfrowej maszynę do pisania marki Royal zastąpił komputer Apple, reszta pozostała bez zmian.

Simon Morris w podobny sposób pozbył się innego problematycznego przedmiotu. W „Objaśnianiu marzeń sennych” Zygmunt Freud nazwał interpretację snów „królewską drogą do nieświadomości”. Zasadzając się na tym zdaniu, Morris stworzył „Royal Road to Unconscious” (2003). 223 tysiące 704 słowa z angielskiej wersji „Objaśniania marzeń sennych” zostały starannie wycięte, każde osobno, a następnie wyrzucone z samochodu pędzącego z prędkością blisko 150km/h. Zespół studentów zaangażowany w wycinanie otrzymał aparaty fotograficzne oraz przykazanie, by nie zmieniać położenia skrawków papieru i dokładnie sfotografować wszystkie aleatoryczne sekwencje, jakie powstały podczas akcji. Narodziło się sporo raczej bezsensownej poezji skomponowanej zgodnie z dadaistyczną instrukcją Tristana Tzary. Wśród wycinków całkiem przypadkowo znalazła się też pusta paczka po papierosach marki Royal.

Odważny artysta potrafi w odwołaniu do małej książki z typologiczną serią stworzyć elegancką, poetycką wypowiedź. Skończymy więc z zachwytami nad banalnymi katalogami kuriozów: traktorów, przystanków, mieszkań do wynajęcia, jakie co jakiś czas ukazują się na polskim rynku, i sięgnijmy po solidnie przemyślane i prawdziwie niejednoznaczne propozycje. Genialne serie packshotów i zdjęć z aukcji internetowych Mikołaja Długosza (gdyby tylko zostały nieco bardziej elegancko zaprojektowane), „Lekcja z ulicy Puławskiej” Jana Smagi oraz „Nieskończone domy” Konrada Pustoły (gdyby w ogóle zostały opublikowane w formie książki) i parę innych projektów znakomicie wpisuje się w nurt typologicznego fotokonceptualizmu, zaproponowanego w „Various Small Books”. Pozostaje tylko czekać na kolejne, budzące przyjemne zakłopotanie propozycje.




Redakcja serdecznie dziękuje autorowi i SOUSOU STUDIO za przygotowanie materiału filmowego i ilustracji z książki.