Lepiej podążać za ogniem

Lepiej podążać za ogniem

Jakub Bąk

Na tegoroczne Biennale Fotografii pozbawiony dyrektora poznański Arsenał wyprodukował kilka mocnych merytorycznie i dających sporo przyjemności wystaw; to zdecydowanie najciekawsza edycja Biennale od czasu „Antyfotografii” z 2007 roku

Jeszcze 2 minuty czytania

Poznańskie Biennale Fotografii to skromna impreza – pod względem zasięgu, promocji i liczby wielkoformatowych wydruków nie może konkurować z krakowskim Miesiącem Fotografii czy łódzkim Fotofestiwalem. W najnowszej edycji, mimo tradycyjnie niskiego budżetu, udało się jednak zawalczyć ideowo.

Główny program budują trzy ekspozycje. Jawnie pornograficzna „Na własny użytek” Karola Radziszewskiego powinna zawstydzić badaczy socjologii wizualnej; artysta w roli kuratora pokazał, jak niewiele wiemy o pornografii skrywanej w prywatnych archiwach. „Stan rzeczy” Jarosława Klupsia i Marka Noniewicza to z kolei alchemiczny raport ze współczesnych eksperymentów nad XIX-wiecznymi procesami fotograficznego obrazowania. Wśród wielu oryginalnych technik dagerotypy tonowane złotem jak żadne inne udowadniają, że doświadczenie fotografii odbywa się twarzą w twarz, w konkretnej przestrzeni wystawy, i żadna reprodukcja cyfrowa lub drukarska nie zastąpi tego kontaktu. Jednak zdecydowanie najciekawszą częścią imprezy jest „Piroerotomachia” Krzysztofa Gutfrańskiego. Brawurowa, synkretyczna narracja wystawy („mieszanina metody i przypadku, szaleństwa, pożądania, walki...”, jak czytamy w słowie kuratorskim) jest udaną podróżą przez heurystyczne momenty szeroko rozumianej fotografii.

8. Biennale Fotografii

„Pasja fotografii – O miłośnikach i miłośniczkach”, trzy wystawy główne i kilka wystaw towarzyszących, miejsca wystaw głównych: Galeria Miejska Arsenał i Centrum Kultury Zamek, do 15 grudnia 2013, Poznań.

Tytuł „Piroerotomachia” trudno jednoznacznie rozszyfrować, jest tu ogień, uniesienie zmysłowe i walka. Fotografia w każdej swej historycznej wersji ma z ogniem związek szczególny, można rzec miłosny. Szkoda czasu na rozszyfrowywanie tytułowego rebusu, lepiej podążać za ogniem tlącym się i wybuchającym w pracach kolejnych artystów.

GEORGE  JAMES; ALEXANDER PORTER

Wystawę zaczyna seria kryminalistyczno-wywiadowcza. Mamy tu propozycję nakładki na smartfona, dzięki której każdy może rozpocząć własną działalność śledczą i przesłać jej efekty do albumu internetowego, wyświetlanego w galerii na pokazowym module telefonu z owym urządzeniem DIY. Obok instalacja typologii zbrodni; okładki podręczników kryminalistycznych i materiały z archiwum dochodzeniowego: portrety pamięciowe, fotografie ofiar, obrażeń i zmian patologicznych, narzędzia, ślady i miejsca zbrodni, diagramy, wykresy, rodzaje opon, wąsów i innego rodzaju kamuflaży, wszelkie materiały wizualne z dziedziny kryminalistyki i medycyny sądowej, brakuje tylko czaszki Mengelego. Prezentowane tu materiały należą do przeszłości, wydobyte z archiwów Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji w Warszawie. przypominają czasy, gdy zdjęcie było dowodem, świadectwem prawdy, a fotografia służyła za „narzędzie obiektywności”. Kurator za Alanem Sekulą przypomina, że „mit fotografii jako obiektywnego medium momentalnie ustąpił nowemu mitowi mówiącemu coś całkiem przeciwnego”. Niemniej jednak metafora detektywistyczna formatuje oglądanie dalszej części wystawy. Dochodzeniowy charakter zwiedzania obiecuje wiele przyjemności, chociaż można się spodziewać, że nie będzie to łatwe śledztwo, bo wszystkie dowody są sfingowane, poszlaki plączą się, łączą i migrują, a status podejrzanego, świadka i ofiary okazuje się wymienny, jeśli nie równoczesny.

Po kryminalistycznym wprowadzeniu czeka nas seria superszybkich obrazów, wykonywanych metodą Schlirena. Zdjęcia pocisków rozbijających owoce, baloniki, deski oraz pozornie pustą przestrzeń, która nagle staje się materialna. Dzięki dość prostemu zestawowi optycznemu procesy gazodynamiczne stają się ewidentne, ruch powietrza zostaje uchwycony w obrazie, a niewidzialne dla gołego oka powietrze zyskuje konkretną substancjonalność. Nic nie dzieje się w próżni, prosta sztuczka każe zupełnie inaczej postrzegać otoczenie.

Erik Berglin

Dalej autoreferencyjna instalacja z bębnowym rzutnikiem slajdów Kodak Carousel. W półmroku, przy hipnotycznym brzęczeniu wentylatora lampy, projektor wyświetla obrazy swego wnętrza, element po elemencie, centymetr za centymetrem wychodzi na jaw zawartość tego kultowego urządzenia. Charakterystyczne szumy i trzaski mechanizmu stają się oczywiste w zamkniętym obiegu, w którym przedmiot fotografii jest zarazem źródłem obrazu. Znika ludzki podmiot patrzenia, władza spojrzenia i semiotyczna nadbudowa zostają wyrugowane; parafrazując buddyjską maksymę, zostaje śpiące ciało (maszyny) śniące samo siebie.

Okazuje się, że ludzie nie są niezbędni w sztuce fotografii, a na pewno nie muszą grać w niej pierwszoplanowej roli, ani przed obiektywem kamery, ani po drugiej stronie, pociągając spust migawki. „Blinded By The Light” Erika Berglina to cykl zdjęć wykonanych przez automatyczne kamery instalowane przez myśliwych w lasach Ameryki Północnej. Widzimy na nich niesamowite, nocne, monochromatyczne portrety jeleni. Byki na rykowisku i nieśmiałe łanie patrzą prosto w obiektyw, zdają się pozować, mise-en-scèneuzupełniają: piorun uderzający w oddali, mroczny las, przywołujący obrazy niemieckiego romantyzmu i niepokojące przeczucie nadejścia uzbrojonych mężczyzn. To swego rodzaju miejsce zbrodni, obecne już tylko na zdjęciach, zwierzęta najprawdopodobniej zostały zastrzelone zaraz po wykryciu przez myśliwski aparat.

LISA OPPENHEIM

Formalnie perfekcyjny cykl filmów „Smoke” Lisy Oppenheim mógłby istnieć wyłącznie jako obraz, uwodzić tajemniczą aurą, melancholijnym zwolnionym tempem i niepokojącą inwersją walorów, jednak, jak podkreśla artystka, równie ważna jest odpowiedź na pytania: co i jak?, czyli o przedmiot i poetykę reprezentacji. Mroczne animacje sennie snującego się dymu pochodzą z lotniczych zdjęć ognia nad bombardowanym przez aliantów Calais w 1944, zamieszek w Londynie z 2011 i erupcji wulkanu z 1908. Artystka wydobyła z archiwalnych materiałów fragmenty przedstawiające jedynie kłęby dymu i poddała je obróbce, wykorzystując technikę solaryzacji, czyli naświetlania płonącą zapałką światłoczułego materiału, w wyniku czego jasne pola stają się ciemne, a ciemne akcenty rozjaśniają się. Jak mówi przysłowie, nie ma dymu bez ognia, a tajemnicze obłoki znowu skrywają miejsca zbrodni (alianci zamiast umocnień Wehrmachtu zbombardowali zamieszkane przedmieścia) lub kataklizmu.

Można zrobić film bez obrazu i dokument bez faktów. Rosangella Renno stworzyła „niemożliwy” film, opowiadający historię odkrycia Brazylii, a dokładnie, pierwszego kontaktu z rdzenną ludnością. Brak warstwy wizualnej unaocznia kolejną zbrodnię, tym razem grzech zaniedbania, historyczny brak reprezentacji ludów tubylczych Ameryki Południowej.

Konrad Smoleński

Trudno zgadnąć, czy Konrad Smoleński kpi, czy fascynuje się stylistyką vintage. Być może lekko uszkodzony iPhone2 i NRD-owski wzmacniacz z głośnikiem są wyrazem tęsknoty za wolniej starzejącymi się rzeczami, a może to krytyka neoliberalizmu spod znaku estetyki akceleracjonistycznej? Tak czy inaczej, instalacja „Stopnie swobody” Smoleńskiego, o utemperowanej skali dźwięku i pokojowych rozmiarach, cieszy widzów typową dla artysty ścieżką muzyczną i filmem o ulicznych koncertach zespołu BNNT. Sprzęt jest bardzo ładny, materiał audiowizualny przyjemny, a na dodatek słowo komentarza tłumaczące tytuł wprzęga w całość teorię zaczerpniętą (via Wikipedia) ze statystyki, tak że całość staje się jeszcze bardziej poetycka i poważna. Być może jest to pożegnanie z formułą „gromu dźwiękowego” (sonic boom), być może Smoleński statystycznie obliczył, że każde powtórzenie performansu poważnie obniża jego moc oddziaływania i stopień swobody interpretacyjnej.

„The Pixelated Revolution” Rabiha Mroué to jedna z najbardziej czytelnych, jednoznacznych i wstrząsających prac na wystawie. Pokazywana podczas ostatnich Documenta w formie wielowątkowej instalacji, nic nie traci ograniczona do jednego filmu, któryoglądamy w Poznaniu. Temat jest prosty: libański aktor odtwarza sceny nagrane za pomocą telefonów komórkowych przez ofiary ciągle trwających walk w Syrii. Trudno pozostać obojętnym wobec nagrań, na których widać napastnika z bronią wycelowaną w posiadacza telefonu i „uciekający” obraz po trafieniu filmującego. Oryginalne materiały zdjęciowe wraz komentarzem i próbami odtworzenia konkretnych układów tworzą projekt poruszający się pomiędzy publicystyką i analizą mediów, performansem i dokumentem, fotografią i walką zbrojną. Realna konfrontacji broni palnej z urządzeniem rejestrującym obraz kończy opowieść o ekstatycznych związkach ognia i fotografii w poznańskim Arsenale.



Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.