Majańska heca
rys. Alvaro Tapia Hidalgo/ Flickr CC

Majańska heca

Łukasz Najder

Z komiksową iście łatwością dochodzi w „Delikatnym mechanizmie” Burroughsa do zmian scenografii. Przypomina to torturę za pomocą zappingu – unieruchomiony odbiorca przed ogromnym telewizorem, kompulsywne skakanie po tysiącu kanałów

Jeszcze 3 minuty czytania

Życie Wiliama Sewarda Burroughsa, 1914-1997, nie było z pewnością życiem typowego literata, cichego gościa od hucznych premier kolejnych tytułów i dystrybucji autografów. Było bogatym, burzliwym i brutalnym istnieniem, które jeszcze i dzisiaj zdolne jest wprawić w zdumienie najradykalniejszych nawet koneserów ryzyka, mocnych wrażeń, używek i rzeczywistości. Jego biografia to pasmo niebezpiecznych zabaw i wybryków, walki z wyniszczającymi uzależnieniami i – wcale nie mniej groźnymi – prywatnymi demonami, obsesjami, to tragedie (m.in. nieumyślne zastrzelenie konkubiny Joan Vollmer w trakcie popijawy), kolekcjonowanie osobliwych doświadczeń i potrzeba nieustającego tworzenia, to również ciągła włóczęga między kontynentami, palący mus ruchu, zmiany, wprowadzania chaosu do tego, co zastałe, zarażania agresją i anarchią. Podobne jest i dzieło, które po sobie pozostawił. Burroughs jawi się w nim jako wytrwały eksperymentator, genialny, szalony naukowiec, który w swoim laboratorium krzyżuje najróżniejsze techniki i media – własny głos, słowo pisane, obraz, film – stwarzając dzięki temu nowe gatunki, po czym wyprawia je w świat, by siały tam zniszczenie i zamęt.   

Reprezentacja jego książek w języku polskim jest nadal niezadowalająca i niepełna. Otrzymujemy bowiem tłumaczenia Burroughsa – podobnie jak w przypadku innych dzieł awangardowych i „trudnych” – z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem i po kawałku. Jest więc „Ćpun”, „Pedał”, „Nagi lunch” – ale dopiero w zeszłym roku ukazało się u nas wydanie pełne, zawierające oryginalne wstępy i bonusy od autora, fragmenty usunięte, a także obszerną notę edytorską, w której zrekonstruowano w szczegółach dzieje powstania i edycji tej niezwykłej, kultowej powieści – jest ponadto nowela „Cień szansy” i pojedyncze, póki co, składowe dwóch trylogii. Otwierający „The Nova Trilogy” „Delikatny mechanizm” i dopełniająca „The Red Night Trilogy” „Zachodnia kraina”.

Wiliam Burroughs, „Delikatny mechanizm”.
Przeł. Mateusz Janiszewski, Vis-à-Vis Etiuda,
232 strony, w księgarniach od września 2013
Nader interesującą i ważką pozycję dla wszystkich miłośników Burroughsa w Polsce – oraz tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z pisarstwem El Hombre Invisible – stanowi numer 7-8 (2005) „Literatury na Świecie”. Oficjalnie wprawdzie poświęcony Tang(i)erowi i fermentowi kulturalnemu wytwarzanemu w tym marokańskim mieście w latach 40. i 50. minionego wieku (za sprawą m. in. małżeństwa Bowlesów, Paula i Jane, bitników i Burroughsa właśnie), w znacznej części prezentuje jednak twórczość autora „Nagiego lunchu”.  

We wrześniu pojawił się u nas – z lekkim, ponadpółwiecznym opóźnieniem – „Delikatny mechanizm” w tłumaczeniu Mateusza Janiszewskiego. Rekapitulacja tej powieści nie jest, oględnie mówiąc, zadaniem ani wdzięcznym, ani łatwym. Na dobrą sprawę – może nawet cokolwiek niemożliwym. Mamy tutaj do czynienia z dziełem, którego autor świadomie i z premedytacją postanowił już nie tyle zignorować nasze czytelnicze przyzwyczajenia, ile po prostu je zaatakować, ostentacyjnie zrujnować. Burroughs nie tylko kwestionuje tradycyjną formę powieści, tego pudełka z historyjką w środku, ale próbuje przekreślić i anulować całą literaturę robioną po bożemu, by niniejszym zadekretować powołanie nowej, oryginalnej. Oczywiście – własnej. Dlatego w „Delikatnym mechanizmie” próżno szukać fabuły – i podejmować się jej rekonstrukcji na użytek osób trzecich – intrygi już nawet nie linearnej, co po prostu jakiejś, wyczerpujących lub zwięzłych charakterystyk, dialogów będących rozwinięciem i dopełnieniem opisów i opisów stanowiących tło dla zajmujących pogwarek postaci, ulubionych pacynek literata. Zatem co jest? Jest w pierwszym rzędzie postulat i realizacja tegoż.

Przeciąć ciągi słów. Przeciąć ciągi dźwięków. Wymazać obrazy do kontroli umysłów. Zniszczyć maszynę nadzoru. Spalić księgi. Zabić kapłanów. Zabić! Zabić! Zabić!.

Poskładaliśmy więc w jedną całość wszystkich pisarzy, którzy kiedykolwiek żyli, nagrania z radia, ścieżki dźwiękowe filmów, piosenki z szaf grających i z telewizji, wymieszaliśmy w betoniarce wszystkie słowa z całego świata i dodaliśmy przekaz od ruchu oporu. „Wzywamy bojowników wszelkich narodowości – przeciąć linie słów – zmienić języki – otworzyć przejścia – rozwibrować gości – pył słów – pył obrazów – Przewrót w Szarej Maszynowni”.

Wzywa Burroughs w swoim „Delikatnym mechanizmie” do zerwania z utartymi kategoriami, hierarchiami i doniosłą rolą naszej kultury, do zerwania z samą kulturą, taką, jaką znamy i uważamy za niepodważalną, nie do zastąpienia, nakłania do zaprzestania nawykowego i bezrefleksyjnego traktowania słowa jako nośnika prawdy, piękna czy informacji. Według niego słowo – ułożone w usystematyzowane rządki, które składają się na usystematyzowane akapity, rozdziały, a te na usystematyzowane, konwencjonalne, wtórne opowieści – służy temu, żeby nas kontrolować, kierować nami, zamknąć nas w czasie, wydać śmierci. Prowadzi to wszystko do ubezwłasnowolnienia intelektu, ujarzmienia wyobraźni, która już nie wybiega poza to, co jest, tylko to coś powtarza, w nieskończoność reprodukuje, w przypadku pisarzy – z umysłowego lenistwa, chęci zarobku i ku uciesze przeżuwaczy papieru.

„Więźniowie ziemi, powstańcie” – mówi Burroughs. Maszynę, która robi nam rzeczywistość, wyświetla obrazy, tłoczy słowa, mity i fabułki, można zniszczyć poprzez wprowadzenie do niej skażonego materiału, który będzie powielała aż do kolapsu, totalnej awarii. Kulturę należy zainfekować czymś świeżym, innowacyjnym, czymś, co nie będzie cnotliwą i przewidywalną twórczością obrazkową lub słowną. Stąd taka u Burroughsa fascynacja techniką cut-up, która polega na wyjmowaniu treści z jednego kontekstu i osadzania jej w zaskakujących, szokujących i całkiem nowych konfiguracjach. Pisarz nie powinien pisać po to, żeby frapująco opowiadać, dawać świadectwo epoce, obnażać przed publiką swoje otchłanne wnętrze i zachodzące w nim istotne i oryginalne procesy intelektualno-emocjonalne. Pisanie winno służyć czemuś zupełnie innemu. W jednym ze swoich szkiców („Upadek sztuki” w tłum. Marcina Szustera) Burroughs głosił i przekonywał:

[…] celem pisania jest sprawić, by coś się wydarzyło.

„Delikatny mechanizm” będzie zatem nie tylko wołaniem o rozpoczęcie ogólnoświatowej rebelii i powszechnego wystąpienia przeciwko tym, którzy nas kontrolują i sterują nami, ale i jedną z najpotężniejszych tej rebelii broni. Ta książka – wedle zamysłu Burroughsa – to narzędzie do wyważenia drzwi i przepiłowania krat, wypuszczony na swobodę wirus, brudna bomba, zestaw do małego sabotażu.

Tyle interpretacje i teorie. W praktyce jednak, moim zdaniem, już nie jest tak przekonująco, wzniośle i ciekawie. „Delikatny mechanizm” to ciągnąca się przez dwieście stron wizja, mroczna, okrutna, nieprzewidywalna, to zapis koszmaru sennego, nakręcany paranoją i substancjami odurzającymi poemat dygresyjny prozą i rodzaj improwizacji dźwiękowo-narracyjnej. Lecz nie jest tak, że składają się nań wyłącznie zbitki przypadkowych wrażeń, zdań czy scenek – sama halucynacja i hałas. Bez większego, wydaje się, trudu uważny czytelnik zaobserwuje i wyodrębni nie tylko ingredienty tej narracji, ale i system jej organizacji: powtarzalność niektórych fraz, kwestii dialogowych, postaci i motywów. „Delikatny mechanizm” wypełniają reminiscencje z licznych wojaży Burroughsa, głównie z Ameryki Południowej i Środkowej, ale i Europy (Dania) i Afryki (Tanger), obrazki z ćpuńskiego podziemia – egzystencja zorientowana na zdobywanie towaru i funkcjonowanie od głodu, przez odlot, po zwałkę – parodie i trawestacje literatury popularnej, w tym kryminałów, science fiction i powieści szpiegowskich. Będzie to po części także kolekcja epifanii, zbiór narkotykowych objawień, rejestr majaków, zakazanych fantazji i bluźnierczych marzeń.

Świat tej powieści jest światem dziwacznym i przerażającym. Przede wszystkim – płynnym. Bo stałe jest tu tylko to, że nic stałe nie jest. Wszystkim rządzi ruch, przepoczwarzenie, mutacje, zmienność. Kursuje się tutaj między kontynentami i ciałami, wnika w dżungle i do rdzenia innej osoby. Z komiksową iście łatwością dochodzi w „Delikatnym mechanizmie” do zamian scenografii, rozwoju wypadków, eskalacji przemocy i uczuć – mord następuje zaraz po miłości i na odwrót. Obscena są wszechobecne – ta powieść to permanentna orgia, na którą wszyscy dostali zaproszenie, a której symbolem jest „nagi chłopiec w porannej panamskiej bryzie” i „kutasy tryskające wapieniem”.   

Imponująca, sadyczno-erotyczna wyobraźnia Burroughsa zdaje się naprawdę nie mieć granic. Z czasem jednak te jej efekty zaczynają po prostu nużyć, stają się tanią sztuczką, serią takich sztuczek, narracja przeradza się w rodzaj popisu, demonstrację możliwości stylistycznych i imaginacyjnych autora, z której tak naprawdę dla czytelników nie wynika nazbyt wiele lub zgoła nic. Spore partie „Delikatnego mechanizmu” wypadają dość hermetycznie, słowa stają się w nich szumem, zdania popadają w bełkotliwą afektację, obrazy i sceny tasowane są tak szybko, że nie sposób za nimi nadążyć, a co dopiero pojąć ich sensu, zrozumieć je. Przypomina to torturę za pomocą zappingu – unieruchomiony odbiorca przed ogromnym telewizorem,  kompulsywne skakanie po tysiącu kanałów. 

Oczywiście mamy w „Delikatnym mechanizmie” to, co u Burroughsa najlepsze – ironię zaprawioną łutem czułości, przez co nigdy nie staje się niskim cynizmem, cmentarne poczucie humoru, inwencję językową i surrealną, modyfikowanie rzeczywistości za pomocą groteski i grozy, w której to dyscyplinie nie ma sobie równych, dużo dobrej pornografii i parę kapitalnych potworów w ludzkiej skórze. Trudno również odmówić wyrazu, mocy, może nawet i czegoś w rodzaju piękna, kawałkom takim jak te poniżej.

 Kończyli nam się pośrednicy – znikali w srebrnych lustrach z roku 1910, w wirujących łopatach wentylatorów – czasem ginęli rozwiewani przez powiewy przegniłej morskiej bryzy – w głębi zatoki czerwony jadowity wąż morski desperacko płynie przez ścieki – spod moskitiery bucha słodki kamforowy zapach podgrzewanego opium – podłoga zżarta przez termity ugina się pod naszymi stopami niczym gąbka – albatros skulony o świcie na przerdzewiałym stalowym dachu.

Zieloni uliczni chłopcy o okrutnych kretyńskich uśmiechach, bursztynowo przejrzystych ciałach, odchodach pachnących jaśminem, rozkoszne ukłucie włosów łonowych – prymitywne owadzie rozkosze – gdy pęka skorupka, zmieniają się w truchła. 

Ale wędrówka tropem tego tripa, jakim jest „Delikatny mechanizm” prędzej lub później zamienia się w przechadzkę po muzeum figur woskowych i retorycznych, w spacer po galerii konceptów, może i kiedyś tam nawet świeżych i pierwszorzędnych, lecz dzisiaj – martwych, zastygłych i co najgorsze, może nie tyle dla czytelnika, ile dla autora, kompletnie niegroźnych, jakby zgasł w nich cały prąd, zamókł cały proch.

„Delikatny mechanizm” to pozycja obowiązkowa dla czcicieli Burroughsa – oraz dla tych, którzy zawodowo parają się literaturą, zwłaszcza amerykańską; w końcu jest to pomnik nowatorskiego i arcyciekawego projektu artystycznego – ale dla wszystkich innych może okazać się rozczarowaniem i przeszkodą nie do przebrnięcia. „Delikatny mechanizm” brzmi trochę jak dobra muzyka – tyle że emitowana za grubą ścianą. Niczym deklamacja w egzotycznej mowie – bywa przecież, że zajmująca, póki działa jazz obcego języka – lecz na dłuższa metę męcząca i niestrawna. Bo ten Burroughsowski „trwający w nieskończoność peep show wyobrażeń”, to kartkowanie grubego katalogu wysyłkowego piekła jest męczące, monotonne i poniekąd jałowe.

Dla tych, którzy zdołają się jakoś dostroić do radyjka BURROUGHS FM, załapać na wirującą obłędnie karuzelę wujaszka Billa, będzie „Delikatny mechanizm” – „świętem różowej mięty”. Inni – obawiam się, że większość – mogą rychło uznać, iż:

Dosyć tu nudno, chyba, że bawi cię strzelanie do sparaliżowanych łabędzi pływających w szambie.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.