Odchudzanie w Austrii
"Raj:nadzieja", reż. Ulrich Seidl

Odchudzanie w Austrii

Jakub Socha

W tym świecie musi dojść do tragedii, zaraz ktoś wyrwie ten świat z otumanienia – to w końcu jest Austria. Tego typu oczekiwania towarzyszą podczas oglądania „Raju: nadziei”, Seidl sprytnie sobie z tymi oczekiwaniami pogrywa

Jeszcze 1 minuta czytania

Świat wyprany z kolorów i godni pożałowania ludzie, nic się nie zmieniło od ostatniego filmu. W domykającym trylogię obrazie, zatytułowanym „Nadzieja”, Seidl po raz kolejny forsuje swoją estetykę. Kamera przez przeważający czas pozostaje nieruchoma, kadry są płaskie, ogołocone ze szczegółów, doskonale nijakie i puste – jeden za drugim powracają jak na taśmociągu. Banalny hol z rzędem plastikowych krzeseł po prawej stronie. Banalny gabinet z leżanką i banalna sypialnia z dwoma piętrowymi metalowymi łóżkami pomalowanymi na biało – nad każdym posłaniem wisi banalna jarzeniówka. Jest tylko jedna zagadka: czy to rzeczywistość określa świadomość bohaterów, czy na odwrót. Bo bohaterowie są równie banalni jak to, co ich otacza – zwykłe kukły z tendencjami do kompromitacji. Kukła znudzonego lekarza, który pracuje na dietetycznym obozie dla otyłych dzieciaków, kukła wuefisty, który lubi autorytarne metody, kukły jego podopiecznych – pustaków, które wychowały się na „Bravo” i internecie.

W tym świecie musi dojść do tragedii, zaraz ktoś wyrwie ten świat z otumanienia – to w końcu jest Austria. Tego typu oczekiwania towarzyszą podczas oglądania „Nadziei” i Seidl sprytnie sobie z tymi oczekiwaniami pogrywa. Relację między trzynastoletnią Thus a lekarzem raz podsyca, raz studzi. Gdy wydaje się, że już mamy w garści pedofila, reżyser wykonuje woltę, po której w garści zostaje jedynie powietrze. Inteligentna krytyka leniwego oka, które patrzy gotowymi formatami, Seidlowi się więc udała, krytyka dzisiejszej rzeczywistości – nie do końca.

„Raj: nadzieja”, reż. Ulrich Seidl.
Austra 2013, w kinach od 20 września 2013
Wszystko rozumiem – wiem, że to straszne, że ziemia jałowa, a ludzie wydrążeni. Dorośli się rozwodzą, potem im odbija, pozostawione samym sobie dzieci nie czytają książek, tylko obżerają się słodyczami i popkulturą, skutkiem czego są otyłe, ogłupiałe i bezbronne. Rodzice pomagają im w jedyny sposób – wysyłają je na obóz dietetyczny, gdzie nikt nie potrafi im pomóc. Dzieci w końcu dorastają i biorą ślub, a po jakimś czasie postanawiają się rozstać. Jakby chocholi taniec po austriacku – wszyscy uśpieni, bezwolni, pozbawieni szans na wyjście z tego kręgu, z góry skazani na klęskę. Mierzi i męczy mnie jednak ta Seidlowa moralistyka, wysadzana zestawem scen absurdalnych i komicznych, jak choćby ta, w której otyłe dzieciaki śpiewają zmodyfikowaną wersję przedszkolnej piosenki „If You're Happy and You Know It”. U Austriaka słowa „Clap Your Hands” zostają zastąpione przez frazę „Clap Your Fat” – dzieci, zamiast klaskać w dłonie, poklepują się po tłuszczyku na pośladkach i na brzuchu. Nic, tylko zrywać boki. Muzyczny żarcik powraca raz jeszcze podczas napisów końcowych, tak jakby miał być puentą albo kluczem do tego filmu. Seidl chce, żebyśmy raz jeszcze się zaśmiali, tylko że nie bardzo jest z czego.


Wiadomo, najlepiej śmiać się z „moherów” – kulturowych dzikusów i wariatów, bo wtedy nie trzeba śmiać się z siebie. Jest to jednak zajęcie zbyt łatwe i w gruncie rzeczy bezproduktywne. Oj, nie chodzi mi o to, że oczekuję od Seidla jakiegoś pozytywnego programu, od artysty, który próbuje uprawiać tak zwane kino krytyczne, oczekuję jednak odrobiny przekory, tego, że poszuka w świecie czegoś, co nie pasuje do idealnego obrazka. Że znajdzie mniej łatwe obiekty do bicia, albo dostrzeże w swoich bohaterach kogoś więcej, niż wytresowane zwierzaki, których próby zerwania się ze smyczy mogą być pożywką dla taniego śmiechu.