Różowy tort
"1900", reż. Bernardo Bertolucci

Różowy tort

Ewa Stusińska

W książce „Seks na ekranie” od barwnych szatek filmowych skandali przechodzimy do bielizny retoryki i golizny ideologii

Jeszcze 3 minuty czytania

Historia seksu na ekranie przeszła długą drogę od zoopraksiskopu do kamery cyfrowej, od krótkich prymitywnych stag movies, oglądanych w ekskluzywnych klubach dla mężczyzn, do pełnometrażowego filmu porno puszczanego w kinie, od pocałunków Grety Garbo do cyberseksu z Jenną Jameson. Nie zmienia to jednak prostego faktu, że seks towarzyszył kinematografii od momentu jej narodzin.

Linda Williams postanowiła spisać te dzieje, ale także swoje przeżycia, gdy po raz pierwszy na dużym ekranie oglądała ze znajomymi „Głębokie gardło” czy „Ostatnie tango w Paryżu”. Jej książka to opowieść o kolejnych kamieniach milowych filmowej erotyki – aktach emancypacji i światowych skandalach, rewolucyjnych transgresjach i powolnej ewolucji filmowego języka. To również sentymentalna podróż do przeszłości kina, w której trakcie autorka oddaje cześć dawnym kochankom, którzy zarówno ją, jak i całe zachodnie społeczeństwo wzbogacili o pewne doświadczenie. Bowiem seks na ekranie – zdaniem Williams – to nie tylko piękny obraz zakazanego owocu, ale również ekran naszej własnej seksualności. Angielskie screen znaczy przecież nie tylko „wyświetlać na ekranie”, ale również „osłonić kogoś lub coś za pomocą ekranu”.

W swojej poprzedniej książce „Hard core”, która ukazała się w 1989 roku, Linda Williams z tortu seksualności filmowej zjadła jedynie wisienkę – pornografię. W „Seksie na ekranie” sięga po resztę.

Kiss Kiss Bang Bang

Historia seksu na ekranie ma swój historyczny początek – pierwszy publiczny pokaz niespełna 47-sekundowego „Pocałunku” w reżyserii Williama Heise. Ma swoich bohaterów (Linda Lovelace) i antybohaterów (William Hays), ciężkie czasy obowiązywania Kodeksu Produkcyjnego i złotą erę porno chic lat 70. Przez długi czas rozwijała się dwutorowo: z jednej strony istniało erotyczne pełnometrażowe kino wielkiej elipsy, w którym nawet małżonkowie spali w oddzielnych łóżkach, a pocałunek trwał nie dłużej niż trzy sekundy; z drugiej – niskobudżetowe podziemne produkcje z dominacją genitalnych przedstawień stosunków w różnego typu: stag, exploitation, blaxploitationbeaver movies. Jednym zdaniem – obowiązywał Kodeks Haysa.

Gorset zaczął pękać za sprawą rewolucji seksualnej lat 60. Awangardowe produkcje nie tylko zaczęły przekraczać dopuszczalny czas pocałunku („Kiss” Warhola), ale rzuciły wyzwanie pojęciu gry aktorskiej, gdy w „Blow Job”(1963), a przede wszystkim „Blue Movie”(1969) seks na ekranie został przedstawiony w najbardziej naturalistycznej formie. Jednak orgazm emancypacji kino przeżyło dopiero w następnej dekadzie, gdy „Głębokie gardło” stało się najbardziej dochodowym filmem niezależnym w historii.

 

Pomimo rychłego nadejścia ery Reagana i konserwatywnego backlash, kino nie było już takie samo, a twórcy głównego nurtu coraz częściej zaczęli sięgać po mroczny przedmiot pożądania. Podczas gdy Stanley Kubrick zastanawiał się, jak w warunkach studyjnych wzbogacić porno (efekt obejrzymy prawie 30 lat później w „Oczach szeroko zamkniętych”), Nagisa Ōshima uczynił to w jednej z najbardziej „genitalnych” produkcji w historii kina. Jego „Imperium zmysłów” (1976) stawiło czoło pojęciu obsceniczności i odniosło sukces zarówno w sferze sztuki, jak i pornografii. Hardcore wkroczył na salony.

Od mainstreamowego porno do pornografizacji mainstreamu prowadzą kolejne rozdziały tej opowieści. Williams streszcza filmy głównego nurtu (m.in. „Barbarella”, „Blue Velvet”, „Idioci”), które poszerzały repertuar filmowego języka. W większości są to produkcje europejskie, a w USA najbardziej dosadnym pełnometrażowym filmem narracyjnym stworzonym poza nurtem pornograficznym jest – zdaniem autorki – „Shortbus” (2006) Johna Camerona Mitchella. Gdy seks przenosi się na małe ekrany, które z każdym dniem rosną, kino wkracza w kolejną erę, a opowieść dobiega końca.

Biały heteroseksualny mężczyzna spogląda na ekran

Jedną z głównych wątpliwości, jaką budzi „Seks na ekranie”, jest zamierzony odbiorca tej książki – biały heteroseksualny mężczyzna Zachodu z klasy średniej – typek mocno podejrzany. Autorka ma tego świadomość i dlatego wybór filmów doskonale pod niego skrojony poszerza o pozycje kluczowe dla np. środowiska gejowskiego („Chłopcy na piasku”, 1971) czy afroamerykańskiego. Przypomina też lekcję, którą po części odrobiła już w „Hard Core”, gdzie opisała powolne emancypowanie się kobiet w kinie, prowadzące do ukazania kobiecego spojrzenia i kobiecego orgazmu, albo odwrotnie. Jednak czy książka, która nie traktuje o seksie, ale o historii reprezentacji seksu na dużym ekranie, która opowiada o głównym nurcie w kinie amerykańskim (oraz kinie pokazywanym w USA), może przemawiać zróżnicowanym językiem?

Scena nr 1: Mężczyzna z kobietą całują się. On obejmuje ją mocno. Ona, jakby osuwając się, odchyla się do tyłu o na oko 45 stopni i lekko unosi jedną nogę.

Scena nr 2: Mężczyzna z kobietą całują się. Są sami w pomieszczeniu. Kamera odsuwa się od nich i ukazuje księżyc/latarnię morską/fajerwerki…

Scena nr 3: Mężczyzna z kobietą kochają się w pozycji klasycznej. Nie widać ich twarzy. Kamera przedstawia tylko dłoń kobiety, która wbija paznokcie w plecy mężczyzny. 

Jeśli kiedykolwiek widziałeś/aś wymienione wyżej sceny, ale niekoniecznie potrafisz wskazać, z jakich filmów pochodzą, prawdopodobnie należysz do tej samej wspólnoty interpretacyjnej, która ukształtowała wyobraźnię Williams. Jednak autorka – jak na akademiczkę przystało – zaprasza nas do wysłuchania, co kryje się za tymi obrazami i od barwnych szatek filmowych skandali przechodzi do bielizny retoryki i golizny ideologii.

Bielizna, czyli retoryka pocałunku

Jeśli widzowie pierwszych pokazów braci Lumière odskakiwali przestraszeni od ekranu, gdy pociąg wjeżdżał na stację w Ciotat, to co czuli, gdy oglądali gigantyczny pocałunek May Irwin i Johna Rice’a? Z pozoru w „Pocałunku” z 1896 roku niewiele się dzieje. Dwie postacie ukazane od pasa w górę – Rice po lewej, Irwin po lewej – bezgłośnie rozmawiają. Stykają się policzkami, po czym odsuwają się, by przygotować do teatralnego gestu. Irwin przysuwa się wygodnie, Rice staroświeckim gestem odgarnia wąsy, obejmuje dłońmi twarz kobiety i całuje ją serią drobnych skubnięć. To wszystko. Jednak ta puszczona na zapętleniu scena, której Thomas Edison początkowo nie zamierzał nawet wyświetlać na swoich pokazach, szybko stała się faworytą publiczności i skandalem obyczajowym. Dziś nie potrafimy wyobrazić sobie już tego doświadczenia, ale wpływ, jaki miało na pierwszych widzów oraz późniejsze przedstawienia seksualności, był ogromny.

 

Po pierwsze scena pocałunku – wyświetlona po raz pierwszy na dużym ekranie – musiała wydawać się ogromna. Wielkie usta – parafrazując Kracauera – „wyizolowane od reszty ciała i znacznie powiększone, zmieniają się w nieznane organizmy pulsujące własnym życiem”? Po drugie, aby była widoczna dla publiczności, trzeba było ją zaaranżować, co doprowadziło filmowe sceny seksu do „rozdarcia między konieczną bliskością ciał a równie ważnym kryterium widzialności”, którego to dylematu kino satysfakcjonująco chyba nigdy nie rozwiązało. Po trzecie, konieczność zbliżenia prowadziła do atomizacji przedstawionego ciała, jego fetyszyzacji i zamiany w przedmiot. Ręka Mae Marsh, twarz Grety Garbo, nogi Marleny Dietrich...

Pocałunek nie tylko stał się synekdochą seksu jako takiego (tako rzecze Kodeks Haysa), ale zdaniem Williams w znacznym stopniu zdeterminował formy reprezentacji – zakodował wizualny język seksu. Kolejne filmy dodawały nowe figury do tego repertuaru, który z czasem zamienił się w zestaw filmowych klisz. Dziś traktujemy go jako oczywisty element filmu, niczym sceny z pościgiem, w którym samochody zawsze muszą przejechać przez wąskie uliczki z rozwieszonym praniem i przewrócić stragan z owocami.

Golizna albo edukacja seksualna

Williams – uczennica Foucaulta – wie, że pornografia i erotyka nie są i nie były nigdy formami seksualności spotykanymi w naturze. Innymi słowy – są dziedzinami kultury. Dlatego mamy do czynienia nie z seksem jako takim, ale z różnymi reprezentacjami seksu – metaforami zmysłowości – wytwarzanymi przez techniki kinematograficzne: kadrowanie, światło, montaż i reżyserię.

Autorka fascynuje się kinem jednak nie tylko dla samej sztuki, ale także dla jego wpływu na kulturę i społeczeństwo. „Ruchome obrazy są najbardziej dosadną lekcją seksu, jakiej większość z nas może doświadczyć” – twierdzi, przemilczając, że dla wielu są one często jedyną lekcją. I dlatego to „doświadczenie z drugiej ręki” traktuje poważnie, przeciera zaparowane szkiełko i spogląda z uwagą na ekran.

Jeśli kino zapewnia „edukację seksualną”, to autorka opowiada się za modelem C, czyli przedstawieniem seksualności we wszystkich aspektach, łącznie z zagrożeniami z nią związanymi. Za Susan Sontag postuluje mnożenie przedstawień seksu również jako „czegoś poza dobrem i złem, poza miłością, poza równowagą psychiczną”, „jako źródła ciężkich doświadczeń i przełamywania się poza granice świadomości”, jako rozpadu i pełni, ale też gry i wykorzystywania. Williams jest humanistką.

Linda Williams, „Seks na ekranie”,
przeł. Miłosz Wojtyna, słowo/obraz terytoria,
stron 446, w księgarniach od września 2013 
Książka Williams to nie tylko historia dojrzewania seksualnego społeczeństwa, ale i samego kina, poczynając od dziecięcej oralności (pocałunki zamiast seksu) przez różne fiksacje i fazy pośrednie (perwersje), na fazie genitalnej kończąc. Tylko że rozwój ten nie polega na przejściu od pocałunku do w pełni przedstawionego stosunku genitalnego (jak zakładał wykorzystywany tu przez autorkę Freud), ale dochodzeniu kina do takiej reprezentacji seksualności, która odpowiadałaby różnorodności ludzkich doświadczeń – temu, co McNair nazywa „demokratyzacją pożądania”. Bo, jak pisała Colette, form seksualności jest mniej niż mówimy, ale więcej niż myślimy.

Królowa jest naga

Próba historycznego ujęcia ewolucji języka kinowego, stworzony na te potrzeby model psychoseksualnego rozwoju kina oraz propedeutyczne zapędy autorki czynią z tej książki niemal kolejny tom „Historii seksualności” Foucaulta, traktujący o społeczeństwie współczesnym. Jednak w porównaniu z tym francuskim gigantem, „Seks na ekranie” nie ma ani tej archeologicznej precyzji, ani metodologicznej wnikliwości. Jest po prostu poprawny, a jednak przez wzgląd na głęboko humanistyczne założenia – niezwykle ważny dla przewietrzenia wciąż dusznego pokoiku seksualności.