Żeby mi było
jeszcze gorzej

Rozmowa z Biljaną Srbljanović

Mój pies, kiedy kogoś widzi, od razu macha ogonem. Ludzie myślą: „pies pewnie coś we mnie dostrzegł dobrego”. Nie – ten pies jest kurwą, chce się podobać. Dlatego rzadko piszę sztuki

Jeszcze 3 minuty czytania

JOANNA WICHOWSKA: Pani sztuki należą do najczęściej granych w Europie. Czy zagraniczne realizacje szukają w Pani tekstach uniwersalnych tematów, czy wciąż skupiają się na tzw. „bałkańskiej specyfice”?
BILJANA SRBLJANOVIĆ
: Nie śledzę zbytnio tych zagranicznych realizacji, rodzimych zresztą też nie – mam z tym jakiś emocjonalny problem. „Barbelo” widziałam na premierze, a teraz na przykład obejrzałam tylko początek i koniec [spektakl Jugoslovensko Dramsko Pozorište z Belgradu „Barbelo, o psach i dzieciach” w reżyserii Dejana Mijača prezentowany był na zakończenie „Demoludów” – przyp. red.]. Wcześniej oglądałam więcej swoich premier i… różnie bywało. Generalnie, spektakle, które ślepo słuchają didaskaliów, próbują imitować zapisany przeze mnie świat, nigdy nie są dobre. Im lepszy teatr, tym przedstawienie bardziej się różni od tekstu.
A osławiona „bałkańska specyfika”? Myślę, że jeśli teatry szukają czegoś „bałkańskiego”, to moje teksty nie są najlepszym wyborem. Tego, co powszechnie uważa się za „bałkańskie”, u mnie nie znajdą.

A jednak niektóre z Pani sztuk są tak mocno zanurzone w rzeczywistości Pani kraju, że wystawianie ich za granicą jest dość ryzykowne. „Upadek” na przykład zawiera ogromną ilość tropów, których nie odczyta się bez głębokiej znajomości lokalnego kontekstu.
„Upadku” w ogóle nie dałam do zagranicznej dystrybucji. Powstały może dwa albo trzy małe spektakle – w tym jeden dobry, we Francji, kilka scenicznych czytań, i tyle. To tekst w całości poświęcony mojemu narodowi i mojemu krajowi, dla niego napisany i bardzo wobec niego krytyczny. Obserwowanie, jak ta krytyka pojawia się w jakimś innym kształcie, w innym kontekście, szczególnie w sytuacji, kiedy ten mój kraj jest w ciągłym konflikcie ze światem, nie jest dla mnie przyjemną perspektywą. Myślę, że zgodziłabym się na granie „Upadku” w Rosji, ale już w Niemczech albo w Ameryce – nie.

Biljana Srbljanović

ur. 1970 w Szwecji, dramatopisarka serbska, jej sztuki, wielokrotnie nagradzane w Serbii i za granicą i tłumaczone na ponad 20 języków, wystawiane są w najważniejszych teatrach europejskich i światowych. Ukończyła Wydział Sztuk Dramatycznych (FDU) w Belgradzie, gdzie obecnie wykłada. Napisała „Belgradzką trylogię” (1997), „Sytuacje rodzinne” (1998), „Upadek” (2000), „Supermarket” (2001), „Amerykę, część drugą” (2003), „Szarańczę” (2005) i „Barbelo, o psach i dzieciach” (2007). Mieszkała m.in. w Jugosławii, we Francji, obecnie żyje w Azerbejdżanie. W 2008 roku kandydowała w wyborach na burmistrza Belgradu z ramienia Partii Liberalno-Demokratycznej. Zagrała w kilku filmach. Pisała też teksty publicystyczne dla największych europejskich dzienników (m.in. „La Republica”, „Spiegel”, „Guardian”). W 2007 została laureatką Europejskiej Nagrody Teatralnej – Premio Europa per il Teatro.

Niemcy albo Amerykanie graliby go jako sztukę o jakichś dzikich plemionach z groźnego Południa, praktykujących groźne, pogańskie rytuały?
Istnieje prawdopodobieństwo, że poszliby w stronę takiego stereotypu. Pisząc ten tekst, dość intensywnie studiowałam materiały etnograficzne, religioznawcze, opisy rodzimych obyczajów… Ale dziewięćdziesiąt procent tej wiedzy nie istnieje w świadomości moich rodaków, nawet tych, którzy twierdzą, że są głęboko wierzący, że szanują nasze tradycje i na pierwszym miejscu stawiają nasz naród. Z drugiej strony ten wymiar pogańsko-słowiański nie dotyczy wyłącznie Serbii – jest wspólny większemu terytorium. Poza tym, oprócz ewidentnych odwołań do serbskiej rzeczywistości, ta sztuka ma też uniwersalny wymiar polityczny: kler jest wszędzie klerem, nacjonalistyczna albo faszystowska ideologia jest wszędzie i zawsze taka sama. Te sprawy rozpoznaje się niezależnie od lokalnego kontekstu. Właściwie o wiele więcej jest w tej sztuce Hegla i Hitlera, niż Dobricy Cosicia albo serbskich nacjonalistów. Dużo też korzystałam z pism Karla Poppera.

Krytykując własne społeczeństwo i własny kraj, narażała się Pani na ataki „prawdziwych patriotów”. Wielokrotnie nazywano Panią wrogiem państwa. Czy to się jeszcze ciągle zdarza?
Zdarza się. Szczególnie, że teraz w Serbii, podobnie jak we wszystkich krajach wschodniej czy środkowo-wschodniej Europy, mamy jakiś rodzaj ultraprawicowego odrodzenia, nawrót konserwatywnej ideologii. U nas dochodzi do tego mocny sprzeciw wobec europejskiej integracji, myślę, że mocniejszy niż w 2000, 2001 roku. Znowu pojawiła się potrzeba systematyzowania: kto jest patriotą, kto zdrajcą? Ostatnie dwadzieścia lat publicznego życia spędziłam na tłumaczeniu arystotelesowskiej definicji patriotyzmu, na powtarzaniu, że patriotyzm nie oznacza zgadzania się ze wszystkim, co proponuje elita władzy, że nie jest bezmyślnym posłuszeństwem, ale osobistą odpowiedzialnością. Myślę, że wśród tych, którzy rządzą, nie ma już teraz nikogo, kto nie wie, co oznacza prawdziwy patriotyzm. Oni wiedzą i świetnie też wiedzą, że to, co robią, nie jest dobre, ale robią to dalej: z wyrachowania, dla korzyści…  z tysięcy innych nieczystych powodów. Niepokoi mnie inny, poważny problem: ta alternatywna wartość, za którą chciałabym się opowiedzieć, również jest – gdy się jej bliżej przyjrzeć – daleka od ideału. Od lat obserwuję to, co się dzieje we Francji i muszę powiedzieć, że przeraża mnie poziom ksenofobii, poziom religijnej nietolerancji w tamtejszym społeczeństwie. Na przykład stopień zadziwienia tym, że istnieją biali muzułmanie (to Europa odkryła przy okazji Bośni) – to de facto jakiś naprawdę wysoki stopień ksenofobii, graniczący z czymś, co ja bym nazwała ultranacjonalizmem. Tylko, że kiedy zdarza się to w jakimś wielkim, pięknym kraju – jakoś łatwiej to przełknąć. Ale ja tego lekko przełknąć nie umiem i coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy to nacjonalistyczne szaleństwo nie jest faktycznie stanem dla ludzkości naturalnym, czymś przyrodzonym człowiekowi, a to, w co ja wierzę i o co walczę jest nienaturalne. Wniosek: człowiek jest w istocie zły. Zawsze obstawałam przy znanym założeniu, bardzo w gruncie rzeczy naiwnym, że każdy człowiek z natury jest dobry, a okoliczności czynią go złym. A teraz zaczynam wierzyć w coś przeciwnego, zaczynam sama sobie powtarzać: nie, ludzie są z natury źli, a okoliczności czasami mogą ich uczynić dobrymi.

Biljana Srbljanović,
festiwal „Demoludy” w Olsztynie 2009
fot. Magdalena Sztandara
Kilka lat temu mówiła Pani, że Paryż, gdzie Pani mieszkała, to kontemplacja, a Belgrad – aktywizm. Czy to się zmieniło? Czy wciąż jest Pani na co dzień politycznie zaangażowana w życie Serbii?
Właściwie od jakiegoś czasu, może od zeszłego roku, wszędzie mam kontemplację – i w Paryżu, i w Azerbejdżanie, i w Belgradzie… ale z tej kontemplacji nic nie wychodzi. Po tym okresie mocnego zaangażowania w politykę, przemawiania na wiecach, kandydowania na burmistrza Belgradu – zaczęłam się wycofywać. Uderzyłam wtedy w jakiś mur i teraz szukam nowego wyjścia, osobistego, dla mnie samej. I odpowiedzi na pytanie: co mogę jeszcze zrobić? Od zawsze było tak, że aby pracować, musiałam bardzo w coś wierzyć i strasznie czegoś chcieć. Przez lata miałam taki mocny impuls: pragnienie, żeby zmienić świat. To minęło. Teraz mam pragnienie, żeby zmienić siebie. Nie po to, żeby się z tym światem pogodzić, ale żeby mi było jeszcze gorzej.

???
Myślę, że to jedyny uczciwy sposób, w jaki można na takim świecie żyć. Ten świat jest straszny i jest straszny wszędzie. Myślę, że gdybyśmy teraz wyszli na ulicę, moglibyśmy od ręki znaleźć dziesięć powodów, dla których to miasto jest okropne, to państwo obrzydliwe, Europejska Unia nie do zniesienia, nasz kontynent jeszcze gorszy i cała ta planeta powinna się jak najszybciej rozpaść. A jednak ja wciąż tu żyję i to żyję całkiem wygodnie. Dlatego myślę, że muszę coś zmienić w sobie, żeby było mi dużo gorzej. Bo jest niedopuszczalne, żebym komfortowo żyła w świecie, który jest tak ohydny: im bardziej się na taki świat godzę, tym więcej tej ohydy we mnie. Teraz kopię w sobie, żeby zobaczyć, gdzie się pośliznęłam, w którym momencie i dlaczego stałam się drobnomieszczanką.

Znalazła Pani odpowiedź?
Coś ostatnio zrozumiałam. Mój pies, kiedy kogoś widzi, nawet pierwszy raz w życiu, od razu chce się przypodobać, macha ogonem, adoruje… Ludzie myślą: pies poświęca mi tyle uwagi, bo coś we mnie dostrzegł, rozpoznał, „na pewno czuje, że lubię zwierzęta”… Nie, ten pies jest kurwą. I chce się podobać.  Zrozumiałam, że ten mój pies jest taki, jak ja. Ja też chcę napisać sztukę, za którą mnie pochwalą, układam program wyborczy dla Belgradu, który ma wszystkich zachwycić… tymczasem w tych wyborach mój własny ojciec bez przekonania na mnie głosował. Robię to wszystko, a potem strasznie się dziwię, że nie wygrałam. Więcej: strasznie mnie boli, że nie tylko nie wygrałam, ale byłam ostatnia. W mojej mentalno-emocjonalnej konstrukcji, w mojej poetyce musi więc być coś, co każe mi się podobać ludziom. W końcu pracuję w teatrze, a teatr to oklaski. To znaczy – ja tych oklasków potrzebuję. I właśnie tutaj muszę coś wyczyścić, żeby czuć się uczciwą osobą. Wcześniej pisałam bardzo dużo tekstów, także codziennych: blogi, artykuły do gazet. Teraz piszę tylko wtedy, gdy ktoś mnie bardzo, bardzo poprosi, czyli pokaże, że mnie niezwykle ceni. Wtedy się zmuszam, ale przychodzi mi to z wielkim trudem. Sama sobie odebrałam wiarę w to, że mam coś ludziom do powiedzenia. Zawodowo nie jest to łatwa sytuacja, ale myślę, że na tej drodze mam szansę znaleźć jakieś nowe dla siebie miejsce. Bo pozostawanie w wygodnej sytuacji nie jest normalne.

współpraca: Goran Injac


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.