Od piwnicy aż po grób

Od piwnicy aż po grób

Bartosz Sadulski

Dziesięć lat temu odszedł Elliott Smith – człowiek, który na nowo zdefiniował pojęcie songwritingu. Jego uniwersalne frazy krążą w krwiobiegu artystycznego świata

Jeszcze 3 minuty czytania

Jest marzec 1998 roku. Polska już otrząsnęła się po słowach Cimoszewicza, ubezpieczyła się i wybrała innego premiera, za to Amerykę czeka wstrząs znacznie silniejszy. Jesteśmy w Shrine Auditorium w Los Angeles. Celine Dion już dała występ, w którym po raz kolejny zatopiła „Titanica” nominowanym do Oscara „My Heart Will Go On”. Na scenę wchodzi niepozorny typ. Wygląda jeśli nie jak członek orkiestry towarzyszącej Kanadyjce, to pracownik maszynowni, przebrany w biały garnitur kelnera. Akompaniując sobie tylko na gitarze akustycznej, śpiewa „Miss Misery” z filmu „Buntownik z wyboru”. Z siedemdziesiątego rozdania nagród amerykańskiej Akademii Filmowej jedni zapamiętają triumf „Titanica” i Jamesa Camerona, inni Jacka Nicholsona wbiegającego tanecznym krokiem po swoją nagrodę, ale to występ Elliotta Smitha był nie z tego świata. Bohater podziemnego songwritingu dał introwertyczne show, jednocześnie uświadamiając Ameryce swoje istnienie. Jego kolejny album „XO”, nagrany już dla dużej wytwórni, sprzedał się w liczbie blisko pół miliona egzemplarzy i jako pierwsze dzieło Smitha zaistniał na amerykańskich listach.

Elliot miał ambiwalentny stosunek do swojego występu. „Miss Misery”, napisanej specjalnie do filmu Gusa van Santa, nigdy więcej nie zagrał na żywo: „niech ta piosenka spoczywa w pokoju na Oscarach” powiedział w wywiadzie. „Wydawało mi się, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Nie było źle, lecz dziwnie, i nie chciałbym robić tego ponownie. Początkowo bałem się, że Celine Dion schowa się za ochroniarzami i będzie pokręconą supergwiazdą, ale okazała się bardzo w porządku. Była rozbrajająca, przytuliła mnie i życzyła mi zwycięstwa”, dodawał. Podobno początkowo nie chciał się zgodzić na granie w czasie ceremonii, ale zrobił to dla przyjaciół. Poza tym straszono Smitha, że jego piosenkę wykona Richard Marx. Utwór nie znalazł się na żadnej płycie Smitha, uznał, że należy wyłącznie do filmu.

Jak w ogóle doszło do współpracy guru amerykańskiego kina niezależnego z jego muzycznym odpowiednikiem przy wyciskającym łzy hollywoodzkim filmie? Van Sant zaczął słuchać muzyki Smitha, kiedy pracował nad filmem „Za wszelką cenę”. Przypadła mu do gustu, ale nie zdecydował się na jej wykorzystanie w swojej produkcji – chciał bardziej heavymetalowego brzmienia, chociaż Smith był w tym czasie jeszcze związany z rockową kapelą Heatmiser z Portland, z którą nagrał trzy albumy. Reżyser jednak nie zapomniał o muzyku przy okazji swojej kolejnej produkcji, chociaż w scenariuszu sugerowano wykorzystanie World Music. Sprawę ułatwił fakt, że film był montowany w Portland, czyli miejscu, do którego w wieku czternastu lat Smith przeniósł się z Teksasu (jednak to mapę rodzinnego stanu Bushów miał wytatuowaną na ramieniu). Ówczesny chłopak van Santa znał dziewczynę Smitha i w ten sposób została uruchomiona machina współpracy i wzajemnej fascynacji. Wokalista obejrzał gotową wersję „Buntownika z wyboru” w domu reżysera i pod wpływem projekcji napisał „Miss Misery”. Wiele drzwi stanęło otworem, by nieco ponad pięć lat później zatrzasnąć się z hukiem. Van Sant nie zapomniał jednak o Elliocie – jego utwór „Angeles” wykorzystał w „Paranoid Park”.

Jest październik 2003 roku. Smith sprzecza się ze swoją partnerką Jennifer Chiba w ich mieszkaniu w Silverlake, Los Angeles. Po kłótni dziewczyna zamyka się w łazience. Wywabia ją stamtąd krzyk artysty. Kiedy wychodzi, Elliott stoi do niej tyłem. Odwraca się. Ma nóż wbity w serce. Pomimo natychmiastowej pomocy umiera dwadzieścia minut po przewiezieniu do szpitala. Ma trzydzieści cztery lata. „To najlepsze samobójstwo, o jakim słyszałam”, powiedziała złotousta Courtney Love. I najbardziej bolesne. Być może Smith próbował się zabić w podobny sposób już w 1997 roku – jeden z jego przyjaciół widział ślady noża na jego klatce piersiowej. Chociaż koroner w związku ze śladami „możliwej obrony” na ciele Elliota pozostawił możliwość „morderstwa”, to wieść o samobójstwie Smitha nie była niespodzianką. Co prawda Chiba musiała rozwiązać swój zespół, bo padła ofiarą ludzi przekonanych o tym, że to ona zabiła swojego chłopaka, ale oficjalnego oskarżenia nigdy nie wniesiono. Miłośnicy spiskowych teorii otrzymali jednak pożywkę na długie lata. 

Ostatnią piosenką nagraną przez urodzonego w Omaha muzyka jest „King’s Crossing”. Legenda głosi, że zarejestrował ją dzień przed samobójstwem. Padają w niej słowa „Give me one good reason not to do it”. W czasie jednego z koncertów obecne na sali dziewczyna i siostra Smitha krzyknęły wspólnie: „because we love you!”.

Ten pięciominutowy kawałek (proszę zwrócić uwagę na blisko dwuminutowe intro, łączące w sobie Velvet Underground i Eltona Johna), opowiadający o uzależnieniu Smitha od narkotyków, znalazł się na wydanym pośmiertnie albumie „From a Basement on the Hill”. Muzyk zarejestrował tylko część materiału, nie zdążył jak zwykle sam zagrać na wszystkich instrumentach, a część nagrań składała się tylko z wokalu. Rodzina artysty zatrudniła jego byłego producenta i byłą dziewczynę (Joannę Bolme, aktualną basistkę Stephena Malkmusa), aby dokończyli album. W konsekwencji powstała płyta nierówna, ale zawierająca chociażby poruszające „Let’s Get Lost” czy „Pretty (Ugly Before)”. Słowem kluczem w wypadku tego dzieła jest perfekcja, ale nie jako coś, do czego Smith dążył, lecz coś, czego unikał. Zapytany o nagrania lo-fi odpowiedział, że nigdy nie chciał, aby proces twórczy był męką. Męką mogło być samo życie (czy ktoś o radosnym i bezrefleksyjnym usposobieniu zatytułowałby płytę „Either/Or”, inspirując się książką, w której Kierkegaard rozpatruje różne rodzaje rozpaczy?), ale piosenka musi być bardziej niejednoznaczna. Począwszy od debiutanckiego, nagranego na czterośladzie w piwnicy ówczesnej dziewczyny i początkowo nieprzeznaczonego do wydania „Roman Candle”, po mięsisty i piosenkowy „Figure 8” (o którym powiedział, że „brzmi jakby ktoś, kto nie jest w zespole, udawał, że jednak jest”) Smith pozostaje rozpoznawalny i oryginalny. Folkowy, ale nigdy nie przaśny. Głównie dzięki frapującym i poetyckim tekstom śpiewanym niezbyt imponującym, ale charakterystycznym głosem, połączonym z brzmieniem akustycznej gitary, na której Smith grał często w stylu Milonga. Takimi przygnębiającymi utworami, aranżowanymi z czasem na coraz więcej instrumentów, zapełnił pięć wydanych za życia albumów. Chociaż „«przygnębiająca» nie jest słowem, jakiego chciałbym użyć do opisania mojej muzyki. Ale jest w niej jakiś smutek – musi tak być, dzięki temu radość będzie miała większe znaczenie”, mówił. Ale komuś, kogo ulubionymi pisarzami byli Beckett i Dostojewski, nie można wierzyć. O Bukowskim powiedział: „mówi mi rzeczy, które już wiem”.

Z czasem smutniejsze niż piosenki stały się ich wykonania na żywo, kiedy będący w toku narkotykowego i alkoholowego uzależnienia Smith potrafił przez godzinę stroić gitarę, zapominał tekstów, kończył przed czasem piosenki i generalnie robił oborę. Potrafił wydać dziennie półtora tysiąca dolarów na heroinę i tygodniami się nie myć. Na nagraniach koncertowych widać jego tłuste włosy i brudne dłonie. Widywano go, jak chodził kolejowymi bocznicami, mamrocząc do siebie. Kiedy oglądamy dzisiaj jego archiwalne wywiady, widzimy nieśmiałego, nerwowego chłopaka, będącego ewidentnie nie na miejscu. Żartować jednak potrafił – przeprowadzając wywiad z Lou Barlowem z Dinosaur Jr, kpi z kiepskiego dziennikarstwa i pyta go o inspiracje. Pod koniec życia, kiedy był w związku z Chibą, pozostawał czysty. Podczas autopsji nie znaleziono w jego ciele śladów heroiny czy alkoholu, odnotowano za to sporo antydepresantów oraz leków przeciwlękowych. „Nie jestem smutny. Tylko dlatego, że nie śpiewam o seksie i sporcie, nie znaczy, że jestem smutny”, mówił w rozmowie z NME. O seksie śpiewał chociażby we wspomnianym już „King’s Crossing”: „It don't matter because I have no sex life”. 

Wychowany na Beatlesach, Dylanie, ale też AC/DC, Smith nazywany był „Cobainem grającym z Simonem & Garfunkelem”. A więc grunge’owa energia i bezkompromisowość połączone z hipisowskim kolędowaniem. Na komercję miał spojrzenie niekonwencjonalne i podobnie jak Dylan czy Neil Young nigdy się nie skurwił. „Jeśli nie masz nic, nie masz też nic do stracenia”, powiedział. Do stracenia miał tylko swój talent, ale nie zdążył go przećpać. Był wizjonerem, który kilka lat przed tym, zanim Gotye podbił serca słuchaczy Trójki i facebookowe walle, nagrał piosenkę „Somebody That I Used to Know”. Mało tego – dla swojego zespołu Heatmiser Smith napisał utwór „Get Lucky”, który znalazł się na trzeciej płycie kapeli „Mic City Sons” z 1996 roku. Gdyby Daft Punk żyli w Portland lat 90., nie potrzebowaliby Pharella Williamsa, żeby nagrać ogólnoświatowy hit o „szukaniu szczęścia”. Jasne, nie są to covery, trudno dopatrzeć się nawet inspiracji, po prostu frazy Smitha są tak uniwersalne, że krążą w krwiobiegu artystycznego świata.

Historia zatacza koło w tym miejscu. Uwaga: jest rok 2013. W ramach promocji swojego projektu „secretprojectrevolution Madonna w Nowym Jorku zostaje brutalnie wprowadzona na scenę, a następnie wykonuje piosenkę „Between the Bars” Elliotta Smitha. Piętnaście lat wcześniej, w czasie siedemdziesiątej ceremonii rozdania Oscarów w Los Angeles, to właśnie ona zapowiadała jego występ. 


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.