Martwa natura z  lodówką i taboretem
widok wystawy: na pierwszym panie praca Gizeli Mickiewicz / fot. B. Buśko

Martwa natura z  lodówką i taboretem

Jakub Bąk

Wystawa przygotowana przez Zuzannę Hadryś i Michała Lasotę w Starym Browarze jest w pewnym sensie pożegnaniem galerii Stereo z Poznaniem

Jeszcze 2 minuty czytania

Podobnie jak wcześniej Starter Mariki Zamojskiej i przed chwilą Pies Dawida Radziszewskiego, Stereo przenosi się do Warszawy. Młode galerie prywatne spakowały się, prezydent miasta próbuje zamknąć Arsenał, Art Stations Fundation pozostaje więc ostatnim pewnym promotorem nowej sztuki na poznańskim placu boju, lub raczej pobojowisku. Miejmy nadzieję, że sytuacja jest przejściowa i z czasem na wolnym polu pojawią się nowi aktorzy.

Kontekst polityki miasta nie jednak aż tak ważny, odwiedzając wystawę trzeba się bowiem zmierzyć z jej bezpośrednim otoczeniem. Art Stations znajduje się pomiędzy licznymi sklepami, jest galerią sztuki w galerii handlowej – Starym Browarze. Niełatwo otrząsnąć się po spektaklu zakupów odgrywanym przez niestrudzony tłum sprzedawców i klientów. Wyciszyć, złapać oddech i koncentrację.

Rzeczy wspólne

Wojciech Bąkowski, Vanessa Billy, Andreas Gursky, Edward Krasiński, Igor Krenz, Norman Leto, Piotr Łakomy, Gizela Mickiewicz, Agnieszka Polska, Kilian Rüthemann, Zygmunt Rytka, Mateusz Sadowski, Mikołaj Smoczyński, Roman Stańczak, Sol LeWitt; kuratorzy: Zuzanna Hadryś i Michał Lasota, Art Stations, Poznań, do 31 grudnia 2013.

Art Stations początkowo miała stać się muzeum. Plan był doskonale przemyślany, skala starannie dobrana do średniej wielkości miasta. Fundatorka zakupiła już nawet projekt starchitekta Tadao Ando, ponoć ciekawy, choć nigdy nie pokazany. Niestety, bez wsparcia miasta partnerstwo publiczno-prywatne nie zadziałało. Została galeria w centrum handlowym i jej ambitna kolekcja. Planowana instytucja miała pokazywać prace najważniejszych artystów współczesnej sztuki światowej w szerokim przekroju czasowym, a nie jedynie stosunkowo nowe prace lokalnych twórców, jak robią to publiczne instytucje powołane w ostatnich latach (poza muzeum w Łodzi nie dysponujemy żadną kolekcją z ambicjami opowiedzenia dwudziestowiecznej historii sztuki). Regularnie zapraszani kuratorzy z zewnątrz mają do dyspozycji zasoby zbierane latami przez Grażynę Kulczyk i trudno się dziwić, że działa na nich magia wielkich nazwisk.

Wojciech Bąkowski, „Przedział pamiętania”/ fot. B. Buśko

Tym razem kuratorzy sięgneli po Sol LeWitta i Andreasa Gursky'ego. O ile praca minimalisty szczególnie nie czaruje, to zdjęcie najdroższego fotografa w historii działa zbawiennie. Zmodyfikowana komputerowo fotografia lotnicza fragmentu toru Formuły 1 na pustyni w Bahrajnie, czysta kompozycja obrazu, stonowane barwy i abstrakcyjny rysunek pozwalają zdystansować się wobec merkantylnego szaleństwa, które dobija się zza drzwi. Jeszcze lepiej działa „Przedział pamiętania” – obiekt dźwiękowy Wojciecha Bąkowskiego. To kolejna instalacja tego artysty zbudowana jedynie z głośnika i dźwięku, w porównaniu z poprzednimi zdecydowanie największa i chyba najciekawsza. Obiekt jest aż za dobrze wykonany, wręcz meblarski lśniący fornir i doskonała forma ściętego stożka mogłaby wprowadzać w powierzchowny zachwyt, na szczęście z figurą coś się grubo nie zgadza. Idealnemu ostrosłupowi brakuje środka, jest tylko wierzchołek na podłodze i masywna podstawa przytwierdzona do ściany. Podobnie ścieżka dźwiękowa niezwykle przyjemny, zwolniony, hipnotyczny drone został pozbawiony pasma średniego, pozostał jedynie bas i gwizdek. Podobno człowiek pamięta tylko jaskrawe zdarzenia większość treści życia rozmywa się w zapomnieniu i przestaje istnieć. Wspomnienia, to co wiemy o sobie, podobnie jak większa część bryły „Przedziału pamięci”, jest w zdecydowanej części pustką. Słuchacz/widz doskonale mieści się w tym wolnym miejscu, polecam nieco nachylić ucho do mniejszego głośnika, paradoksalnie to on jest odpowiedzialny za dźwięki niskie, przenoszące najciekawszą część utworu. Dzięki Bąkowskiemu można już spokojnie wnikać w kolejne części wystawy, przemyśliwać podrzeczywistość, o której pisze Georges Perec w minikatalogu, wsłuchiwać się w głos pokazywanych tu „Rzeczy wspólnych”, odnaleźć w nich węzły, w których splatają się i unaoczniają ukryte moce, wewnętrzne napięcia i niestrudzenie pulsujące siły.

Vanessa Billy, „Crack on” / fot. B. Buśko

Zdjęcia instalacji Mikołaja Smoczyńskiego, dokumentacja akcji Zygmunta Rytki oraz obiekty rzeźbiarskie Edwarda Krasińskiego i Vanessy Billy pokazują, jak rzeczy w przestrzeni nie są po prostu obecne, ale przy udziale człowieka zmieniają tę przestrzeń w wydarzenie, w którym do głosu dochodzi magiczna żywotność ich martwej natury. Smoczyński, Rytka i Krasiński są doskonale znani i występują tu w typowej dla siebie roli, dlatego młoda artystka ze Szwajcarii ciekawi znacznie bardziej, zwłaszcza że pokazuje mocne prace. Jedna z nich to „Crack on” – łańcuch luźno nałożonych na siebie stalowych prętów. Odcięte od komina schody techniczne, pozbawione pierwotnego znaczenia, abstrakcyjne formy w kształcie litery „u”, identyczne, brudne i ciężkie, zawieszone jedna na drugiej tworzą pionową oś swobodnie zwisającą z sufitu. Sprężystość stali opiera się sile grawitacji, tworząc prowizoryczną, ale trwałą strukturę. Ten obiekt jest tu raczej sam dla siebie, niezależnie od obecności człowieka. Dobitnie zaznaczona niezależność przedmiotu odsyła do teoretyczno-metafizycznego ruchu OOO (object-oriented ontology), czyli ontologii obiektu, proponującej posthumanistyczną perspektywę – namysł nad rzeczami, ich sprawczością i wzajemnymi relacjami bez oglądania się na ludzki popęd do opisywania wszystkiego w kategoriach semiotyki lub reprezentacji.

„Istnieje tylko lewa krawędź ekranu” – butelka na sznurku wskakuje w kadr z prawej strony ekranu i rozbija się o jego lewą krawędź; „Zniknięcie pudełka zapałek” – pudełko zapałek leży na stole i nagle po prostu znika; podobnie jak kulka wrzucona do papierowej tuby w filmie „Dwa zniknięcia kulki w przestrzeni równoległej”. Dokamerowe performanse Igora Krenza z lat 90. to zapis eksperymentów na mikroobiektach i przestrzeni kadru, przewrotna gra z tautologią wydarzenia i tytułu, nieuchronną ironią fizyki rzeczy prostych, pomysłu i magii montażu filmowego.

Roman Stańczak, Szyna, 1996 / fot. B. Buśko„Szyna” Romana Stańczaka to skrajnie odmienne podejście do rzeczy. Stańczak, który w połowie lat 90. zniknął ze świata sztuki, wraca właśnie do obiegu. W bródnowskim parku rzeźby stanął niedawno jego „Anioł Stróż”, ale galeria Stereo, która przed kilkoma dniami ogłosiła nawiązanie współpracy z artystą, prezentuje znacznie ciekawsze oblicze jego twórczości. Łamana linia stalowej szyny, która delikatnie unosi się ku górze, jej anagogiczny wektor i ślady walki z materiałem – świeże i stare skrawki metalu mozolnie wydartego z litej powierzchni szyny – wskazują na metafizyczny charakter zmagań artysty z materią. „Szyna” pochodzi z 1996 roku, a więc czasu, gdy artysta wziął rozbrat ze sztuką.

Jeszcze inaczej tytułowe „Rzeczy wspólne” pracują w dziełach młodych artystów galerii Stereo. „Równi” Piotra Łakomego to nowa konfiguracja obiektów pokazywanych wcześniej na wystawie „Prowizorka”. Monumentalny blok srebrnoszarego styropianu oraz podobnych gabarytów i barwy lodówka z wyciętymi otworami, kiedyś ustawione w linii prostej, teraz tworzą strukturę bardziej otwartą. Ustawione w rogu, frontem do centrum pomieszczenia, wymuszają na widzu zajęcie pozycji zamykającej ten kompozycyjny trójkąt, prowokują konfrontację i sytuację spotkania, w której ani człowiek, ani żaden z obiektów nie ma pozycji uprzywilejowanej. Łakomy coraz lepiej rozumie grawitację swoich obiektów, sposoby, w jakie przedmioty organizują, wiążą i kształtują przestrzeń wokół siebie. Chłód, nieprzenikliwe materiały i zagadkowe otwory monolitycznych form dodatkowo podbiją siłę wytwarzanego pola percepcyjnego. Obok powieszono fotografie Mateusza Sadowskiego. Abstrakcyjne kadry prozaicznych przedmiotów, miejsc czy może sytuacji: drewnianej półki, narożnika białej ściany czy bliżej niezidentyfikowanej usłojonej powierzchni dają wspaniały efekt mimo użycia minimalnych środków. Perfekcyjna ekonomia atrakcji zbliża się do granicy zwykłego fetyszyzmu, zdjęcia Sadowskiego są niebezpiecznie kojące i po prostu ładne.

Piotr Łakomy, „Równi” / fot. B. Buśko

Kuratorzy wystawy są dobrze znani ze swoich preferencji estetycznych i dbałości o nienaganną ekspozycję. W Art Stations nie dzieje się nic nowego, nic szokującego, to kolejna wystawa programu galerii Stereo z kilkoma pracami historycznymi i paroma perfekcyjnymi rozwiązaniami problemów eksplorowanych od dawna przez artystów galerii. Duża dyscyplina formalna, wraz ze swobodą przeżywania codzienności spod znaku Ashbery'ego i Białoszewskiego, była i w dalszym ciągu jest potężnym narzędziem pozwalającym skomponować spójną wystawę.