Festiwal w Gdyni:  Po werdykcie

Festiwal w Gdyni:
Po werdykcie

Jakub Socha

Festiwal w Gdyni wygrał film porządny, ale jednak konserwatywny. Przydałoby się polskim filmowcom więcej odwagi, bo imprezę, na której mogą prezentować swoje obrazy, już mają

Jeszcze 3 minuty czytania

Za konsoletą stoi Nosferatu. DJ wygląda jak wampir, ma długą ciemną marynarkę, jest łysy, jego chuda sylwetka chowa się w cieniu. Stoi na podwyższeniu, mruczy do mikrofonu, prezentuje kolejne utwory, unosi się nad tłumem. Przed nim znajduje się mała scena zrobiona z paneli. Pozłacane listewki odgradzają ją od czerwonych dywanów z przeszłością, którymi wyłożone jest pomieszczenie. Na dywanach, przy białych stolikach siedzą goście. Powoli schodzą się z wieczornych pokazów i wieczornych bankietów. Scena zapełnia się, pojawiają się kolejni tancerze. Lustro w korytarzu odbija sylwetki tańczących – wydaje się, że jest nas coraz więcej.  Ale to tylko iluzja Piekiełka, nocnego lokalu w hotelu Gdynia, gdzie w końcu ląduje spora część gości Gdynia Film Festival. Reżyserki filmowe i reżyserzy, filmowcy przed debiutem i już po kilku premierach. Spikerzy, jurorzy, autorzy zdjęć, dziennikarze, gwiazdy. Aktorzy teatralni i filmowi, filmowi i telewizyjni. Dyrektorzy festiwali, dyrektorzy telewizji, fotografowie, szefowie działów, byli szefowie. Pisarze i artyści. Filozofowie, redaktorzy, urzędnicy, celebryci i statyści. „To miejsce jest metaforą polskiego kina”, zwierzyłem się pewnego wieczoru koledze. „Nie, to nie jest metafora, to rzeczywistość” – odpowiedział młody reżyser.

Piekiełko to wcale nie inni, tylko my. To miejsce zasysa, osłabia i sprawia, że w końcu wszyscy zaczynają czuć się tak samo i marzyć o tym samym. Topnieją spory, ustają kłótnie, wojna pokoleń jeszcze się nie zaczęła, a już się skończyła, świat wydaje się być daleko, jest dobrze. I nic nie ma znaczenia, i nic nie może się udać: na pewnym poziomie wszystko musi pozostać takie samo. Za rok będzie kolejna Gdynia, i znów będą debaty o odnowie albo o kryzysie.

Agnieszka Holland podczas ceremonii wręczenia nagród powróciła do wypowiedzi Wojciecha Marczewskiego, który kilkanaście lat temu zwrócił się do polskich filmowców z dramatycznym pytaniem: „Koledzy, czy naprawdę musieliście zrobić te wszystkie filmy?”. Z jej ust padło zdanie, które jest wręcz lustrzanym odbiciem słów Marczewskiego: „Koledzy, dziękuję, że zrobiliście te wszystkie filmy”. Czy rzeczywiście jest lepiej, jak można przeczytać w niektórych tekstach podsumowujących tegoroczny festiwal? Koniec z kryzysem, o którym jeszcze nie tak dawno pisano; piekło upadło – jesteśmy w niebie?

„Papusza”, reż. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze

Pokazywano w tym roku w Gdyni zagraniczne filmy, które zrobiły największą furorę podczas ostatniej edycji Nowych Horyzontów. Wystarczyło obejrzeć choćby pół godziny „Niebiańskich żon łąkowych Maryjczyków” Alexeya Fedorchenki, filmu, który zaprezentowano przedostatniego dnia festiwalu, już po wszystkich konkursowych projekcjach, by przekonać się, jak blado na jego tle wypadały polskie filmy. Warto pamiętać o nieśmiertelnych słowach Juliusza Machulskiego, wypowiedzianych chyba też w Gdyni: „Jak sami się nie nagrodzimy, to kto nas nagrodzi?”.

Specyfiką debaty o polskim kinie jest egzaltacja, odbijanie się od ściany do ściany. Tak naprawdę stoimy w miejscu – usilnie szukamy powodów do dumy, i nie chcemy myśleć o tym, że może w ogóle idea narodowego festiwalu filmowego jest dzisiaj anachroniczna. Ciekawe, że jedyny film konkursowy naprawdę wolny od polskiego piekiełka, otwarty na świat – „Imagine” Andrzeja Jakimowskiego, świetnie pomyślany film o granicach rzeczywistości, rozgrywający się w Lizbonie – został przez jury praktycznie pominięty.

Wielkim przegranym konkursu jest też „Papusza” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze, najodważniejszy i najbardziej ambitny, po prostu najlepszy film, jaki widziałem w tym roku w Gdyni. Trudny w odbiorze, przełamujący klasyczną narrację biograficzną, pokazujący życie romskiej poetki w ciągu porozrywanych scen, w których przeszłość łączy się z czasem zaprzeszłym, a człowiek zlewa się ze światem. Jest częścią przyrody, fragmentem miasta – nieprzeniknioną bryłą, która szuka zadomowienia i co chwilę wypada ze swojego czasu. Nieprzenikniona jest też społeczność romska, zbyt zajęta ruchem, zmianą, by myśleć o pisaniu ksiąg pamięci. „Papusza” jest właśnie taką księgą: księgą poetki i całej społeczności. Odbija się w niej także historia Polski, o której nie mamy bladego pojęcia. Luźna struktura filmu, liczne obrazy pozbawione słów i pozbawione głębi, sekwencje, które raz za razem przysłaniają czarne plansze, kadry jak ze starych pocztówek, jakby podretuszowane, trochę nierzeczywiste, są tutaj kolejnymi elementami budowanej przez dwójkę autorów machiny pamięci. Zbudowano ją konsekwentnie. Widać w tym filmie ambicję, ale nie widać pychy – autorzy na każdym kroku podkreślają, jak trudno przebić się przez magmę pamięci i nie starają się na siłę tłumaczyć ani wyborów swojej bohaterki, ani tym bardziej źródeł jej wyjątkowości.

„Bilet na Księżyc”, reż. Jacek Bromski

Zasmuciło mnie pominięcie „Papuszy”, ale w tym roku było więcej smutnych niespodzianek. Z nagrodą za scenariusz wyjechał na przykład, nie wiedzieć czemu, Jacek Bromski, autor „Biletu na Księżyc”. Film opowiada o młodym chłopaku z Podkarpacia, który jedzie przez całą Polskę do jednostki wojskowej w Świnoujściu, gdzie ma odbyć służbę wojskową. Jest koniec lat 60., przyszłemu marynarzowi towarzyszy w podróży jego starszy brat. Chłopcy robią sobie przystanki w Krakowie, na Śląsku, piją w PKP, piją na prywatkach, słuchają muzyki, dostają pałą od milicjantów i uganiają się za dziewczynami, które urabia się winem. Panowie u Bromskiego gadają o ruchaniu panien w chlewie, jedzą kiełbasę z ogniska i rzygają do umywalek. Żony przynoszą im wódkę, pokazują piersi. Tych, którzy jeszcze nie mają żon, z dziewictwa wybawia zjawiskowa tancerka erotyczna. W tle leci lista przebojów z epoki, gdzieś za horyzontem Amerykanie lecą w kosmos. „Sens się wklęsł”, ale nie to jest najgorsze w „Bilecie na Księżyc”. Najgorsza jest nie nieporadność tego filmu, ale jego mizoginia i przaśność.  

Kolej na dalsze kurioza. Nagrodę Specjalną Jury przyznano w tym roku dwóm filmom: „Miłości” Sławomira Fabickiego i „Bejbi Blues” Katarzyny Rosłaniec. To śmieszny werdykt, który staje się jeszcze śmieszniejszy, gdy zdamy sobie sprawę, że Nagroda Specjalna Jury wręczana jest za nowatorstwo formalne. Nie wiem, co jest nowatorskie w filmie Rosłaniec, na pewno nowe są ciuchy, które młodzi bohaterowie nieustannie zmieniają. „Miłość” to z kolei klasyczne polskie kino patologiczne z obowiązkowym motywem małego zwierzaczka w tle, wychylone raczej w stronę kina moralnego niepokoju niż przyszłości. Pisałem już zresztą o tym filmie, więc się nie będę powtarzał (z kolei o filmie Rosłaniec pisał przekonująco na naszych łamach Bartosz Żurawiecki). 

Nie dziwi nagroda aktorska dla Andrzeja Chyry, ale Srebrne Lwy dla „W imię…” i nagroda za reżyserię dla Małgośki Szumowskiej – owszem. Bez Chyry by tego filmu nie było, to jasne, ale i jemu nie udaje się go uratować. Całość jest wykalkulowana i na dodatek rozchodzi się w rękach. Poszczególne wątki nie tłumaczą się w trakcie rozwoju akcji, nie wiadomo do końca, co głównego bohatera popycha do działania. Jest za to bardzo ładnie, jak na religijnym obrazku. Skąpane w słońcu zdjęcia Michała Englerta, ładne ubrania księdza, jego ładny, nowoczesny laptop. Ładny las, po którym duchowny biega w ładnych butach. Ładna wanna, w której rozładowuje pragnienie. Ładna muzyka amerykańskiego zespołu niezależnego Band of Horses i ładna, a poza tym wzniosła, muzyka Pawła Mykietyna. I tak mało mięsa.

„Chce się żyć”, reż. Maciej Pieprzyca 

Jednym z największych pozytywnych zaskoczeń tegorocznego festiwalu był film Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”, który, oprócz Srebrnych Lwów, zdobył także nagrodę publiczności i Srebrnego Klakiera dla najdłużej oklaskiwanego filmu w konkursie. Byłem na projekcji „Chce się żyć” w Teatrze Muzycznym, po której liczono długość aplauzu. Wydawało się, że trwał on co najmniej kwadrans – podczas końcowych napisów ludzie wstali z foteli, publiczność była wyraźnie poruszona tą prostą i delikatną historią sparaliżowanego Mateusza, który upomina się o to, by traktować go jak człowieka. Pieprzyca opowiedział ją z niebywałą jak na polskie kino konsekwencją. Można oczywiście nie akceptować niektórych wyborów reżysera, chociażby narracji z offu, w której to główny bohater z dużym wyczuciem i zaskakującą lekkością komentuje swoje życie. To zabieg, który zbyt łatwo zagarnia bohatera, sugerując, że jest on tak naprawdę taki jak inni. Niestety nie jest, jego doświadczenie – doświadczenie wyrastające z choroby, a nade wszystko z ciała – jest wyjątkowe i chyba jednak nieprzekładalne, wymykające się gawędzie, która napędza „Chce się żyć”. Bez tej gawędy byłoby na pewno lepiej. Zamiast filmu lepszego Pieprzyca wolał jednak film, który złapie ludzi za serca. Nie mam mu tego aż tak bardzo za złe. I choć nie płakałem na „Chce się żyć”, to z satysfakcją obserwowałem świetną pracę kamery, która próbuje patrzeć na świat oczami przykutego do łóżka albo czołgającego się po ziemi Mateusza, oraz precyzyjną robotę reżyserską kogoś, kto umie posługiwać się detalem, konstruować ciekawe sceny ze zwykłego życia i ma świetną rękę do aktorów.

Festiwal wygrała „Ida” Pawła Pawilkowskiego, film z pewnością świetnie zrobiony, opowiedziany w konsekwentnym kluczu estetycznym, budzący jednak wątpliwości chyba jeszcze większe niż „Chce się żyć”. W odróżnieniu od „Papuszy”, nie widać w nim żądnych pęknięć, szczelin w narracji, zawahania, poszukiwania nowych form wyrazu, próby wyjścia poza kanon. Czarno-biała taśma spełnia tu inną funkcję niż w filmie Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze – nie jest podszytym śmiercią medium, dzięki któremu próbuje przywrócić się to, co odeszło, a jedynie doskonałym narzędziem do stylizacji, które pozwala na zabawę światłem i inscenizowanie ładnych, zapadających w pamięć kadrów.

„Ida”, reż. Paweł Pawlikowski

Pawlikowski wraz ze swoimi operatorami czerpie w „Idzie” garściami z klasyków fotografii, z Cartier-Bressonem na czele. Cały film wygląda tak, jakby był ciągiem jego „decydujących momentów”, tych chwil, kiedy wszystko wreszcie wydaje się na swoim miejscu. Francuski fotograf czekał jednak nierzadko przez wiele godzin aż chaos przemieni się w doskonałą całość, a tu zdarza się to na każdym kroku i, co więcej, wydaje się czymś trwałym, a nie chwilą. Szukanie niezwykłości w szarzyźnie nie jest złym zajęciem, gorzej jednak, gdy stara się zamykać w wyrafinowanej kompozycji świat, który właśnie wypadł z kolein, w którym zdarzył się i Holokaust, i stalinizm. Pawilikowski przymierza swoje założenia estetyczne do historii dwóch Żydówek – jedna jest sędzią, która pracuje dla stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości; druga – młodą zakonnicą, która za chwilę ma przyjąć śluby. Kobiety spotykają się po raz pierwszy i ruszają w Polskę w poszukiwaniu grobu rodziców tytułowej Idy. Historia ich spotkania jest równie precyzyjnie skonstruowana, jak kadry wypełniające „Idę”. W ciągu 80 minut projekcji Pawlikowski prowadzi swoje bohaterki wytyczoną ścieżką, na której wszystko jest zaplanowane: kryzysy, momenty otwarcia się na świat i punkty, w których znikają wszystkie wątpliwości. Patrzy się na ten slalom gigant trochę na chłodno, trochę jak na zabawę w życie, w którym czas ulega zawieszeniu. Życie, które nie podlega chaosowi, którego nie napędza żądna energia, życie w gestii reżysera. Zostajemy wypchnięci z tego świata – zamiast na zdesperowaną kobietę, która zaraz będzie próbowała popełnić samobójstwo, patrzymy na przykład prymusowej reżyserii i już po chwili wiemy, że w prymusowej wersji życia samobójczyni najpierw nastawi gramofon, potem otworzy okno, a przed skokiem pójdzie do szafy po płaszcz.

*
 Ponoć rewolucyjny pod względem poziomu artystycznego festiwal w Gdyni wygrał film porządny, ale jednak konserwatywny, podszyty lękiem przed światem. Przydałoby się polskim filmowcom więcej konsekwencji, tym zaś, którym już jej nie brakuje, przydałoby się więcej odwagi. Tak czy inaczej imprezę, na której mogą prezentować swoje obrazy, już mają. Michał Chaciński przewietrzył Gdynię – zaprosił zagranicznych gości, odnowił formułę konkursu, zorganizował wraz ze swoim zespołem dużo ciekawych spotkań i warsztatów – i choć gdyńskie piekiełko, w którym wszyscy pytają i troszczą się o Polskę, jest na dłuższą metę męczące, to jednak doskonale sprawdza się jako miejsce, gdzie można w jednym rzucie zobaczyć kondycję polskiego kina. Jest ona nadal tylko średnia.