Twojego bloku nikt by nie najechał
fot. materiał realizatorów

Twojego bloku nikt by nie najechał

Paweł Soszyński

„A czy ty poszedłbyś do powstania?”. Perfidia „Kamiennego nieba zamiast gwiazd” Garbaczewskiego i Cecki polega na bezlitosnym ucięciu tego problemu: a komu by się chciało rzucać przeciwko tobie armię?

Jeszcze 2 minuty czytania

Zaprosić Krzysztofa Garbaczewskiego i Marcina Ceckę do Muzeum Powstania Warszawskiego, by między innymi ich spektaklem czcić 69. rocznicę, to przedsięwzięcie ryzykowne – i tu należą się organizatorom słowa uznania. Realizacja duetu znanego z mocnych, wywrotowych spektakli, nie najłatwiejszych w odbiorze, w dodatku po premierze „Pocztu Królów Polskich”, która w Krakowie skończyła się skandalem, mogła grozić zrujnowaniem pieczołowicie konstruowanej narracji historycznej o bohaterskim zrywie warszawiaków. „Kamienne niebo zamiast gwiazd”, inspirowane sytuacją uwięzienia w bunkrze z powieści Jerzego Krzysztonia, jest rzeczywiście kijem wsadzonym w szprychy narodowej mantry o wygranej mimo porażki. A jednocześnie doskonałym teatrem, w którym lotem koszącym przez mechanizmy postpamięci i popkulturowego pastiszu pędzimy wprost na zderzenie czołowe z pomnikową figurą wyjątkowego miasta i jego dzielnych mieszkańców. Wyjątkowych także dlatego, że i dziś wciąż „pamiętamy”. Spektakl jest bowiem przede wszystkim gorzkim komentarzem do współczesności.

Jesteśmy w schronie, gdzieś trwa wojna, pilniejszym zagrożeniem są jednak zombie, które grasują po kanałach, gryzą tych, co chcą się ukryć, chcą walczyć. Jesteśmy współcześnie i wtedy. W fantastycznym filmie i w świecie historii. W stanie zawieszenia, cyberpunkowym majaku.

W spektaklu Garbaczewskiego i Cecki od razu uderza zmysłowość aktorów – połamane ciała gnące się odwrotnie, niż dyktuje nawyk, ciała pełzające, nerwowe – to one staną się polem gry dla postpamięci, cudzych, przez muzeum przekazanych wspomnień, z których buduje się własną rzeczywistość i tożsamość. Pokraczne ciała z kanałów przeciwstawia Garbaczewski warszawskiej ulicy stojącej patriotycznym murem o godzinie „W”. Albo inaczej: nie przeciwstawia, raczej jedne z drugich, jak w szkatułkowej zabawce, wydobywa. W „Kamiennym niebie…” powstaje wspólnota przez ugryzienie, przenosi się ona przez ciało, przez nie komunikuje, umacnia w ramach cielesnych współrzędnych. Nikt tu nie dzieli wspólnych idei, nie wyznaje jakiejś prawdy: religijnej czy narodowej, wspólnota semantyczna zastąpiona zostaje przez somatyczny ścisk. 

Jesteśmy w schronie, w kanale, jesteśmy w muzeum – w świecie zarażonym muzealną wirtualnością. Wszystko jest tu jednocześnie realne i fantastyczne, żywe i martwe – stąd pierwszym bohaterem, który zjawi się na scenie, będzie zombie Marty Ojrzyńskiej. Jej pastiszowa niezborność, groteskowe uwikłanie w kostium i rolę zapowiada energię dwugodzinnego przedstawienia. Luminescencyjne oko, którym łypie na publiczność i trupie charczenie – bezpardonową poetykę teatralnych komunikatów.

Jak w każdym porządnym horrorze zombie ma swoją ofiarę. Jest nim Andrzej Szeremeta, mutujący w polowej klinice, majaczący o sobie-Warszawie, wcielający jej dzielnice we własną anatomię, co staje się paliwem dla erotycznej gry miejskiej. Wola i Ochota – podbrzusze i uda – rozwiązują cały bagaż semantyczny chorego ciała i zburzonego miasta. Ta gra – głupkowata jak każda seks-zabawka – okazuje się bardzo pojemną metaforą Warszawy i warszawiaków, którzy w cierpieniu swego miasta odnajdują prawie że seksualną satysfakcję. Fakt, że ofiara, zmieniając się w zombie, zmienia się w miasto gruzów, również dziwić nie powinien. Warszawa to w końcu wyjątkowe miasto, w którym po to burzy się modernistyczny Supersam, by natychmiast wystawić mu pomnik, tak jakby do jego struktury pasowało jedynie to, co już nie istnieje; to miasto ukąszone przez syndrom wirtualności, istniejące w permanentnym stadium makiety. Jako miasto-pomysł, miasto-mit, miasto-idea potrzebuje obcej anatomii, ciała, które mogłaby zasiedlić. Zombie jest więc także ludzkim mięsem zamieszkałym przez ten byt fantazmatyczny, warszawianką, którą toczy robak ukochanego miasta. Blade oko Ojrzyńskiej lśni jak księżyc nad miejską sylwetką.

Marcin Cecko „Kamienne niebo zamiast gwiazd”,
reż. Krzysztof Garbaczewski
. Muzeum Powstania
Warszawskiego i Nowy Teatr w Warszawie,
premiera 1 sierpnia 2013
Warszawa nie jest pasożytem – miasto i mieszkańcy tworzą przedziwną symbiozę. Wyraźnie mówi o tym rapowanka, w której powstańczym rymem częstochowskim Cecko demaskuje alternatywę dla bomb, śmierci i innych martyrologicznych atrakcji. Jest nim życie przeciętne i bez znaczenia, życie spędzone pod „kamiennym niebem zamiast gwiazd”. Na tym polega odwrócenie znaczenia tytułu powieści „Kamienne niebo” Krzysztonia. Tu już nie chodzi o sufit schronu i otwarte niebo. Betonowy sufit staje się raczej bezceremonialną definicją kondycji współczesnego obywatela Warszawy. Piękniej cierpieć pod ostrzałem wrogich sił, w kanale, niż w bloku. „A czy ty poszedłbyś do powstania?”. Perfidia Garbaczewskiego i Cecki polega na bezlitosnym ucięciu problemu: komu by się chciało rzucać przeciwko tobie armię? Twojego bloku nikt by nie najechał. Manifestacje patriotyzmu na sierpniowych ulicach Warszawy są więc sprzeciwem wobec własnej nijakości. Dlatego „Wake me up in August” – głosi napis wyrysowany na ścianie. W sierpniu każdy z nas dostanie swoją minutę. Tomasz Bazan w masce transformera ironicznie wciela tę fantazję obywateli o wielkości. W końcu czy nie wspaniale z rozklekotanego malucha przeobrazić się w superbohatera? 

Postpamięć jest dla tego marzenia o wielkości wspaniałym narzędziem. Dzięki niej mamy szansę zaistnieć na kartach książek, stajemy się niejako podmiotami muzealnej ekspozycji. „W którym roku żyjesz?” – pyta Sebastian Łach Pawła Smagałę. W heroicznym 1944 czy w ekscytujących latach 20., których pokusę ukazuje wideo Roberta Mleczki wyświetlane na tylnej ścianie muzeum. Kategoria postpamięci w przedstawieniu Garbaczewskiego i Cecki nie jest bowiem kategorią psychoanalityczną, niekoniecznie odwołuje się do rodzinnej traumy, choć oczywiście lepsza wspaniała trauma niż nic. W „Kamiennym niebie…” nie jest to nawet kategoria z arsenału narracji historycznej, to raczej właściwość ontologiczna, to wehikuł do świata cyberpunku, gdzie czasy, ich zdobycze, rozrywki i bolączki istnieją jednocześnie, przemieszane. Historia wciąż się tu powtarza.

Garbaczewski nie zapomina jednak słynnego twierdzenia Hegla, że powtórzona historia zwykle zmienia się w swoją parodię. Reżyser bierze więc cały spektakl w popkulturowy nawias. Ostatecznie wszystko, co ma nam do powiedzenia, jest tylko pastiszem realnego komunikatu. Podobnie jak pastiszem historii jest muzeum, w którym grany jest spektakl. A my, wsłuchani w syreny obywatele wirtualnego miasta, parodiujemy jedynie – jak Wars z flarą w finale spektaklu – mit założycielski Warszawy niezłomnej, konającej, heroicznej.