Jeszcze 2 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK:
Dzieje krótkotrwałej pomyślności

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Chyba żaden badacz kultury nie zainteresował się jeszcze osobami, które były bardzo blisko, ale nie dostały nagrody Nike. Ktoś powiedział, że ta posępna, milcząca rzesza przypomina nieco żołnierzy generała Własowa, Rosjan walczących po stronie niemieckiej. Kiedy ustały działania wojenne, nikt nie przyznawał się do tych ludzi i traktowani byli przez aliantów jako wstydliwy i kłopotliwy problem. Analogia jest chyba trochę na wyrost, lecz uczucia nominowanych, którzy znaleźli drugie miejsce na podium, wciąż domagają się swojego Thomasa Carlyle'a.

 Kiedy znalazłem się w dwudziestce, a później finałowej siódemce, zaczęto dzwonić z różnych redakcji. Niemal nie kryłem, że się widzę na podium, a bezładne wywiady próbowałem aranżować tak, by słuchacz poczuł do mnie sympatię i żałował, że zmarnotrawił życie wśród nudnych, konwencjonalnych ludzi. Dziś trudno powiedzieć, czy te szarże pomogły mi, czy zaszkodziły. Na pewno do repertuaru osób udzielających wywiadów wprowadziłem niepewność, niewyraźne wymawianie i powtarzanie niektórych zdań oraz inne elementy, które przydają wypowiedzi autentyzmu, nawet za cenę doraźnego efektu. Z czasem tak zasmakowałem w sławie, że złościłem się, gdy telefon milczał zbyt długo. Przyjaciół – którzy dostarczali mi dowodów przywiązania, a ich zasługą była zwykła, codzienna praca – zacząłem lekceważyć. Po wielokroć wyobrażałem sobie scenę odbierania nagrody i znajomych, którzy z dumą, nieco podszytą obawą, czy pozostanę takim, jak dawniej, garną się do mnie nieśmiało. Podobnej ekscytacji doświadczają osoby, które osiągnęły znaczny sukces, przy czym w moim przypadku laury były jeszcze kwestią przyszłości (napięcie rosło aż do ostatniego dnia, kiedy to w trakcie uroczystości ustąpiło prawie zupełnie). Nie ukrywam, że przygotowałem mowę, którą zamierzałem wygłosić w stosownej chwili: „Dziękuję jurorom za przyznanie mi nagrody Nike. Przyznam, że zupełnie nie spodziewałem się zaszczytu, jakim jest najważniejsza nagroda literacka w kraju. Dziękuję mojemu wydawcy, panu Duninowi-Wąsowiczowi za to, że wspierał mnie przez wiele lat i opłacał, często z własnej kieszeni, moje albumy itd…”.

Za pieniądze, które są istotną częścią nagrody, zamierzałem żyć spokojnie, pracując nad nowym albumem – jak przypuszczałem – znacznie gorszym od poprzednich, bo stworzonym pod presją wielkiego wyróżnienia. W jednym wypadku pobiłem wszelkie rekordy śmieszności, bo jeśli mgliste marzenia związane z posiadaniem znacznej sumy mogą być usprawiedliwione, to moje plany były aż nazbyt konkretne. Chciałem odbyć wycieczkę do Chorwacji, owej Małej Riwiery słynącej z pięknego wybrzeża, ale także z dość wygórowanych cen. Zacząłbym od Zadaru. W innych rejonach, gdzie turystyka jest bardziej rozwinięta, miejscowi mają skłonność do naciągania łatwowiernych turystów, a taksówkarze wożą ich okrężną i najdłuższą drogą. Wychowywani przez morze Zadarczycy od zawsze utrzymywali się z pracy własnych rąk i są ponoć zupełnie niezepsuci. Słynny jest tamtejszy targ rybny, gdzie prócz ryb serwowane są znakomite miejscowe sery, w tym słynny grempuccio oraz odbywają się prezentacje dawnych rzemiosł. Kasztany jadalne kojarzymy z Francją. Mało kto wie, że na wysepce Lovdan od prawie czterystu lat mieszkańcy zajmują się uprawą tego egzotycznego przysmaku – uważa się, że kasztany lovdańskie są nawet większe i słodsze niż ich francuscy krewniacy. Swoją marszrutę zakończyłbym więc w Lovdanie.

Jak już wspomniałem, w dniach poprzedzających ogłoszenie wyników swoją postawą dawałem do zrozumienia, że nagroda mi się należy. Co prawda chodziły słuchy, że pozostali nominowani są artystami o dorobku, który pod względem popularności, a także objętościowo, znacznie przewyższa mój własny. Nie martwiłem się tym zbytnio, wiedząc, że na przykład pustułki i dzięcioły składają od kilku do kilkunastu jajeczek, a nie są wcale najliczniej występującymi ptakami w przyrodzie. Wędrowne petrele, których samica składa tylko jedno lub dwa jaja rocznie, potrafią w czasie migracji na godzinę przysłonić niebo. Później nie dostrzegłem na twarzach nominowanych podobnych myśli ani też śladów zaciekłości, jaką widuje się u rywalizujących sportowców, w świecie gwiazd filmu, czy choćby w obrębie płci, gdzie trwa walka o zdobycie najbardziej atrakcyjnego partnera.

Tymczasem prędko nadszedł uroczysty dzień, ogłoszono werdykt jury, gala zakończyła się i oto siedzieliśmy, już wyzwoleni, i uśmiechaliśmy się do siebie. Pomyślałem (widocznie doszła we mnie do głosu jakaś instancja odpowiedzialna za pocieszenie), że to jednak cudowne, że ja, chłopak z prostej rodziny i małego miasta zaszedłem tak daleko. W tym miejscu chciałbym podziękować organizatorom, którzy dołożyli starań, aby kandydaci do nagrody czuli się jak najlepiej. Kiedy zwierzyłem się pracownikom telewizji, że nie mam odpowiedniego ubrania, z ochotą zaoferowano mi wypożyczenie garnituru, a później pomoc w zawiązaniu krawata. Na każde pytania dotyczące choreografii naszych wystąpień odpowiadano chętnie, a że ekipa filmowa złożona była mniej więcej z moich rówieśników, z łatwością znaleźliśmy wspólny język.

Ostatnim paroksyzmem niewczesnej dumy było moje zachowanie na bankiecie, który nastąpił tuż po wręczeniu nagrody. Nazbyt ożywiony wszedłem między znajomych i rzucałem im się w ramiona, ale był to już tylko poblask zuchwałości, która sprawia, że o niektórych osobach mówimy z podziwem „ten to wie, czego chce”. Do ostatniej chwili żywiłem nadzieję, że jurorzy będą podchodzili do mnie ukradkiem i ściskając rękę szeptali, że głosowali na mnie, lecz w kapitule nagrody przeważyli tradycjonaliści. Ale to nie nastąpiło. Postanowiłem więc – gdy dziennikarze zapytają mnie, czy się spodziewałem nagrody – odpowiadać, że się spodziewałem, ponieważ inni zapewne będą mówili, że się nie spodziewali. Ale poza jednym skromnym wyjątkiem nikogo to nie interesowało. Żałowałem tylko pięknego garnituru; w cichości ducha liczyłem, że będę mógł go zatrzymać.

Tak już jest, że nazbyt wygórowane oczekiwania są powściągane, a nieoczekiwane zawody nagradzane skromnym podarkiem. Kilka dni po uroczystości ze zdumieniem stwierdziłem, że scenariusze, które piszę do moich komiksów, znów są zabawne i oryginalne. W tym wypadku brak sukcesu podziałał stymulująco i wzmógł artystyczną potencję. Są liczne przykłady pisarzy, których twórczość wykonywana w blasku sławy stała się wtórna i uległa degeneracji. Niektórzy powinni pozostawać na uboczu, aby ich dzieła wynikały z autentycznej potrzeby, spulchnionej jeszcze uczuciem niedosytu.

To zapewne ów niedosyt sprawił, że kiedy u boku zwyciężczyni pozowaliśmy do zdjęć, wyciągnąłem w stronę dziennikarzy Złote Pióro, jakbym chciał powiedzieć: „Spójrzcie, czyż nie jestem jak kapitan Scott? U kresu swojej wyprawy ten dzielny podróżnik ujrzał powiewającą na biegunie flagę Amundsena. A przecież to Scotta opromienił romantyczny mit i wspominając wyprawy polarne, jemu dedykujemy nasze wzruszenia”.