Animator animacji
„Irytujący ptaszek” Johna R. Dilwortha

Animator animacji

Jakub Socha

Można nie lubić animacji, ale trudno nie lubić Animatora, tak różnego od większości dzisiejszych imprez filmowych

Jeszcze 2 minuty czytania

Sporo się zmieniło w Poznaniu od czasu inauguracyjnej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmów Animowanych Animator, która odbyła się sześć lat temu. Na Taczaka pojawiły się wreszcie coś jakby ogródki przed knajpami, wciśnięte między chodnik a asfaltową jezdnię, a mimo to ciągle przytulne; przy Moście Teatralnym, a raczej pod, otwarto kawiarnię, z której można obserwować wracające do Warszawy pociągi. Na placu Wolności wybudowano Fontannę Wolności, przez którą można przejść po drewnianej kładce i poczuć się przez chwilę jak Mojżesz. W Zamku na Świętym Marcinie zdjęto sufity z betonu i wstawiono szyby, na wzgórzu Przemysła zrekonstruowano dawny Zamek Królewski, ochrzczony dość szybko przez miejscowych Zamkiem Gargamela. Na znajdującej się u wejścia na Stary Rynek jednej z kamienic anarchiści powiesili wielkie zdjęcia – każde z nich przekreślone żółtym krzyżem – prezydenta miasta, komendanta policji i arcybiskupa. Sam festiwal nie poddaje się tym miejskim rewolucjom. Na Animatorze nic się zmieniło odkąd przyjechałem na niego po raz pierwszy: nadal są tu świetne filmy i pełne sale kinowe.

Można nie lubić animacji, ale trudno nie lubić tego festiwalu, tak różnego od większości dzisiejszych imprez filmowych. Zaledwie dwie sale projekcyjne, żadnych reklam przed pokazami, na całe szczęście niewielu dziennikarzy, artyści i publiczność mieszają się w tej samej sali i tej samej kolejce, na konkurs wchodzi się za darmo, wszyscy gaszą papierosy w tej samej miseczce,  wystawionej przed kinem. Program jest bogaty, ale przede wszystkim konsekwentnie zaprojektowany. Oczy nie pękają od nadmiaru i nie ziewa się z nudów. Dobranocek już nie ma, ale dobrze, że jest Animator.

„Ab Ovo” Anity Kwiatkowskiej-Naqvi

Jeśli się nie ma w sobie sporej determinacji, łatwo nie wiedzieć nic o kształcie dzisiejszej animacji. Nie ma kanałów dystrybucji, filmy krążą gdzieś w sieci, do kin trafiają jedynie amerykańskie superprodukcje, mocno zawężające obraz. Animator pokazuje, jak bardzo jest on złożony. Wśród ponad pięćdziesięciu produkcji pokazywanych w konkursach filmów krótkometrażowych i długometrażowych były i zrealizowane w 3D etiudy o podróżach kosmicznych i podświadomości („Cochemare”), i czerpiące z poetyki filmu dokumentalnego animacje o przemyśle narkotykowym w Meksyku („Rzeczywistość 2.0”). Patric Bouchard w 9-minutowym „Bydle”, zrealizowanym przy użyciu animacji plastelinowej, przedstawił metaforyczny i zarazem dosadny obraz ludzkości w ciągłym pędzie ku przepaści. Francuska animatorka Lucrèce Andreae w niespełna 4-minutowej animacji „Ośmielony”, nad którą unosi się duch Jacques'a Tati, pokazała natomiast instytucję „szybkiej randki”, i pokazała ją naprawdę w szybkim tempie – rytm, momentalne przechodzenie jednej formy w drugą jest tutaj źródłem zarówno liryzmu, jak i komizmu.

Mocną reprezentację miały w tym roku filmy z Polski, które tworzyły wachlarz różnych strategii artystycznych i pomysłów. Miłosz Magański w „Ars Moriendi” stworzył świat wycięty z tektury i opowiedział ironiczną historię mężczyzny, który próbuje opanować sztukę dobrego umierania, za co zostaje przez los ukarany. „Łukasz i Lotta” Renaty Gąsiorowskiej to z kolei zabawna opowieść o randce stożka i gruszki, świadomie wykorzystująca prościutką kreskę. Równie proste, jeśli chodzi o wykorzystaną technikę, wydawały się „The Rolling Stones” Krzysztofa Kiwerskiego, tyle że Kiwerski, w odróżnieniu od Magańskiego i Gąsiorowskiej, dużo mniejszą wagę przywiązuje do anegdoty – jego film jest dziełem konceptualnym, koncentrującym się na przemianach materii, która symbolizuje tu nieustający postęp cywilizacyjny. Wreszcie „Ab Ovo” Anity Kwiatkowskiej-Naqvi – film, który zdobył w Poznaniu Grand Prix w konkursie krótkich metrażów – poklatkowa animacja plastelinowa, która w naprawdę subtelny sposób opowiada o narodzinach nowego życia, a może przede wszystkim o kobiecie, która czuje, że to nowe życie zaczyna w niej żyć.

„Apostoł” Fernanda Cortizo

W krótkiej animacji, zaledwie kilku- czy kilkunastominutowej, nie ma miejsca na rozwijanie postaci, przeprowadzanie fabuły przez kolejne punkty węzłowe. Tu liczy się przede wszystkim ruch i przemiana, niekiedy wyraźny koncept albo nagły twist. Pełne metraże rządzą się już innymi prawami, wykorzystują w dużo większym stopniu techniki narracyjne, którym posługuje się tradycyjne kino fabularne. „Apostoł” Fernanda Cortizo to niemalże klasyczny hiszpański dreszczowiec. Pojawiają się w nim zarówno duchy, jak i księża, byli więźniowie i zaklęcia okultystyczne. Cortizo sprawnie buduje napięcia, wprowadza kolejne postaci, rozwija fabułę, udowadniając, że jego film spokojnie poradziłby sobie w normalnym repertuarze. Z kolei „Anima Buenos Aires” Marii Veroniki Ramirez przypomina tak popularne ostatnio filmy nowelowe, będące pomnikiem wystawianymi konkretnym miastom. I tu animacja pokazuje, że może wygrywać z kinem aktorskim. „Anima Buenos Aires”, choć nierówna, podchodzi do miasta w sposób nieoczywisty, pokazuje je przez pryzmat dzieci, futurystycznych fantazji, a także np. kina noir.

Animator. 13-19.07.2013Na antypodach tych dwóch tytułów znajdują się „Ból i współczucie” Phila Mulloya i „Co za piękny dzień” Dona Hertzfeldta, filmy, które także można było zobaczyć w tegorocznym konkursie długich metraży. Obaj twórcy są mistrzami współczesnej animacji. Różni ich sporo, chyba najbardziej poczucie humoru – Mulloy uwielbia absurd i czarny humor angielski. Hertzfeld – ironię i autoironię amerykańskiego kina niezależnego. Obaj jednak wykraczają poza tradycyjnie rozumianą fabułę – pełno w ich filmach luk i zapętleń, a przede wszystkim operują z pozoru niedbałą, niekiedy prymitywną, uroczą kreską, piszą opętane dialogi i monologi; dłubią w sobie – uprawiają kino autorskie i osobiste, w którym tak naprawdę opowiadają o swoich małych paranojach. „Consuming Spirits” Chrisa Sullivana (zwycięzca konkursu filmów pełnometrażowych) sytuuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma grupami filmów. Został nakręcony przy użyciu trzech różnych technik animacyjnych, ma konkretnych bohaterów, którzy pracują dla małej lokalnej gazety, i konkretną, choć pokręconą fabułę. Najważniejszy jest tu jednak niepokojący klimat, tak bardzo podobny do tego znanego z filmów Davida Lyncha, a szczególnie z „Miasteczka Twin Peaks”.

Oprócz dwóch konkursów na poznańskim festiwalu odbywało się równolegle sporo przeglądów i retrospektyw. Największą sensacją był bez wątpienia amerykański rysownik John R. Dilworth, który wystąpił na Animatorze z własnym show – Dilworth wcielił się w rolę impresaria zapowiadającego każdy ze swoich filmów. Było to przedstawienie na pograniczu stand-up, nie zawsze śmieszne, ale dobrze oddające pełną energii naturę autora „Chojraka Tchórzliwego Psa”, szalonej kreskówki znanej z Cartoon Network, której bohaterem jest tchórzliwy pies i jego pani, niejaka Muriel Motyka.

Dużo większym wyzwaniem był przegląd filmów Franciszki i Stefana Themersonów oraz filmowców, którzy inspirowali się ich dokonaniami. Blok, w którym można było zobaczyć dzieła Themersonów, Andrzeja Pawłowskiego, Mieczysława Waśkowskiego, Józefa Robakowskiego, nierzadko ilustrowane muzyką Szymanowskiego czy Pendereckiego, nie należał do najłatwiejszych. Abstrakcyjne formy mutujące się w inne formy, ciekłe substancje przelewające się z jednej w drugą, przedmioty obserwowane pod dziwnymi kątami, materiał prześwietlony promieniami Roentgena, to zwężający się, to rozszerzający czerwony prostokąt, sprawiły, że po raz pierwszy ludzie wychodzili na Animatorze z kina. Ciekawe, że większość z tych animacji powstała niemalże pół wieku temu. Czas jednak nie zabił ich bezkompromisowości – to ciągle prawdziwe, czyste kino, przekonujące, że to właśnie animacja jest tą gałęzią filmu, która popycha go do przodu.