Samba z bogami

Samba z bogami

Justyna Jaworska

„Ayrton Senna” w reżyserii Kosa to spektakl-bolid. Jeśli szukamy w teatrze transgresji, to nie umiałabym spośród ostatnio widzianych spektakli  przywołać  żadnego o podobnej sile

Jeszcze 2 minuty czytania

Nazwisko Ayrtona Senny da Silva elektryzuje do dziś wielbicieli Formuły 1, ale czy o wyścigach można zrobić udane przedstawienie? Dwa i pół roku temu Jan Klata wystawił w Bydgoszczy nieco omskniętych „Szwoleżerów”, sztukę o Polsce i polskich żużlowcach. Przeszarżował, jak wtedy pisano. Brać się za tematy sportowe w teatrze to szarża sama w sobie, bo w sporcie jest co prawda uwodząca energia, ale i patos, który łatwo ośmieszyć czy zafałszować. Na dodatek publiczność teatralna rzadko składa się z kibiców, ten rozdźwięk daje się odczuć – im goręcej na scenie, tym chłodniej bywa na widowni.

Z tymi obawami wybierałam się do IMKI na sztukę Roberta Bolesty, z której po jakiejś godzinie (bo krótka) wyszłam rozjechana. W jak najbardziej pozytywnym sensie. Reżyser Łukasz Kos udowodnił, że wystarczy prosty pomysł, do tego znakomity, czysto podany tekst plus światło i dźwięk, by zrobić przedstawienie totalne, angażujące widza już na poziomie ciała. 

Robert Bolesto „Ayrton Senna da Silva”,
reż. Łukasz Kos, muzyka Dominik
Strycharski
. Teatr IMKA w Warszawie,
premiera 15 grudnia 2013
Spektakl zaczyna się sambą – pogodną, soczystą, karnawałową – która wita publiczność na wejściu przy zapalonych światłach. Kompozytor i wokalista Dominik Strycharski, zresztą prywatnie fan Formuły 1 i pomysłodawca całego projektu, puszcza ją z konsoli, odwrócony tyłem do widowni. Trwa to długo, jakby za długo jak na samo intro. Samba gubi w zapętleniach linię melodyczną, nabiera coraz mocniej transowego rytmu i wreszcie orientujemy się, że DJ zmienił się w szamana. Wstępnie oszołomieni, zostajemy uczestnikami  obrzędu.

Na wysokim metalowym podeście (zamysł scenograficzny przypomina nieco „Transfer”, znowu powidoki Klaty!) pojawiają się Joanna Niemirska, Michał Bieliski i Marek Kossakowski, wszyscy z  mikrofonami, w sportowych kurtkach na suwak. Zapinają te suwaki w absolutnej ciszy, po czym, rozstawieni frontem do nas na lekko ugiętych kolanach, do ryku silników i w blasku reflektorów zaczynają transmitować tragicznie zakończony rajd Ayrtona Senny na torze Imola w San Marino w maju 1994 roku, a na jego tle życie, śmierć i pośmiertną legendę mistrza. „Transmitować” to może nie najlepsze słowo – oni po prostu sami stanowią rozbitą na głosy, fragmentaryczną transmisję. Misję z akcentem na „trans”. Są na zmianę samym Senną, jego rywalem Alainem Proustem, matką rajdowca, dziennikarzami, ostatnią narzeczoną, bezradnym po wypadku neurochirurgiem. Ale także Matką Boską z São Paulo, flagą Brazylii, torem, bolidem.

Opowieść, bo na poziomie narracyjnym jest to przecież opowieść, koncentruje się wokół zawodów w San Marino, które zapisały się pechową serią wypadków. Pierwszy startujący wówczas Brazylijczyk władował samochód na stos opon i przeżył dachowanie, dzień po nim Austriak zabił się o betonową ścianę. Trzeciego dnia Ayrton Senna, pewny zwycięstwa, włożył do samochodu flagę austriacką, by na podium oddać hołd zmarłemu koledze. Najpierw jednak zawodnik portugalski wypadł z toru, raniąc kilka osób na trybunach, potem Senna wjechał w baner reklamowy i doznał ciężkiego urazu czaszki. Nie odzyskał przytomności, zmarł tego samego dnia wieczorem w bolońskim szpitalu w wieku trzydziestu czterech lat. Brazylia okryła się żałobą.

Senna był przystojny, co widać na plakacie do przedstawienia, choć nie urodą amanta filmowego – miał sympatyczną twarz chłopaka z sąsiedztwa. Wygrywał i musiał wygrywać, był na to zaprogramowany, a przy tym sentymentalnie deklarował miłość do matki, plaż rodzinnego São Paulo i do całej ojczyzny, a także żarliwą religijność. Za start ustanawiał zaporowe stawki, umiał wycenić swój refleks i determinację. Podziwiano go powszechnie. Marzono, by nim zostać. W kraju był otoczony kultem niczym bóstwo.

Kierowcy rajdowi nie muszą być wysocy ani atletyczni, ich talent polega na umiejętności sprzęgnięcia z maszyną, na intuicji, koncentracji i odwadze. To oczywiście rozszerza pole do identyfikacji (ech, niedawne polskie marzenia, by być jak Kubica!) i pozwala się w taką postać przekonująco wcielić. Aktorzy Łukasza Kosa wcielają się rewelacyjnie, choć na pozór prawie nic nie robią. Ruch sceniczny ograniczono im bowiem do minimum – ot, kilka roszad pozycji, demonstracja naszywek reklamowych na kombinezonach (robią to takim gestem, jakby się przeżegnywali) i jedna przejmująca scena, gdy ciała Joanny Niemirskiej i Marka Kossakowskiego wpadają w wibracje. Trochę to przypomina utratę kontroli przy bardzo dużej prędkości, a trochę brazylijski rytuał opętania. Cała reszta to najwyższe natężenie i precyzja podawania tekstu – w skupieniu, bez cienia ironii. Dzięki tej intensywności przekazu pozostajemy niejako w środku wyścigu, porywają nas emocje tamtego Grand Prix. Z duchami nie ma żartów, ironia byłaby dla tego przedstawienia zabójcza.

Rozproszenie narracji na głosy odsyła bowiem do rytuału candomblé, nawiedzenia przez duchy bóstw i przodków, opisywanego przez Leszka Kolankiewicza w książce „Samba z bogami”. W tej „opowieści antropologicznej” brazylijscy tancerze zmieniali się w media, użyczali swoich ciał siłom, które przywoływali. To wszystko jest już zawarte w przedziwnym kilkuwartstwowym tekście Roberta Bolesty. To tekst-bolid, który w nawrotach robi kolejne okrążenia, albo tekst-kamera, który kadruje wyścig w różnych planach. Równolegle zagęszcza się w nim przestrzeń wewnętrzna, wizyjna, znajdujemy się w głowie umierającego Senny. Wreszcie, na planie obrzędowym, swoista religia wyścigów Formuły 1 sprzęga się tu z ludowym katolicyzmem i kultami opętania, przechodząc w transowe brazylijskie „Dziady”, teatr święta zmarłych.

Zdaję sobie sprawę, że brzmi to emfatycznie i nie do końca zrozumiale. Nie mam też złudzeń, że wszyscy widzowie poddali się obrzędowi – tym, którzy pozostali na zewnątrz, przedstawienie musiało się wydać zbyt płaskie i najzwyczajniej w świecie za głośne, bo rajdowy efekt ściany dźwięku już sam w sobie ociera się o doświadczenie graniczne. Jeśli jednak szukamy w teatrze, aż wstyd powiedzieć, transgresji, to nie umiałabym spośród ostatnio widzianych spektakli  przywołać  żadnego o podobnej sile.