There's no business  like show business
fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek / laf-am.com

There's no business
like show business

Stach Szabłowski

Nie czepiam się, zauważam tylko paradoks: poza galeriami Warsaw Gallery Weekend było świętem, ale w galeriach „potencjały twórcze” ujawniały się z o wiele spokojniejszą dynamiką

Jeszcze 4 minuty czytania

Nie zanosi się na to, aby w 2013 roku w polskiej sztuce zdarzyło się jeszcze coś równie ważnego jak Warsaw Gallery Weekend. Nie żeby w czasie tamtego długiego weekendu warszawskie galerie pokazały coś wstrząsająco ciekawego. Tym razem nie chodzi jednak o lepsze czy gorsze wystawy. Chodzi o to, że jak zapewnia spiritus movens WGW Łukasz Gorczyca, „przekroczona została pewna masa krytyczna”. Czy będzie wybuch? Przeciwnie. „Następuje moment petryfikacji, krzepnięcia pewnej struktury” – powiada Gorczyca, cokolwiek tajemniczo opisując sytuację, z której wyrasta WGW. Cóż to za „pewna” krzepnąca struktura? Czy to nowy układ sił, w którym sztuka przestanie być zarządzana przez publiczną biurokrację, a jej mangementem zajmie się konsorcjum nowoczesnych prywatnych przedsiębiorców?

Warsaw Gallery Weekend 2013

Święto warszawskich prywatnych galerii.
Galerie: Aleksander Bruno, Asymetria, Bochenska Gallery, BWA Warszawa, Czułość, Fundacja Archeologia Fotografii, Fundacja ARTon, Fundacja Galerii Foksal, Fundacja Profile, Galeria Dawid Radziszewski, Galeria m², Le Guern, Leto, Lookout Gallery, lokal_30, Piktogram/BLA, Pola Magnetyczne, Propaganda, Raster, Starter, Stereo.

27–29 września 2013

www.warsawgalleryweekend.pl

WGW 2013 zmienia się w powoli blaknące wspomnienie. Dlatego tytułem wstępu do rozważań nad tamtym weekendem proponuję na moment wrócić do tekstu prasowego warszawskich galerzystów. WGW budzi we mnie szereg wątpliwości, ale nie mam ich wobec poniższego kawałka: z przyjemnością słucham dźwięcznej neoliberalnej frazy, która doskonale wprowadza w nastrój tamtych deszczowych, lecz gorących wrześniowych dni. „Warszawska scena artystyczna należy do najdynamiczniej rozwijających się w Europie. Wielu mieszkających i pracujących tu artystów zdobyło już międzynarodową reputację. Częścią globalnego obiegu sztuki stają się również tutejsze instytucje. Rosnące grono kolekcjonerów i wzrost wydatków publicznych na sztukę najnowszą czynią dziś z Warszawy miejsce o wyjątkowych możliwościach i energii. Wrześniowy Warsaw Gallery Weekend wyznacza nowy, artystyczny szlak na dynamicznie zmieniającej się mapie miasta, ale ma zarazem ambicję wpisania się na stałe do europejskiego kalendarza sztuki najnowszej: jako coroczne święto artystów i towarzyszących im na co dzień galerii, ale też miejsce nowych odkryć i spotkań; jako przejaw sił witalnych tutejszego środowiska, jego twórczego potencjału i rosnącej publiczności”.

Ufff. Koniec cytatu.

Galerzysta Patrick Komorowski i wystawa Grzegorza Kowalskiego w galerii Pola Magnetyczne / WGW 

Reprymenda

W 2012 roku pozwoliłem sobie na pewną niestosowną uwagę na temat warszawskiej sceny galeryjnej. Doszło do tego na targach w Kolonii, podczas publicznej dyskusji na temat kondycji rynku sztuki w Polsce. Ton debaty był generalnie optymistyczny i przypominał nutę, na jaką w tym roku zaśpiewało WGW: dynamika, wzrost, rozwój, przejawy sił i twórcze potencjały. W pewnym momencie wygadałem się, że choć rozwój sceny mnie cieszy, to już kierunek owego rozwoju nie wydaje mi się aż tak ekscytujący. Nie potrafiłem ukryć zawodu, że jest to kierunek generalnie zachowawczy, a więc potwierdzający i reprodukujący obowiązujące hierarchie, instytucjonalne dyskursy i dominujące narracje na temat współczesności i bliskiej historii sztuki. Marzyło mi się, aby na scenie galeryjnej pojawili się ludzie artystycznie bezczelni, jacyś heretycy, albo, jeżeli herezja już naprawdę okazałaby się niemożliwa, przynajmniej ekscentrycy... Tymczasem świat galerii warszawskich rośnie w siłę i liczbę i błyskawicznie podnosi swój standard profesjonalny, ale pozostaje trochę... nudny?

Za te zwierzenia dostałem bardzo ostrą reprymendę od Agnieszki Czarneckiej, która wówczas prowadziła – nieistniejącą już – Galerię Czarną. Agnieszka wypomniała mi, że łatwo kręcić nosem na program prywatnych galerii, żądać od nich herezji i radykalizmu, kiedy siedzi się na państwowej posadzie i ryzykuje się artystycznie za pieniądze podatników. Twórczyni Czarnej zapewniła mnie, że zaśpiewałbym zupełnie inaczej, gdybym dla odmiany zaryzykował własny kapitał, założył galerię i spróbował przez parę lat utrzymać ją na powierzchni.

Zrobiło mi się głupio, no bo rzeczywiście: łatwo się gada, trudniej się robi. Agnieszka trafiła mnie celnie w słabiznę: nigdy nie prowadziłem żadnego biznesu, i wcale nie byłem pewien, czy poradziłbym sobie z utrzymaniem na powierzchni prywatnej galerii. Przypomniała mi się od razu rozmowa z innym galerzystą (nota bene, zdecydowanie nienależącym do warszawskiej sceny), Janem Michalskim z krakowskiego Zderzaka, który przedstawił mi się jako prywatny przedsiębiorca, z korzeniami głęboko zapuszczanymi w heroiczną epokę polskiego kapitalizmu z czasów transformacji.

Galerzystka Marta Kołakowska oprowadza po wystawie Maurycego Gomulickiego w Leto / WGW

Cale życie zawodowe przepracowane w roli najemnej siły roboczej wyrobiło we mnie głęboki respekt dla przedsiębiorców, ludzi biorących sprawy we własne ręce. Ten respekt, którego nagły atak dopadł mnie wówczas w Kolonii po uwadze Agnieszki, i teraz niemal odebrał mi śmiałość do wypowiadania się na temat Warsaw Gallery Weekend – imprezy organizowanej przez działające wprawdzie na polu sztuki, ale jednak przecież zdecydowanie biznesowe podmioty. Odzyskałem rezon dopiero, gdy przypominałem sobie, że:

There's no business, like show business

No właśnie. Co to za biznes? To pytanie zadawałem sobie, kiedy nie bez podziwu przyglądałem się WGW. Podziw zaś stąd, że z punktu widzenia budowania wizerunku ten projekt był majstersztykiem. Na bankiecie w restauracji Der Elefant, który był kulminacją WGW, zjawili się tak zwani Wszyscy. Goście zagraniczni wyrażali przyjemne zaskoczenie rozmachem, z jakim działa polska scena artystyczna. W kuluarach panowała pełna optymizmu atmosfera i nietrudno było uwierzyć w każde słowo z promo-tekstu WGW o wzroście, dynamice i potencjale. W galeriach komercyjnych jest wszystko, co najlepsze: abstrakcyjne idee i konkretne pieniądze, profesjonalizm i fantazja, artyści i publiczność. Nie ma w nich biurokracji, ale jest skuteczność. Dla publiczności są demokratyczne, dla kolekcjonerów ekskluzywne. Żadna instytucja publiczna nie może nawet pomarzyć o tak seksownym image'u. Nic dziwnego, że instytucje – Zamek Ujazdowski, Zachęta, MSN – starały się jak mogły włączyć w imprezę, by zaświecić choćby odbiciem blasku promieniującego od WGW. Czyniły to jednak dyskretnie, taktownie, pamiętając, gdzie ich miejsce – czyli w drugim szeregu. Powitanie w gronie WGW dwóch najlepszych galerii z Poznania – Stereo i dawnego Psa (dziś Galerii Dawid Radziszewski), które w tym roku przeniosły się do stolicy, było podwójną wisienką na PR-owym torcie, ostatnim dowodem na to, że Warszawa rzeczywiście jest tym miejscem, a „masa krytyczna” została przekroczona.

Wystawa Włodzimierza Jana Zakrzewskiego w Le Guern / WGW

WGW jako wydarzenie towarzyskie oraz triumf ducha networkingu nad materią sztuki udał się tak dobrze, że galerzyści mogliby nie przygotowywać żadnych wystaw i pokazywać wędrującej po mieście publiczności po prostu swoje galerie – oraz siebie samych (jak na ikonicznym już zdjęciu Zuzy Krajewskiej promującym cały event). Warszawskie galerie są jednak dobrze ułożone – to jeden z ich wspólnych mianowników – i nieskłonne do prowokacyjnej arogancji ani ostentacyjnych gestów. Wystawy zatem przygotowano. Tu zaś „potencjały twórcze” i „przejawy sił” ujawniały się z o wiele spokojniejszą dynamiką niż ta napędzająca dyskurs WGW.

W wywiadzie dla magazynu „Szum” Michał Woliński, założyciel „Piktogramu” i jeden z głównych organizatorów WGW, został zapytany, czy w warszawskim środowisku rodzą się nowe pomysły na samą formułę galerii – czy też największym marzeniem młodych galerzystów jest jak najwierniejsze naśladowanie mistrzów z Rastra i Fundacji Galerii Foksal, dwóch wzorcowych niezależnych instytucji, które nie darmo Jakub Banasiak nazwał kiedyś „ojcem” i „matką” lokalnej sceny.

„Mam wrażenie, że młode galerie starają się raczej czerpać ze sprawdzonych wzorów – odpowiadał Woliński – Nie jest to moment, kiedy się eksperymentuje z formatem (...). Dużo modeli i eksperymentów jest za nami, a teraz jest czas, że dobrze jest mieć miejsce, z właściwą infrastrukturą, oświetleniem. Może czas na eksperymenty z programem?”.

Michał Suchora (po prawej) oprowadza po wystawie Agnieszki Kalinowskiej w BWA Warszawa / WGW

Może, ale najwyraźniej ten czas jeszcze nie nadszedł. Galerie postawiły na bezpieczne i znane nazwiska i generalnie można w nich było zobaczyć to, co zwykle się w nich ogląda – w BWA Warszawa znów pochwałę formalizmu i przerabianie dziedzictwa modernizmu (tym razem w wykonaniu solidnej Agnieszki Kalinowskiej), w Rastrze Oskara Dawickiego, w Leto Maurycego Gomulickiego oddającego się jakże przez nas lubianym, ale dobrze znanym estetycznym fascynacjom. Stereo przeprowadziło się do Warszawy, ale pozostało sobą, demonstrując wrażliwość na fizyczność sztuki i upodobanie do pozornie surowego, ale w gruncie rzeczy delikatnego minimalizmu.

Co ciekawe, najbardziej eksperymentalnie na WGW wyglądały propozycje artystów, którzy ostro eksperymentowali 40 lat temu. Grzegorz Kowalski, Zbigniew Dłubak, Jan Świdziński, Natalia LL, Łódź Kaliska – w programie WGW roiło się od bohaterów dawnej neo- i pseudoawangardy. Oczywiście dziś sztuka niegdysiejszych enfants terribles jest już oswojona, powoli umuzealniana i dojrzała do sprzedaży. A jednak na jednej z najlepszych wystaw w programie WGW – pokazie archiwalnych prac Natalii LL w galerii lokal_30 – nie mogłem się opędzić się od myśli, że te liczące kilkadziesiąt lat fotografie wciąż mają więcej energii i wywrotowego potencjału niż cała zaprezentowana podczas galeryjnego weekendu współczesna produkcja razem wzięta. Pomyśleć tylko, jak bardzo z obowiązującej normy te prace wyłamywały się, kiedy były tworzone!

O przekroczeniach na taką skalę wśród młodszych uczestników WGW nie ma mowy – wszyscy są z grubsza comme il faut. Czy to zarzut? Niekoniecznie. Aleksandra Went i Alicja Karska przygotowały w Fundacji Profile wystawę, która niczego nie burzy, nie wywraca ani nie krytykuje – a przecież jest wystawą piękną, mądrą i interesującą. Trudno czepiać się zorganizowanej przez Starter podwójnej fajnej wystawy Bownika czy rzetelnej koncepcyjnie wystawy Jana Włodzimierza Zakrzewskiego w Le Guern. Nie czepiam się więc, zauważam tylko paradoks; poza galeriami WGW było świętem, gdy tymczasem w tworzących WGW galeriach panowała generalnie artystyczna codzienność. Jej szarość tylko z rzadka przerywał taki błysk, jak wystawa Wojciecha Plewińskiego i Ronit Porat w Asymetrii – rzecz skromna produkcyjnie, ale za to bogata pod każdym innym względem: ciekawa intelektualnie, mądrze wykuratorowana, gęsta emocjonalnie – zdecydowanie mój ulubiony projekt tej edycji galeryjnego weekendu.

Galerzysta Rafał Lewandowski oprowadza po wystawie Ronit Porat i Wojciecha Plewińskiego w Asymetrii / WGW 

*

Na koniec wróćmy do pytania o WGW: co to za biznes? Na świecie szaleje kryzys, kwestionowane są podstawowe dogmaty kapitalizmu. Nawet Polska nie jest już zieloną wyspą. Wciąż jest nią jednak świat warszawskich galerii, które niczym niezrażone głoszą pochwałę rynku. Neoliberalna retoryka z tekstu promocyjnego WGW podoba mi się dlatego, że żywo przypomina mi czasy pierwszej młodości – wczesne lata 90., kiedy wszyscy chcieli być przedsiębiorcami i wszystkim wszystko myliło się ze wszystkim: wolny rynek z wolnością, kapitalizm z demokracją, bezrobocie ze sprawiedliwością społeczną. W telewizji leciał program wychowawczy dla młodzieży pod tytułem „Klub Yuppie” – nazwany tak, bo w Polsce nie było jeszcze wiadomo, że „yuppie” to chyba jednak trochę pejoratywne określenie. Dyskurs WGW dobrze rezonuje także z wypowiedzią mojego szefa z Zamku Ujazdowskiego, dyrektora Fabia Cavallucciego, który zapytany publicznie, dlaczego nie płaci artystom honorariów za udział w wystawie w CSW, odpowiedział: „Czy nam się to podoba czy nie, sztuka współczesna rządzi się prawidłami rynku. I dlatego wystawienie dzieła sztuki i prawo do rozpowszechniania jego zdjęć są narzędziem promocji, które podnosi wartość dzieła i ułatwia jego sprzedaż. Na dzieło, które pozostaje w ukryciu, nie ma popytu. Osobiście sądzę, że system rynkowy obnaża dziś wszystkie ograniczenia i trudności, z jakimi się boryka. Uważam, że nie dane będzie mu przetrwać i konieczne będzie stworzenie nowego systemu wspierania sztuki. Jednak na razie funkcjonujemy w systemie rynkowym”.

I na tym można by poprzestać, czekając spokojnie, aż niewidzialna ręka rynku zaczynie dyrygować światem sztuki. Zaraz potem czytam jednak w wywiadzie z organizatorami WGW słowa Łukasza Gorczycy, który przypomina, że „rynek sztuki to nie wolnoamerykanka”. Okazuje się, że w tym biznesie nie ma właściwie konkurencji między przedsiębiorcami, panuje za to duch współpracy, poza tym dużo jest mowy o etosie, misji i dobru wspólnym – o pieniądzach zaś niemal ani słowa. Więc jednak nie do końca biznes? Przeczuwałem, że there's no business like show business.

Otwarcie galerii Stereo w czasie WGW, na pierwszym planie praca Niny Beier (wystawa „Nowe obyczaje”) 

Specyficzne światło na tę zagadkę rzucają dwie ostatnie stacje WGW, o których chciałbym wspomnieć. Pierwsza to Fundacja Galerii Foksal, miejsce symboliczne, związane ściśle z mitem założycielskim współczesnej sceny sztuki w Warszawie. Wystawia tu Cezary Bodzianowski, ale wystawy właściwie nie ma. Zamiast niej na klatce schodowej artysta zamontował paradoksalną drabinkę, która widzie na dach – tyle że nie można się po niej wspiąć, bo po drodze trzeba by przebić głową kilka masywnych betonowych sufitów. W salach wystawowych nie ma nic, jeżeli nie liczyć trzech inskrypcji głoszących „coś tu czuć”, „coś tu nie gra”, „coś tu jest nie tak”. Ponieważ jest pusto, nadarza się okazja, by przyjrzeć się samej galerii. I oto dostrzegamy, że na ścianach są rysy, tynki pokrył brud, wylewka na podłodze pęka, stolarka okienna krzyczy o renowację. W ogóle wszystko tu trochę się sypie i nadaje do remontu, który zresztą wkrótce w FGF się zacznie.

Drugie miejsce, geograficznie i symbolicznie nieodległe od FGF, to MSN. W głównym venue, pawilonie Emilia Muzeum pokazuje swoją wspaniałą, kapitalnie zaaranżowaną i jakże instytucjonalną kolekcję. W starej galerii Muzeum gości WGW. Pokaz nazywa się „Showroom” i polega na tym, że każda z 21 galerii biorących udział w weekendzie mogła wystawić jedną pracę artysty/artystki ze swojej „stajni”. Dzieła wystawione są naprzeciw wychodzącej na ulicę witryny i wyglądają jak w sklepie – bo przecież w tym lokalu rzeczywiście był kiedyś sklep; sprzedawano tu meble. Wiszą więc obok siebie prace – głównie obrazy i fotografie, przetykane kilkoma filmami wideo – tu Pągowska, tam Grzyb, tu znów Gomulicki. Po triumfalnej atmosferze WGW „Showroom” zaskakuje skromnością; wygląda ubogo i bezbronnie. „Sama byłam zdziwiona, że ten pokaz jest tak bardzo «2d» – mówi dyplomatycznie dyrektorka MSN Joanna Mytkowska – żadnych eksperymentów, głównie malarstwo...”.

Wystawa Natalii LL w galerii lokal_30 / WGW

Trochę smutny, a trochę zabawny „Showroom”, a także mityczna Fundacja Galerii Foksal, która pozwala sobie na chwilę słabości, to dwa miejsca, które w zaczarowanym świecie Gallery Weekendu pozwalają odzyskać poczucie rzeczywistości – i zobaczyć potęgę warszawskiej sceny we właściwych proporcjach. Nie chodzi mi jednak wcale o to, żeby demaskować WGW, dowodząc, że warszawskie galerie tak naprawdę nie mają pieniędzy, działają na rynku, którego właściwie nie ma i tkają boom na sztukę w mieście z czystego PR-u. Nie chodzi mi też o to, żeby spierać się z galerzystami z WGW o to, czy rynek naprawdę jest najlepszym przyjacielem artysty. Przecież wiadomo, że jest – zwłaszcza tego artysty, który ma sukces, bo jak powiedział mi kiedyś galerzysta Dawid Radziszewski, rynek sztuki to kapitalizm podniesiony do kwadratu – wygrany bierze wszystko. Chodzi mi o to, że WGW jest w gruncie rzeczy brawurowym bluffem, ale właśnie przez to zasługuje tym bardziej na uznanie. To przecież żadna sztuka kreować scenę, kiedy ma się górę pieniędzy, tradycje i zastęp potężnych kolekcjonerów na zapleczu. Prawdziwą sztuką jest zrobić to w Warszawie i sprawić, aby w ciągu jednego weekendu ludzie uwierzyli w przepowiednię, która zapewne się spełni. 


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.