Straż pożarna teatralna
Pożar w burdelu odc. 10 - Bal w burdelu / fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

Straż pożarna teatralna

Piotr Gruszczyński

Pożar w burdelu jest kabaretem ściśle warszawskim i z upodobaniem rozpływa się w warszawskiej bylejakości, nagromadzeniu dysonansów, chamstwie połączonym z czułością i złym smakiem

Jeszcze 2 minuty czytania

Pożar w burdelu wybuchł 13 odcinków temu. Na spektakle spółki autorskiej Walczak & Łubieński i Burdeltrupy szybko zaczęła chodzić tak zwana „cała warszawa” (ponieważ nie chodzi tu o nazwę miasta, słowo piszemy małą literą). Mimo to „Pożary” nie straciły aury wydarzenia ukrytego, szeptanego, bez namaszczenia artystycznego kultury wysokiej. Słowem, nie straciły życia. Na pewno nie tylko dlatego, że pozostają offową działalnością NIEdotowaną, utrzymującą się z wpływów z biletów, zresztą nie najdroższych (70 zł, na scenie tuzin wykonawców, a spektakli w każdym odcinku 5-6, zaś na widowni na oko 200 miejsc. Dla porównania bilety na szóste piętro są dwa razy droższe, choć żadnych kalkulacji nie przedstawię, bo nigdy nie byłem). Może także dlatego, że są wierni ideałom inteligenckiego kabaretu. A może zresztą budują wszystko od zera, bo ideały już tak odległe, że nie ma takich lin, którymi można by jeszcze do nich nawiązać. Nie wiadomo więc, czy z wierności czy z budowania niejedno tu wynika.

Przede wszystkim inteligenckość. To nie jest miejsce wulgarnych żartów i tandety, którą zionie telewizor na kanale dowolnym. Nie jest to też miejsce napuszonych dywagacji, którymi zionie z tych kanałów, z których nie zionie wulgarnymi żartami tandetą. A więc to miejsce, którego nie ma, utopia śmiechu, w której jednoczą się umysły wyrafinowane i uczone z tymi aspirującymi i uczącymi się, a nawet z nieuczącymi się, ale aspirującymi. Może więc z tego dodawania wyniknąć warszawka, ale wierzę, że jest to poruszenie na większą skalę, chociaż o ograniczonej pojemności widowni. Piwnica pod Baranami była na pewno Krakówkiem, jego laskowego orzeszka nie łupiną lecz jądrem, a jednak rozlała się po całej Polsce inteligencko, ciut rebeliancko i mocno sentymentalnie. Myślę, że Pożar w burdelu ma podobną, excusez le mot, potencję. A może nawet większą, bo neokolonialnie mówiąc, jednak Warszawa zbiera, tak!, ogniskuje, problemy Polski i Polaków.

Pożar w burdelu odc. 11 - Śmierć w wielkim mieście / fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

Inteligenckość zobowiązuje, a zobowiązanie polega na tym, że trzeba wyśmiać wszystkich, ale nie obrazić nikogo. Z wdziękiem dokopać, ale bez wdzięku nie robić nawet kroczku. A skoro wyśmiać wszystkich, to przede wszystkim siebie. I to jest pierwsze Pożaru w burdelu pas. Antrepryza działa w Teatrze Warsawy, czyli dawnym kinie Wars przy Rynku Nowego Miasta, którego to miejsca, doprawdy nie wiem dlaczego, nie wchłonęli deweloperzy, choć bardzo chcieli. Kino przetrwało, zamknięte lat wiele, a teraz użycza się Teatrowi Konsekwentnemu i właśnie podnajmującemu Pożarowi. Kino jest nieco spełzłe. Zgniła widownia ocalała szczątkowo. Ale za to na środku zainstalowano coś w rodzaju estrady, zasłoniętej kurtyną, koniecznie czerwoną. Kilka stolików (kto pierwszy, ten lepszy) i kilka rzędów widowni. Z boku, tam gdzie wyjście ewakuacyjne, barek z jakimś alkoholem, czynny przez cały spektakl, obsługujący bezszelestnie. Obraz to jakoś zgoła niewarszawski. Może berliński. Przypomina się Prater, czyli mniejsza scena Volksbühne. Myśli się o niezrealizowanej szansie Nowego Wspaniałego Świata, wspomina się Chłodną, gdzie wszystko się zaczęło, ale tu jest wszak lepiej. I jeśli wcześniej przywołałem Piwnicę pod Baranami, to chwilowo ją odszczekam czy zawieszę, bo w Pożarze nie ma Piwnicznej melancholii smętnie wodzącej wzrokiem za młodopolskim Krakowem. Pożar jest kabaretem ściśle warszawskim i z upodobaniem rozpływa się w warszawskiej bylejakości, nagromadzeniu dysonansów, chamstwie połączonym z czułością i złym smakiem, przeradzającym się w trendy, na ogół niezawodnie bardzo krytykowane. Są tu miejsca i bohaterowie pojawiający się sequelowo: Ania z Polski reprezentująca aniowatość i polskość, czyli młode kobiety traktujące miasto jako miejsce gier, łowów i połów, ale także narażonych na konsekwencje odpływów i przypływów. Są hipsterzy i słoiki, i miasteczko Wilanów, jest Charlotte i Hanna Gronkiewicz Waltz nieodłączna w każdym odcinku (w szopce noworocznej zostaje Herodem). Warszawę dobrze opisuje tekst piosenki Ani z Polski (największego bodaj przeboju Pożaru), w której zakochana w ekranowym Ryanie Goslingu dziewczyna chce pokazać idolowi Warszawę. Oto trasa zwiedzania: Plan B i Łazienki, Przekąski Zakąski (już nie ma), metro i Powązki, Instytut Teatralny i Dworzec Centralny a na koniec zwiedzania Muzeum Powstania. Do tej trasy pewnie dziś Ania dodałaby Bar Studio. Mapa miejsc modnych jest wyjątkowo ruchoma i zmienna. Ale jeśli spojrzeć na to, co stałe, mieszanka jest piorunująca. Taka jest Warszawa, a w każdym razie tak ją postrzegają Anie z Polski, te marzące o Warszawie równie dalekiej jak Ryan Gosling.

 

A czego w Pożarze w burdelu nie ma? Nie ma PiS-u. Dziwne i wspaniałomyślne. Może gdyby prezydentem Warszawy był jakiś pisowiec, sprawa wyglądałaby inaczej, a tak PiS-u nie ma i już. Z jednej strony taka sytuacja kieruje całe ostrze satyry w sprawujących władzę. Z drugiej, traktuje opozycję, do której także należy ostro krytykowany Kościół, z wielkim dystansem i bez żadnego zacietrzewienia, co, jak wiadomo, bardzo korzystnie wpływa na poczucie i poziom humoru. Nie mamy tu do czynienia z humorem odwetowym, lecz konstruktywnie niszczącym, a eliminacja radykalnej opozycji powoduje, że śmiejemy się z ciut innego kraju, niż ten, w którym żyjemy, chociaż Muzeum Powstania Warszawskiego, funkcjonujące jako pars pro toto, przywoływane jest nader często. Na pozór więc to satyryczny wizerunek Polski. Jak się przyjrzymy bliżej, nieco genetycznie zmodyfikowany. No i właśnie! W tym należy upatrywać niesamowitej siły mediacyjnej Pożaru.

Często słyszy się, że teatr uprawiający myślenie krytyczne nie jest skuteczny, ponieważ przemawia wyłącznie do przekonanych, podzielających te same poglądy. Trudno zmienić fakt, w zasadzie szczęśliwy, że istnieje przymierze sceny z widownią, a przymierze to polega na swoistym doborze naturalnym czy też swataniu, w wyniku którego po obu stronach zasiadają ludzie o tożsamych, bądź bardzo zbliżonych poglądach, którzy wzajemnie sobie oddają pokłon. W Pożarze w burdelu jest nieco inaczej: poglądy są te same, tyle że ci ze sceny bardzo inteligentnie dokopują tym na widowni.

Na zachętę scena 28 z najnowszego odcinka, czyli „Burdelszopki”: Wigilia w Krytyce Politycznej. 

BURDELTATA: Warszawska Ewangelia według ojca Marka rozdział 6.  Pogrążona w morderczym szale Paula prowadzi Zdzisława przez Warszawę. Docierają do Krytyki Politycznej. Trwa właśnie firmowa wigilia. Sławomir Sierakowski z Harvardu przez Skype'a udziela błogosławieństwa. Za chwilę wszyscy podzielą się opłatkiem. 

I tu wchodzi chór trzymających się za ręce krytyczan:
Czekamy na mesjasza,
Warszawa będzie nasza,
Czas skończyć już zabawy,
Sławek, wracaj do Warszawy.
Tu czeka cię krytyka
Krytyka polityczna 

A teraz para, której ciążowonarodzeniowe losy śledzimy przez cały odcinek. 

PAULA: Chcę znowu kogoś zabić Zdzisiu.
ZDZISŁAW: Paula, błagam Cię.
PAULA: Nie błagaj mnie, bądź mężczyzną. Ale mnie wkurwiłeś. Zaraz usunę ciążę. Tak w Wigilię. Zrobię sobie prezent pod choinkę. Podaj tasak. Chyba rodzę 

Pomijając wątek morderczej Pauli z miasteczka Wilanów i jej gorącą reakcję na gest Katarzyny Bratkowskiej, mamy tu do czynienia z bardzo przenikliwym opisem doświadczenia straty. Jasne, bardzo lekko podanym, ale jednak precyzyjnie definiującym sytuację zawiedzionych nadziei wobec Krytyki Politycznej. Tekst czytany może razić kulawym rytmem i rymem, ale to jest tekst przeznaczony do wyśpiewania z estrady, do natychmiastowej konsumpcji i w takim trybie działa znakomicie i bezbłędnie.

 

Kolejna mediacyjna siła Pożaru polega na tym, że kopiąc schlebiają. Wiemy, że tak jak siedzimy w Warsie, jesteśmy źli, snobistyczni, głupawi, słoikowaci i pretensjonalni („Kiedy pierwsza gwiazda ukazała się na niebie Wilanowa, Paula i Zdzisław spojrzeli na siebie z czułością i zasiedli do designerskiego stołu, by spożyć w pokoju, a w zasadzie w salonie, fusion wigilię”), ale jednak stanowimy jakiś rodzaj lepszego lub gorszego, ale mniejszościowego świata, bo gdzieś tam jest Stadion Narodowy ze swoim oszalałym sylwestrem, w którym nie uczestniczymy. Właściwie nie wiadomo dlaczego, może to tylko nasza kolejna poza? Ale jest też i Charlotte, i miasteczko Wilanów. Nawet jeśli tam chadzamy lub mieszkamy, natychmiast jesteśmy gotowi głęboko sobą wzgardzić. Co więcej, gościnna konstrukcja Pożaru przewiduje, że każdy, kto trafi pod jego dach, poczuje się tu natychmiast u siebie, a swoje wstydliwe czy obciachowe doświadczenia i lęki wysublimuje, zwizualizuje i będzie mógł łatwiej zabrać się za ich przepracowanie. Albowiem Pożar w burdelu wytwarza rzeczywistą wspólnotę widzów.

Można długo wyliczać fajerwerki dowcipu. W świątecznym odcinku przebojem jest na pewno Gender upostaciowiony na scenie, wyłaniający się w piosence „Gender in the Night”. Można zachwycać się w nieskończoność wielkim wyczuciem cienkości dowcipu, balansowaniem na granicy blasfemii popularnie zwanej dziś obrazą uczuć religijnych. Można i trzeba zachwycać się niewyczerpanym entuzjazmem wykonawców, którzy bawią się równie dobrze, a może nawet lepiej niż widzowie. I trzeba krzyczeć: „Ludzie, idźcie do burdelu na Pożar!”. To miejsce, które trzeba było wynaleźć, które uwalnia od wstydów i kompleksów, od zahamowań i rozczarowań, uczy rozmowy i dystansu, pokazuje, że „przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat”. Tyle że tym razem mówi wam to Ania z Polski, a ściślej z Radomia, z którą wszyscy mamy o wiele więcej wspólnego, niż myślimy.