Ślady Papuszy

Ślady Papuszy

Jakub Socha

Film przełamuje klasyczną narrację biograficzną, pokazuje życie romskiej poetki w ciągu porozrywanych scen, w których przeszłość łączy się z czasem zaprzeszłym, a człowiek zlewa się ze światem

Jeszcze 2 minuty czytania

Piękny obrazek, jak malowany, a potem błoto. „Papusza” zaczyna się od pocztówki z początku XX wieku. Mała polska osada, a zupełnie jak w niebie: wapienne skały, na skałach kościół (albo zamek), też z białego kamienia. W dole kręcą się ludzie. Wszystko jaśnieje, słońce jest chyba w zenicie. Zanim oczy przyzwyczają się do tego światła, Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze wrzucają nas w ludzki dół. Cięcie i widzimy skulonego człowieka ubranego w łachmany, leży zziębnięty (zamroczony) pod szarym murem. Obok niego przechodzi kobieta, idzie drogą, która przypomina pobojowisko, ubrana jest na szaro – zatrzymuje się przed witryną sklepową i patrzy na lalkę. Lalka to po romsku właśnie Papusza.

Świat w „Papuszy” jest niczym wahadło. Raz zdaje się nierzeczywisty, przypomina balladę romantyczną, innym razem wali w oczy konkretem, którego nie da się zmetaforyzować – sprowadza wszystko i wszystkich do parteru. Ludzie zatrzymują się nieruchomo i ustawiają jak do zdjęcia, a chwilę później tarzają się w bólu, pijaństwie, szaleństwie po małej zakopconej izbie, w której grzyb zjada wszystkie ściany. W środku tego świata stoi kobieta – wydaje się w nim równocześnie zanurzona i od niego zdystansowana. Do końca pozostaje zagadką. Kamera nie próbuje ukraść jej tej zagadki – w tym filmie nie ma praktycznie zbliżeń. Nie ma też cepelii, nie ma kolorów (poza czernią i bielą). Kompozycja kadrów jest niemalże rzędowa, kadry są zwyczajnie płaskie – to, co w głębi, znajduje się po prostu na wyższym rzędzie. Najpierw na przykład jest mulda przeoranej ziemi, potem trawa, dalej tabor cygański, a nad nim wąski pasek nieba. Oglądając „Papuszę”, inaczej niż na przykład w przypadku „Idy”, nie szuka się bezwiednie tych kilku punktów, które mają być najważniejsze. Wszystko jest tu na równych prawach.

Papusza stoi niby w centrum filmowego świata, ale niewiele od niej zależy – niewiele może, co najwyżej zawieść czyjeś oczekiwanie. Film jest pasmem takich zawodów. Matka narzeka, że córka uczy się czytać, od tego może popsuć się jej mózg; mąż przeklina jej wyschnięte łono, to, że nigdy nie urodziła mu dziecka; Romowie wykluczają ją ze swojej społeczności za to, że opowiedziała o nich światu, nawet Jerzy Ficowski, który odkrył talent Papuszy i tak bardzo jej pomógł, wydaje się rozczarowany tym, że poetka w pewnym momencie przestaje pisać. Do tego dochodzi jeszcze presja świata – niechęć Polaków, hitlerowskie prześladowania, zarządzenia PRL-owskich władz, które wymuszają na Romach porzucenie życia w ciągłej drodze. Dwójce filmowców udało się dotknąć naprawdę wielu tematów, choć przecież całość nie trwa nawet trzech godzin.

„Papusza”, reż. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze

Oglądając „Papuszę” po raz pierwszy podczas festiwalu w Gdyni, pomyślałem sobie od razu, że oto wreszcie znowu mamy polski film, który nie podchodzi do widza jak do nierozgarniętego dziecka. Nie ciągnie go nigdzie na siłę, nie prowadzi na sznurku, nie bawi się z nim w nudne gierki, nie każe mu bez przerwy potakiwać głową na znak, że się zgadza, że przecież rozumie, że to oczywiście wszystko bardzo słuszne i ważne, całkiem na czasie. Dostajemy od reżyserów wolną rękę, niejako sami musimy ułożyć sobie opowieść i poradzić sobie z czasem, który nie płynie tu od jednego punktu węzłowego do drugiego i nie zamyka się w koło. Nie chce to bardzo przejść przez usta, ale tak, „Papusza” jest filmem szlachetnym i czystym, i nie tylko dlatego, że praktycznie wszyscy mówią w nim po romsku.

Film przełamuje klasyczną narrację biograficzną, pokazując życie romskiej poetki w ciągu porozrywanych scen, w których przeszłość łączy się z czasem zaprzeszłym, a człowiek zlewa się ze światem. Jest częścią przyrody, fragmentem miasta – nieprzeniknioną bryłą, która szuka zadomowienia i co chwilę wypada ze swojego czasu. Nieprzenikniona jest też społeczność romska, zbyt zajęta ruchem, zmianą, by myśleć o pisaniu ksiąg pamięci. „Papusza” jest właśnie taką księgą: księgą poetki, ale także całej społeczności, która żyjąc, nieustannie zaciera ślady swojego życia. Odbija się w niej także taka historia Polski, o której nie mamy bladego pojęcia.

Luźna struktura filmu, liczne obrazy pozbawione słów i wspomnianej głębi, sekwencje, które raz za razem przysłaniają czarne plansze, są tutaj kolejnymi elementami budowanej przez dwójkę autorów machiny pamięci. Zbudowano ją konsekwentnie. Widać w tym filmie ambicję, ale nie widać pychy – autorzy na każdym kroku podkreślają, jak trudno przebić się przez magmę pamięci i nie starają się na siłę tłumaczyć ani wyborów swojej bohaterki, ani tym bardziej źródeł jej wyjątkowości.

„Papusza”, reż. Joanna Kos-Krauze
i Krzysztof Krauze. Polska 2013, w kinach od
15 listopada 2013
Papusza pisała o sobie: „Jestem zwyczajny człowiek, może gorszy od wszystkich”, peszyła się, gdy nazywano ją poetką, mówiła, że nie tworzy wierszy po to, żeby pamiętać jutro, co przeżyła dzisiaj (wczoraj i jutro to po romsku, jak tłumaczy poetka, to samo). Film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze wolny jest od tych wszystkich obrazków, tak charakterystycznych dla narracji biograficznych o artystach: nie ma w nim jaskółek, które przynoszą poetyckie frazy w swoich małych dzióbkach, wieczornych spacerów po cmentarzu, nocy spędzonych przy filującej lampie naftowej, ekstazy twórczej, którą wyzwolił alkohol, seks albo jeżowiec Williamsa. Zamiast tego, co mogłoby być paliwem dla twórczości, widzimy konsekwencje, desperację i cenę, którą poetce przyszło zapłacić za swoją sztukę. Widzimy Papuszę, która pali wiersze na kuchennym stole; zamkniętą w szpitalu psychiatrycznym; wyrzekająca się swych utworów, zarzekającą się, że nigdy nie była ich autorką. Więc skąd te wiersze? Pewnie z tego, co zawiera się na ekranie – scen z życia Romki, żyjącej w Polsce w XX wieku – i tego, czego nie da się zwizualizować, co jest niedostępne.

Mówi się, że jest to film chłodny, że losy głównej bohaterki ogląda się jak przez podwójną szybę. To wszystko nieprawda: nie ma szyby – to nie laboratorium – jest oddalenie, wyrastające ze świadomości, że niektóre ślady już na zawsze zostały zatarte. Jak mówi Bernhard: „wraz z jasnością wzrasta też chłód”, a tu nic nie jest oczywiste i jasne. „To, co odczuwamy, jest chaotyczne, to, czym jesteśmy – niejasne”. O tym też mówi „Papusza”.