Realizm jak ze snu
il. Bradley Wind / Flickr CC

Realizm jak ze snu

Piotr Mirski

„Bezbarwny Tsukuru Tazaki...” reklamowany jest jako powrót do realistycznej formuły „Norwegian Wood”. Codzienność i fantazja nie są jednak u Murakamiego przeciwstawne, ale wzajemnie się zazębiają

Jeszcze 2 minuty czytania

W powieściach Harukiego Murakamiego codzienność i fantazję oddziela granica tak cienka, że prawie przeźroczysta. Ich bohaterowie spożywają posiłki, prasują ubrania, oddają mocz i chodzą spać, aby budzić się w światach, nad którymi świecą dwa księżyce, lub w zasypanych śniegiem miastach, gdzie żyją jednorożce. Te dwie sfery Murakami opisuje tak samo skrupulatnie i trzeźwo. Efektem jest, żeby zacytować jego ostatnią powieść, „Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lata jego pielgrzymstwa” (2013), „(…) realność ze wszystkimi cechami charakterystycznymi dla snu. Inny aspekt rzeczywistości tworzony jedynie przez wyobraźnię, której puszczono wodze w pewnym szczególnym czasie i szczególnym miejscu”.

Codzienność i fantazja, rzeczywistość i sen, real i niereal. Przez ponad trzy dekady kariery Murakami na obu polach wypracował stały zestaw chwytów i motywów. Pewniej czuje się jako marzyciel, więc w ramach szlifowania warsztatu tłumaczy na japoński zachodnich realistów: Johna Irvinga, Raymonda Carvera i F. Scotta Fitzgeralda. Proporcje obu pierwiastków rozkładają się w jego dziełach różnie: czasem z przewagą szaleństwa („Koniec świata i Hard-boiled Wonderland”, 1987), czasem zwyczajności („Tańcz, tańcz, tańcz”, 1988; „Po zmierzchu”, 2004), a czasem mniej więcej po równo („Kronika ptaka nakręcacza”, 1995; „1Q84”, 2009). Na w pełni realistyczną powieść Japończyk porwał się po raz pierwszy przy „Norwegian Wood” (1987), które było dla niego ćwiczeniem i próbą przebicia się z zarezerwowanej dla dziwaków niszy do literackiego mainstreamu. Próbą, jak wiadomo, udaną. Później na szczęście nie porzucił swoich idiosynkrazji i dalej zapraszał czytelników do labiryntów iluzji. „Bezbarwny Tsukuru Tazaki...” reklamowany jest jednak jako powrót do realistycznej formuły „Norwegian Wood”.

Haruki Murakami, „Bezbarwny Tsukuru
Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”
. Przeł.
Anna Zielińska-Elliot, Muza, 352 strony,
w księgarniach od listopada 2013
Oba tytuły łączy to, że są słodko-gorzkimi opowieściami o końcu dzieciństwa, w obu bohaterowie żyją w małych koleżeńskich kolektywach, aby potem być świadkami ich rozpadu. W „Norwegian Wood” sielankę kończy samobójstwo jednego z trójki przyjaciół. W „Bezbarwnym Tsukuru Tazakim... ” tytułowy bohater pewnego dnia z niewiadomego powodu zostaje głosami większości wyrzucony ze szkolnej paczki. Przyjmuje tę wiadomość bez pytań i protestów, ale potem długie lata ją odchorowuje. Przedwcześnie wyrwany z bezpiecznego kokonu, powoli i boleśnie przepoczwarza się w nowego, dorosłego człowieka. Blizna jednak pozostaje. Wyczuwa to jego kochanka, która w imię zdrowia ich związku każe mu odnaleźć dawnych towarzyszy, wyjaśnić przyczyny ostracyzmu i raz na zawsze przepracować traumę.

Tsukuru Tazaki to klon innych bohaterów Murakamiego: Toru z „Kronik ptaka nakręcacza” czy tytułowego bohatera opowiadania „Tony Takitani” ze zbioru „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” (2006). Trzydziestoparoletni, spokojny na granicy stuporu, niezbyt zaangażowany w życie społeczne. Samotny – chociaż ma kochankę, to będąc z nią, myślami ucieka wciąż do tragicznej przeszłości lub wymarzonej przyszłości. Swoją pracę wykonuje sumiennie, ale obcy jest mu termin „kariera”; nigdy nie dołączy do zalewającej japońskie ulice fali korposzczurów i nie czeka go śmierć z przepracowania. Stroniący od literackiej socjety i będący zwolennikiem cichego „robienia swojego” Murakami przyznaje, że kolejne postacie mają z nim wiele wspólnego. W wywiadach radzi myśleć o nich jak o fikcyjnych, rozdzielonych z nim we wczesnej młodości bliźniakach – rzuconych w inne okoliczności, ale obdarzonych tym samym genotypem.

Styl powieści wyrasta z postaci Tsukuru i też brzmi znajomo. Oszczędny, na zmianę nijaki w opisie codziennej rutyny i poetycki, kiedy do głosu dochodzi skomplikowane życie wewnętrzne bohatera. Jest w jego prostocie coś dziecinnego, co szczególnie widoczne jest w scenach seksu: równocześnie precyzyjnych i infantylnych, zupełnie jakby lekarz wyjaśniał ośmiolatkowi działanie narządów rozrodczych (wielu to konsternuje; za „1Q84” nominowano Murakamiego do piętnującej miłosną grafomanię antynagrody Bad Sex). Ton tej prozy równoważą wygłaszane co pewien czas przez bohaterów aforyzmy, z powodu których Murakamiego zdążono ochrzcić japońskim Paulo Coelho, oraz strategicznie rozmieszczone żarty, które najlepiej charakteryzuje zgrabny angielski wyraz deadpan – wygłaszane z kamienną twarzą, na tyle nienachalne, że nie od razu się je zauważa. W tłumaczeniu Anny Zielińskiej-Elliott słowa płyną gładko i spokojnie. Naprawdę fajnie się to czyta.

Typowy dla Murakamiego bohater w typowym dla niego stylu rusza w podróż. Spotyka dawnych przyjaciół, wyjaśnia dawne sprawy, otwiera nowy rozdział w swoim życiu. Po drodze nie dzieje się nic dziwnego, nie pojawiają się żadne magiczne stworzenia, nikt nie trafia do żadnej Nibylandii. A jednak. Gdzieniegdzie dźwięczą znajome frazy: dowiadujemy się, że nie wszystko można logicznie wytłumaczyć, że wiele rzeczy jest kwestią intuicji. Bohaterowie mówią o depresji jak o złym duchu, Tsukuru ma serię dziwnych snów, słyszy też opowieść o mężczyźnie, który widzi ludzką aurę. W żyłach tego świata krąży kropla tajemnicy.

Haruki Murakami / fot. Chan Hsun-Chih, Flickr CCCodzienność i fantazja nie są u Murakamiego przeciwstawne, ale wzajemnie się zazębiają, tworząc sprawny i efektywny mechanizm. W przeciwieństwie do wielu autorów rasowej fantastyki Murakami raczej niechętnie wyjaśnia zasady działania swoich światów. Dość eksplicytnie robi to w żeniącym cyberpunk i fantasy „Koniec świata i Hard-boiled Wonderland”, ale w innych tytułach ogranicza się zazwyczaj do sugestii: zbiegów okoliczności, podszeptów serca, krótkich i jasnych spięć w mózgu. W „1Q84” stojąca w korku kobieta postanawia opuścić taksówkę i zejść z autostrady schodami awaryjnymi – czy to właśnie ten mały akt anarchii sprawia, że trafia do równoległego wszechświata? W „Kronice ptaka nakręcacza” jednym z czynników uruchamiających serię niewytłumaczalnych zdarzeń jest natomiast zniknięcie kota głównego bohatera. W upatrywaniu we wszechświecie niewidzialnej sieci współzależności Murakami przypomina trochę Krzysztofa Kieślowskiego, ale bardziej Davida Lyncha; z twórcą „Zagubionej autostrady” łączy go też to, że jakkolwiek bezsensownie by jego historie brzmiały w streszczeniu, podczas lektury odbiera się je jako doskonale spójne. „Bezbarwny Tsukuru Tazaki...”, chociaż owiany tylko lekką mgiełką niesamowitości, skonstruowany jest w podobny sposób. Znaczenia nabierają szczegóły. W przeciwieństwie do innych członków paczki bohater nie ma w nazwisku koloru, w czym upatruje czasem nie tylko przyczyn odrzucenia, ale i własnej nijakości, bezbarwności. W końcu odkrywa, że tak naprawdę nie był niczemu winny, jednak wciąż zastanawia się, czy nie zasłużył sobie na wszystko erotycznymi marzeniami o dwóch przyjaciółkach – niepisaną regułą grupy było bowiem to, że członkowie nie mogą wchodzić ze sobą w erotyczne relacje. „Odpowiedzialność rodzi się w snach” („Kafka nad morzem”, 2002).

Prawdopodobnie najczęściej powtarzającym się zdaniem u Murakamiego jest stwierdzenie, że coś może równocześnie istnieć i nie istnieć lub znajdować się w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach. Można podobnie charakteryzować jego twórczość. Tak jak inne powieści Japończyka są realistyczne w swojej fantastyczności, tak „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa” jest fantastyczny w swoim realizmie.