Uważaj na swoją dziewczynkę!

Uważaj na swoją dziewczynkę!

Monika Talarczyk

Serial „Top of the Lake” to kryminał jakiego jeszcze nie było. Jego autorzy pokazują, że patriarchat jest kryminogenny

Jeszcze 2 minuty czytania

Sprawa 12-letniej Tui, zaginionej ciężarnej, to zaledwie czubek góry lodowej, a raczej drżąca powierzchnia wody u szczytu jeziora, które skrywa męty tak obrzydliwe, że Robin wymiotuje na poboczu drogi między komisariatem a domem swej matki. Aura Laketop, prowincjonalnej mieściny na odludziu, w majestatycznym otoczeniu wysokogórskiej przyrody, przywodzi oczywiście na myśl „Twin Peaks”. Jane Campion wykorzystuje te skojarzenia we właściwy sobie sposób, a mianowicie – nie odbierając im malowniczości – sprowadza do cierpiącego konkretu. Toń wody, czerwona komnata, aromatyczna kawa, biały koń, poroża – wszystkie te pobudzające zmysły scenografie i rekwizyty powracają w „Top of the Lake” w formie czytelnych aluzji do serialu Davida Lyncha, a zarazem oblekają się w namacalne kształty, stanowią dowody w sprawie, mają adres, wywołują mdłości.

Lata 90. odeszły już w przeszłość i trochę się zmieniło. Feministki trzeciej fali zadomowiły się w społeczeństwie, ale brutalnie im się przypomina, że są nielubiane. O nieletnią ofiarę upomina się błyskawicznie Urząd Ochrony Dziecka, miejscowy pedofil (Austriak!) żyje na wolności, ale i na lekach, a detektyw Robin wkracza do śledztwa przeszkolona w sprawach wykorzystania seksualnego nieletnich. W zależności od światopoglądu nieplanowaną ciążę ofiary można przerwać lub oddać dziecko do adopcji. Kiedy jednak zmienia się płeć głównego bohatera – detektywa i jego duchowego przewodnika, wówczas zmienia się i cała reszta.

Mniej powierzchowne, dużo silniejsze okazują się związki z poprzednimi filmami Jane Campion („Fortepian”, „Tatuaż”) czy rolą Elisabeth Moss w „Mad Men”. Woda – uważana za kobiecy żywioł – kryje samobójcze próby, wody płodowe, małe ręczne pranie i wódkę pitą na brzegu. W pierwszej scenie młoda ciężarna Tajka zanurza się w jeziorze z determinacją, jakiej nie powstydziłaby się bohaterka „Fortepianu”. Ta zaś powraca w osobie Holly Hunter, która w serialu kreuje charyzmatyczną mentorkę. Androginiczna siwowłosa GJ przewodzi grupie kobiet, które zakładają na obrzeżach Laketop terapeutyczną siostrzaną wspólnotę. Miejsce zwane Paradise gromadzi wiele kobiet, dużo bólu, jest terytorium wykupionym przez milionerkę z rozległego rajskiego obszaru pod nadzorem narkotykowej mafii.

Kobiety mają już za sobą drogę awansu, jaką przeszła Peggy Olson z „Mad Men”, czyli od sekretarki do członkini zarządu. Wiedzą, że „masturbacja relaksuje, a nie pogrubia”, ale wciąż fantazjują o powrocie męża, który upatrzył już sobie młodszą o 25 lat partnerkę. Wspólnota kobiet nie jest restrykcyjna, niektóre z nich wybierają się na randki do miasta. Niestety potem trzeba je na powrót pielęgnować, bo wracają dosłownie rozjechane przez kochanka. Na granicy ich Paradise i terenu należącego do miejscowego samca alfa Matta Mitchuma dochodzi do najkomiczniejszych i najbardziej dramatycznych spotkań. „To, co robicie, jest nielegalne!” – krzyczy Mitchum, zetknąwszy się oko w oko z kobietami, które wyszły z roli suki, jedynej roli, jaką przewiduje dla nich w swoim stadzie. „Jesteście nie do wyruchania!”. Cóż, uznajmy to za komplement!

Opozycja natury i kultury nie daje się utrzymać w płynnej przestrzeni Laketop. Nowozelandzki krajobraz jest urzekający, ale głucha cisza okolicy doprowadza przyjezdnych do szaleństwa. W czasie jednej z narad policji miejscowy funkcjonariusz lekceważy stan Tui, która jego zdaniem, może urodzić dziecko w lesie jak kobiety plemienne w buszu. Dlaczego? Widział na „National Geographic”! Przedstawiciele prawa (policja) i bezprawia (gwałciciele i handlarze narkotykami) tworzą klub kolesi, którego symbolem są obecne niemal w każdym pomieszczeniu poroża jelenia. W tej małej mieścinie koledzy solidarnie folgują swojej „naturze”. Co więcej, „kultura” jest także narzędziem w ich rękach. Campion czyni władcami spojrzenia i techników z policji (kamery, aparaty fotograficzne, transparentny pokój przesłuchań), i narkotykową mafię (monitoring w melinie Mitchuma). Przyjrzyjcie się uważnie ścianie w kawiarni ze zdjęciami młodych baristów… Wszystkie zdjęcia składają się na katalog tak zwanego Brązowego Pokoju. Nawet spontaniczny seks Robin i Johnno w lesie zostaje skatalogowany w pamięci telefonu komórkowego synów-psów Matta Mitchuma.

Akcja serialu kryminalnego posuwa się naprzód przez wyjaśnianie okoliczności przestępstwa i dąży do ujawnienia prawdy. Jednak Jane Campion i Gerard Lee, współautor scenariusza, a także reżyser niektórych odcinków serialu (zrealizowali już razem „Passionless Moments” i „Sweetie”) kpią z tej zasady. Co prawda, nieustraszona detektyw Robin posuwa śledztwo do przodu (i w głąb własnej biografii), ale od pierwszego odcinka jest jasne, że winny jest główny podejrzany, Matt Mitchum, ojciec Tui, i żadnego zwrotu akcji nie będzie. Ale ciąża i ucieczka dziewczynki, o której miejscowi mówią, że była „po prostu młodą Tajką o wąskiej cipce”, to jedynie element większej układanki, którą Robin ułoży dopiero w ostatnich minutach filmu. Spostrzegawczy widz, kiedy obejrzy serię powtórnie, dostrzeże zapewne strukturę całości wpisaną misternie już w kompozycję pierwszego odcinka. Przekonanie o wartości prawdy, które napędza logikę kryminału, także okaże się względne. Prawda polega na sprawdzaniem hipotez, ma wymiar praktyczny. Krótkotrwała amnezja po tabletce gwałtu – ot, i cała prawda o „niepokalanym poczęciu” nastolatki. „Pieprzyć prawdę” – stwierdzi Robin, jeśli może ona zniszczyć poczucie bezpieczeństwa nastolatki albo dziecka zrodzonego w wyniku gwałtu na biologicznej matce.

Analogie między kobietami różnych pokoleń, grup etnicznych, klas społecznych, zdumiewają przenikliwością i ujawniają totalność kultury gwałtu. Choć dzieli je tak wiele, wspólnota doświadczeń prowadzi do spontanicznych reakcji samoobrony, od rzucania w napastnika lotkami po zabójcze strzały z broni palnej. Jak podkreśla Maggie Humm, gwałt jest przemocą o najbardziej perfidnym charakterze, ponieważ jego ciągła obecność w życiu społecznym działa jak natrętne memento, które przypomina kobietom o ich płciowej kondycji. Kiedy stają się „nie do wyruchania”, przenoszą się do strefy eksterytorialnej, do Paradise. Poza tym podstawowym rozpoznaniem, terapia GJ nie ma nic wspólnego z „prawdą”, nad którą należy medytować. Jej brak złudzeń jest doprawdy imponujący!

Antymetafizyka GJ jest źródłem humoru – kiedy ta pohukuje na kobiety w pozycji lotosu – ale i katharsis w sprawach ostatecznych. Przychodzą do niej po radę i Tui, i Robin, i jej matka. Do najciekawszej konfrontacji dochodzi jednak w wyniku wizyty ojca Tui we wspólnocie kobiet. Samiec alfa próbuje podważyć autorytet GJ pytaniami o uniwersalia. „Jaka jest natura ludzkiego umysłu? Co jest na krańcu wszechświata? Jakaż to pustka tak przeraża?” – pyta, a ta odpowiada bez wahania: „Zagubiona dziewczynka. Twoja córka, panie Matt, i tajemnica, którą w sobie chowa”. Dla jego córki, nieletniej matki, ma tę samą naukę. I nic lepszego nie przychodzi mi do głowy jako puenta niż jej ostatnie słowa: „Uważaj na swoją dziewczynkę!”.