Medialaby, czyli jak można
fot. Agnieszka Karnas CC BY / źródło: Fundacja Ortus

Medialaby, czyli jak można

Agnieszka Słodownik

Medialaby mogą być pretekstem, zrozumiałym środowiskiem, w którym mówienie „dziękuję” i proszenie o pomoc, gdy się czegoś nie wie, stają się czymś naturalnym

Jeszcze 3 minuty czytania

Wiadomo. Nauczenie się czegokolwiek wymaga Mistrza i Pokory ucznia, który wie niewiele, szczególnie gdy jest 13-latkiem. Wiedza płynąć powinna niezakłócenie z góry na dół, oświecając (ten moment punktowany w infografikach zapalającą się żarówką), i układać się raz na zawsze w dany zestaw informacji w mózgu (model szufladkowy). Jasne jest też, że nowe technologie to współczesne wcielenie zła, a korzystanie z Wikipedii i tutoriali online jest jak wyrzucanie swojej pamięci i myślenie z dysku wewnętrznego na Google Docs. Ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem: wkrótce zarówno desktopy, jak i nasze mózgi nie będą posiadać twardych dysków. Przyczynek do zaburzenia procesów zapamiętywania, odtwarzania i łączenia danych ma już swoją nazwę: medialab.

Brzmi zagranicznie i rzeczywiście źródło herezji bije na zachodzie globu. Założony w 1985 roku Massachusetts Institute of Technology Media Lab działa z rozmachem: z rocznym budżetem ponad 45 milionów dolarów i budynkiem z infrastrukturą do działań w takich obszarach, jak tekstronika, interfejsy osadzone w fizycznym środowisku czy też komputerowe systemy rozpoznawania i symulowania ludzkich emocji. Pomysły na eksperymentowanie rozprzestrzeniają się głównie przez internet, przenikają do chłonnych i naiwnych umysłów polskiej młodzieży i, co gorsza, badaczy oraz naukowców. W Polsce sprawa rozpoczęła się w 2010 roku. Bakcyla połknęła wtedy Fundacja OrtusCentrum Cyfrowe, które we wsi Chrzelice pod Opolem zorganizowały „obóz kultury 2.0”. Od tamtej pory kontynuują swój wybryk w różnych miejscach kraju (Warszawa, Lublin, Gdańsk, Opole).

Obóz kultury 2.0 w Chrzelicach w 2010 roku / fot. A. Słodownik CC BY-NC-SA

Żeby móc wystrzegać się formatu, podważającego autorytet starszych i mądrzejszych, należy przede wszystkim zrozumieć wroga. Po kolei więc. Medialab, czyli laboratorium mediów, to rodzaj warsztatów, które charakteryzuje antydyscyplinarność, użycie szeroko rozumianych nowych technologii i otwartych zasobów: oprogramowania (open software) i sprzętu (open hardware). Antydyscyplinarność wymaga, aby uczestnicy medialabu mieli różne kompetencje. Idealne spotkanie to udział architekta, artysty, stolarza i programisty lub kogoś, kto szyje na maszynie, z amatorem lutowania. Jak mówi Karol Piekarski, który przyznaje się do bycia inicjatorem Medialabu Katowice:

Nie ma nic gorszego dla medialabowych userów niż konferencja projektantów, spotkanie programistów, dyskusja architektów itd. Łączenie różnych punktów widzenia i różnych kompetencji ma otwierać hermetyczne światy poszczególnych dyscyplin.

Jakaś hierarchia jest, ale wraz z trwaniem takiego warsztatu celem jest jej rozmycie, a nawet zniknięcie. Każdy uczestnik dysponuje konkretną wiedzą i umiejętnościami, i oczekuje się od niego aktywnego ich wykorzystania w procesie edukacyjnym. Szczytem absurdu jest moment, w którym prowadzący uczy się od 13-latka (wstyd). Jeśli umiesz robić na drutach czy wyrzynać wyrzynarką, prowadzący medialab najpewniej każą ci podzielić się tą wiedzą z kimś innym, a ten ktoś nawet nie będzie zmuszony do oddania przysługi wedle starej dobrej reguły wzajemności, tylko będzie pomagał komuś innemu. W tym czasie własny projekt leży odłogiem. Innymi słowy, terror współpracy. Niektórzy twierdzą wręcz, że medialab to społeczność. To, co powinno zaniepokoić mocodawców, dających na takie projekty pieniądze, to fakt, że medialab jest zawsze droższy od warsztatu wykorzystującego flipczart i mazaki, a nie technologie, oraz że często jest jednym wielkim eksperymentem. Eksperyment to brak kontroli nad procesem i nad wynikami. Może skończyć się porażką, a więc straconym czasem i pieniędzmi, często publicznymi. W ogóle bardziej liczy się tu proces niż efekty. Czy edukacja naprawdę ma dziś prowadzić do wytwarzania postaw aktywności i podmiotowości? Czy przyszli i obecni wyborcy mają być biegli w programowaniu i kwestionować utarte w Sieci ścieżki? A artyści? Czy mają się buntować przeciw tradycji i wartościom przy użyciu kolejnych sposobów, dzięki którym zwrócą większą uwagę na swoje prace i dotrą do bardziej zróżnicowanej publiczności? Czy umiejętność pracy w grupie i otwartość (zamiast rywalizacji) to cechy pożądane u przyszłych pracoholików i konsumentów?

fot. Agnieszka Karnas CC BY / źródło: Fundacja Ortus

Poznawszy ramy definicyjne, możemy przejść do różnych przejawów medialabów.

Wspomniany już medialab w Chrzelicach to typ wyjazdowy, najbardziej wywrotowa forma medialabu. Charakteryzuje się wrzuceniem nie za dużej grupy artystów, majsterkowiczów, programistów, ale również teoretyków (tzw. guru, mentor, autorytet) na kilka warsztatów, pomiędzy którymi uczestnicy mogą krążyć i dość swobodnie realizować swoje projekty. Krążenie poprzedza ćwiczenie integracyjne, a więc każdy ma okazję poznać każdego. Wieczorami, jako że taki modelowy obóz nie odbywa się w dużym mieście, nie ma wyboru – wszyscy siedzą w jednym miejscu (np. jedynym w okolicy barze). Nie każda godzina programu medialabu jest zaplanowana i kontrolowana, więc uczestnicy mają przestrzeń mentalną i czasową na samoorganizację i wchodzenie w nieplanowane konszachty. Przykładowo: dwóch muzyków zgaduje się, że mogliby w zasadzie zagrać mały koncert. Gdy już grają, ktoś postanawia zrobić na sąsiadującym z barem gołębniku mały spontaniczny mapping, czyli nowoczesną formę wizualizacji. Sprawa, jak widać, może przybrać nieoczekiwany obrót. Pierwszy w Polsce obóz kultury 2.0 dał zaczątki przynajmniej jednej grupie artystycznej i jednej organizacji pozarządowej. Zarówno grupa nowomediowa panGenerator, jak i Fundacja Culture Shock sieją od tamtej pory ferment, rewolucjonizując to, co stare i sprawdzone.

Czas i kolejne edycje medialabów wyjazdowych pokazują, że ich profesjonalizacja – więcej warsztatów, więcej uczestników, próba efektywnego wykorzystywania każdej wolnej godziny – powoduje osłabienie eksperymentalnego i antydyscyplinarnego wymiaru takiego medialabu. Widać to chociażby podczas tradycyjnego już na tych wyjazdach wieczoru prezentacji wszystkich projektów. W przypadku dużej niezintegrowanej grupy o wiele łatwiej o loże szyderców, nierozumiejących, skąd się dany projekt bierze. To już nie „my”, a „oni”. W ten sposób medialab przekształca się w cykl nieszkodliwych warsztatów z zachowaniem hierarchicznej relacji mistrz-uczeń i niskim faktorem wywrotowości, co w całej tej ponowoczesności jest jakimś ratunkiem dla tradycji.

W przypadku medialabu jako cyklu rozłożonego w dłuższym czasie, tak jak dzieje się to w Medialabie Katowice, profesjonalizacja może okazać się czynnikiem niezbędnym do zaistnienia eksperymentu. Stałe finansowanie, możliwość planowania, miejsce i infrastruktura (czyli tzw. zaplecze instytucjonalne) sprawiają, że uczestnicy mogą rozwijać długofalowe projekty, a to może być już wybitnie groźne i skutkować innowacyjnością, gdy uczestnicy zaczną stosować elastyczne myślenie i wiedzę w swojej pracy, a może nawet okolicy.

Karol Piekarski twierdzi, że „potrzebne są instytucje, ale niekoniecznie tradycyjni «profesjonaliści» (czyli ludzie skrupulatnie strzegący granic i przywilejów swoich profesji)”

Open Data Day, Medialab Katowice / fot. Sebastian Sikora, Flickr CC BY

Medialab Katowice to wybitnie miejski medialab, gdzie zaprzęga się medialabowe metody do „przepisania” miasta, jego narracji, tworzenia czy wzmacniania społeczności. Pogłębione rozumienie miasta ma przekładać się na bardziej świadome podejmowanie decyzji z nim związanych. To w takim wydaniu najczęściej znajdują zastosowanie wizualizacje dużych zbiorów danych (o ile jest co wizualizować). Medialabowcy uczą się wyszukiwania opublikowanych w Sieci baz, korzystania z publicznych API, czyli specjalnie przygotowanych punktów dostępu do baz danych stron internetowych, bądź wydobywania danych bezpośrednio z treści stron, co za granicą określa się mianem web scraping. Analiza danych w końcu prowadzić może do ich wizualizacji.

Możemy mieć w tej wersji również do czynienia ze znów obco brzmiącym field-recording, czyli nagrywaniem dźwięków w terenie, które może posłużyć do stworzenia dźwiękowej mapy miasta albo muzyki inspirowanej dźwiękami na przykład parku Kościuszki w Katowicach (co by na to powiedział nasz inżynier fortyfikator?).

Oczywiście można by w tej ironicznej konwencji długo, tylko czy rzeczywiście jest w Polsce jakaś liga zaciętych przeciwników antydyscyplinarności i ahierarchiczności? Szczególnie że medialabowa postawa jest bardziej zakorzeniona w Polsce niż ta zagraniczna nazwa. Majsterkowanie, Adam Słodowy, zajęcia praktyczno-techniczne, wiadomo.

Może problemem jest raczej nieznajomość konkretnych patentów, a nie niechęć czy brak kabla sieciowego. Tymczasem model medialabowy pokazuje, że czerpać mogą z niego nie tylko jednostki z zapotrzebowaniem na artystyczną ekspresję i miejscy aktywiści (oraz majsterkowicze jak w przypadku Fab Labu Trójmiasto – medialabu umożliwiającego wspomaganą cyfrowo produkcję). Medialab – w dużej mierze jednak niezdefiniowany – mógłby być bezpiecznym schronem adekwatnym do nieplanowalnej dziś przyszłości (nowe, niepowstałe jeszcze zawody i sytuacje), gdzie można uczyć się reagowania na bieżące zmiany, testowania nieprzynależności do danej dyscypliny, antyetykietowania się, oswajania z niepewnością. Sytuacja medialabowa ratuje też, potencjalnie, zakres możliwości naszych rąk: przewiduje się oczywiście stukanie w klawiaturę, ale po wystukaniu kodu czy linku do jakiegoś tutoriala, ręce zostają zatrudnione do szycia, lutowania, robienia na drutach, piłowania, wycinania. Wstanie od komputera jest niebanalne. Powrót do pracy dłoni to też powrót do spotkania w fizycznej przestrzeni, działania grupowego, w towarzystwie. Dopełnienie sieciowego doświadczenia? Medialab jest więc potencjalnie także laboratorium komunikacji międzyludzkiej, łączącym przepływy widoczne na ekranach laptopów i smartfonów z gadką znad maty do cięcia.

Medialab Junior / fot. Fundacja Culture Shock

Medialaby mogą być pretekstem, zrozumiałym środowiskiem, w którym  mówienie „dziękuję” i proszenie o pomoc, gdy się czegoś nie wie, stają się czymś naturalnym. Medialab Junior, cykl warsztatów organizowanych przez Fundację Culture Shock, gromadzi młodzież z warszawskich ośrodków wychowawczych i spotyka ich z trenerami w modelu medialabowym. Młodzi uczą się kodować i robić tekstronikę czy tworzyć dźwięk przy użyciu dostępnych w internecie, wolnych i otwartych technologii. W przypadku Medialabu Senior, sprofilowanego na planowanie przestrzeni i wzornictwo przyjazne osobom starszym, projektują wspólnie młodzi i tzw. seniorzy, a kompetencje – skorelowane przecież z wiekiem – mieszają się. Paulina Jędrzejewska z Culture Shock mówi, że Medialab Junior spełnia przynajmniej dwie funkcje: włącza uczestników warsztatu do cyfrowego obiegu w niekonsumpcyjnym i twórczym trybie, a na metapoziomie ma być narzędziem zmiany społecznej: „Mniej strachu na dzień dobry” – młodzi i starzy oswajają świat, który jest dziś w dużej mierze zapośredniczony przez oprogramowanie.

Ten metapoziom wymaga jednak czasu, w ramach którego dojdzie do eksperymentów i porażek, a uczestnicy nabiorą pewności siebie i kompetencji do dalszego, samodzielnego już poszukiwania. Kłania się opinia Karola Piekarskiego z Medialabu Katowice: „To właśnie pewnego rodzaju profesjonalizacja umożliwia rzeczywisty eksperyment”. Kasa, kasa, kasa.

26 listopada w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii przy Osowskiej 31 w Warszawie zobaczyć można było projekty uczestników ostatniego wydania Medialabu Junior. Były tam różne przedmioty z ręcznie wykonaną elektroniką, hiphopowe kawałki zrobione z dźwięków nagrywanych przez grupę w parku i zmiksowanych w Audacity, a teksty? Napisali je w trybie „zrób to sam”.
 

Cykl tekstów wokół tematu animacji kultury publikowany jest we współpracy z Narodowym Centrum Kultury w ramach przygotowań do NieKongresu Animatorów Kultury.