Jak to się robi

Agnieszka Słodownik

O metodach operowania uwagą, z których Frank Underwood byłby naprawdę dumny 

Film „Video Art Manual” Keren Cytter, który był pokazywany na festiwalu transmediale, jest też online.

Hasłem tegorocznej edycji tego festiwalu sztuki i kultury cyfrowej było słowo afterglow – „łuna”, „poświata”, „powidok” po rewolucji technologicznej, która wedle kuratorskiego credo Kristoffera Gansinga należy już do przeszłości. Pozostajemy z jej efektami: technologią wykorzystywaną przez władze – firmy i władzę państwową – do inwigilacji obywateli krajów ojczystych i innych oraz zanieczyszczeniem środowiska – zarówno tego fizycznego, jak i przestrzeni umysłowej. Dane, wbrew określeniu „wirtualne”, mają wymiar fizyczny, a nowe modele urządzeń szybko stają się stare i znikają co najwyżej ze świadomości konsumentów pierwszego świata, nie wyparowując jednak z powierzchni ziemi, szczególnie krajów rozwijających się. „What used to be treasure turns into trash”. Momenty nadziei to artystyczne interwencje, zwracanie przez twórców uwagi na nadużycia oraz korzystanie przez dziennikarzy z artystycznych środków, by osiągnąć ten sam cel. Sztuka ma być dowodem, a ekspozycji można dokonywać, wykorzystując niedoskonałości systemów cyfrowych lub wizualizując ukryte struktury nadzoru. Więcej o festiwalu pisze w tym numerze dwutygodnik.com Michał Gulik.

Festiwal minął, ale kontent trwa. Podręczna obecność filmu „Video Art Manual”, pokazywanego w ramach bloku filmowego „Digital Plays”, to duża radość. Formuła festiwalowego kina pozwala wprawdzie zanurkować w nieprzerwany klikaniem ciąg kadrów i dźwięków. Nie można natomiast zapauzować, więc dobrze móc wrócić do domu i zweryfikować pierwsze wrażenia. Po kolejnym obejrzeniu, już na małym ekranie, wydaje mi się wciąż, że ów krótki film pod płaszczykiem podręcznika tworzenia sztuki wideo opowiada o tym, jak w ramach wykreowanej narracji o „czymś większym” przemycić przekaz marketingowy o czymś znacznie mniejszym. Proszę spojrzeć (lub przeczytać pod playerem, gdzie streszczenie):



O czym jest ta narracja? Słońce zintensyfikowało swą aktywność – ogłasza ABCNNBBC. Wybuchy na Słońcu zagrażają człowiekowi, unicestwią świat, jaki znamy: nie będzie prądu i wysiądą wszystkie satelity. Nie zadzwoni telefon, „Nie odnaleziono serwera”, śnieg zamiast telewizji, rozmrożona lodówka, zimna woda w kranie. Wielka medialna białaczka, pożerająca czerwone krwinki, budzi przestrach przed odcięciem, ale i przed śmiercią. Tak wygląda wielka emo-narracja prowadzona na użytek akcji marketingowej, mająca zwrócić uwagę na stojący gdzieś na biurku narratora drewniany telefon w kształcie kaczki, który nie potrzebuje prądu, by działać. Telefon, subtelnie, bo jak inaczej, przewija się przez cały film, podprogowo wpełzając w konsumencką podświadomość. Frank Underwood byłby dumny.

Nie umrzeć z nudów / www.waitinginline3d.com

Tej samej metody można użyć w celach mniej sprzedażowych (założywszy, że muzyka nie jest towarem, a kultura się „nie liczy”). „Waiting in Line 3D” to podobno najnudniejsza i najbardziej frustrująca antygra, jej autorem jest Rajeev Basu. Ekran powitalny prezentujący kontroler gry, czyli klawisze pozwalające poruszać się, skakać i uderzać, obiecują kontrolę, aby za chwilę pokazać nam środkowy palec (obecny zresztą w zakładce obok nazwy gry). Gramy w pana, który stoi w kolejce i nudzi się, więc przysypia. Aby pozostać przytomnym i móc dalej słuchać towarzyszącego grze utworu „Friends Listen” grupy ManCub’s, musi tłuc się w twarz (jak pozostawiony sam sobie Narrator z „Fight Club”). Nie można jednak uderzać się zbyt często, inaczej grozi nam śmierć i koniec gry. Nie da się zdobyć żadnych punktów, satysfakcję musi dać nam nasza cierpliwość i muzyka, która sączy się do ucha. Gra została bowiem użyta w celu zawirusowania Sieci utworem zespołu z Denver. O inicjatywie napisał Wired i właśnie czytasz o niej w dwutygodnik.com. To działa. Zarówno w stosunku do telefonów, jak i do muzyki.