Neuroza na wybiegu

Neuroza na wybiegu

Darek Arest

„American Hustle” to film nieprzyzwoicie modny. Jest tu wszystko, co się nosi w tym sezonie, i każdy, z kim należy pokazywać się na salonach. Bywają jednak mody zdecydowanie gorsze

Jeszcze 3 minuty czytania

„She was Picasso of passive aggressive karate. She was better than any con artist I ever met.  She was better than any con artist I ever met. Including myself.”   
Irving Rosenfeld

                                                                                                                                                                                     
Świecące w obsadzie gwiazdy z dwóch poprzednich filmów Davida O. Russella – Jennifer Lawrence i Bradley Cooper z „Poradnika pozytywnego myślenia”, oraz Amy Adams i Christian Bale z „Fightera” – mają potencjał wystarczający, by wprawić w ruch małe wesołe miasteczko. Potencjał nie tylko aktorski, ale też wizerunkowy – to silna reprezentacja nowego, „fajnego” Hollywood, w którym nie stroni się od kina głównego nurtu, ale i podkreśla dystans wobec niego. Pomagają w tym występy, jak ten – u modnego reżysera, który ekscentryczną wrażliwość potrafi równoważyć klasycznymi schematami. Na czasie jest wylewająca się tutaj z każdego kadru estetyka przełomu lat 70. i 80. Modny jest w końcu także temat wielkiego oszustwa, który łączy „American Hustle” z innym tegorocznym faworytem oscarowym – „Wilkiem z Wall Street”. Niektóre wykłady zawodowego naciągacza Irvinga Rosenfelda mógłby recytować Jordan Belfort z filmu Martina Scorsese. Oczywiście gdyby znalazł czas między wciąganiem koksu i zaliczaniem kolejnych panienek.

Ale tam gdzie bohater Scorsese krzyczałby opętańczo „więcej!”, Rosenfeld (Bale) zaleca ostrożność i umiarkowanie. Dla „Wilka z Wall Street” przekręty są przede wszystkim środkiem do celu, widokiem z okna na drodze do zaspokojenia. Rosenfeld postrzega swój fach w kategoriach artystycznego rzemiosła, czerpiąc satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Jego technika opiera się na budowaniu dobrego wrażenia i aury sukcesu. Zarzuca wabik i oczekuje, aż ofiary zgłoszą się do niego, same wciskając mu do ręki kopertę z pieniędzmi. Idealną partnerkę, roztaczającą przed frajerami wizję lepszego świata i łatwego zarobku, Irving znalazł w osobie pięknej Sydney (Adams). Stanowią zgrany zespół – pojawiają się, zgarniają kasę i wycofują, zanim nadciągną kłopoty. Podstawa to panowanie nad własnym apetytem. Tej cnoty nie posiada agent FBI Richie DiMaso (Cooper), który przygwoździł przebojową parę, stawiając jej ultimatum – więzienie bądź współpraca. DiMaso marzy się przekręt w majestacie prawa, korupcyjna prowokacja kusząca wpływowych polityków. Sytuacja robi się mętna i niebezpieczna, gdy na horyzoncie pojawiają się ambitny burmistrz (Jeremy Renner) i enigmatyczny gangster (Robert DeNiro). Zaczyna pachnieć apokalipsą, kiedy do gry wkracza nieprzewidywalna żona Rosenfelda – Rosalyn (Lawrence).

jak być sobą

Tak zapowiedziana intryga brzmi gęsto i ciekawie, ale fałszuje obraz filmu. „Niektóre z tych wydarzeń naprawdę miały miejsce” – informuje rozpoczynająca film plansza, przypominając, że scenariusz zainspirowała słynna prowokacja FBI o kryptonimie Abscam. Komunikat ten służy jednak tyle odwołaniu się do prawdziwych zdarzeń, co odcięciu od nich. Reżysera bowiem w gruncie rzeczy mało interesuje intryga – jego bohaterowie nie gonią za pieniędzmi, korupcją czy sukcesem – jak zawsze u O. Russella, ścigają raczej inną („lepszą”, „prawdziwszą”) wersję siebie. Śpiący z wałeczkami we włosach agent FBI próbuje nieudolnie realizować wizję dzikiego twardziela, w pojedynkę rozprawiającego się ze wszechświatem. Zawodowi oszuści fantazjują o zrzuceniu masek i życiu, które nie byłoby jedną wielką aktorską kreacją. Ruch dwustronny na autostradzie do samopoznania.

Opowieści o przekrętach są dla kina doskonałą pożywką z tego samego powodu, co filmy o spektaklu – z powodu bliskiego pokrewieństwa. W „Wilku z Wall Street” reżyser przyjmuje rolę hochsztaplera i próbuje wykiwać widza. Mami go charyzmą głównego bohatera i seksualno-narkotykową orgią przewijającą się przez ekran. Czy jako słuchacze kursu dla zwycięzców prowadzonego przez Jordana Belforta przeoczymy nędzną przyziemność tego oszusta i ulegniemy sile mitu? Intencje O. Russella są dokładnie odwrotne, co jasno komunikuje pierwsza scena filmu. Bohater grany przez Christiana Bale’a, w marnej próbie oszukania czasu i biologii, siedząc przed lustrem, długo i z pietyzmem maskuje swoją łysinę. Taki nieco rozpaczliwy spektakl robi tutaj właściwie każdy i za każdym razem przywdziewanie kostiumu ma w sobie coś z psychologicznego striptizu. Szwy pękają, tupecik się odkleja, bohaterowie stają nadzy, a życie, jakie dla siebie wymyślili, rozpada się w gruzy.

„American Hustle”, reż. David O. Russell

U Martina Scorsese wszystko jest dokładnie tym, czym jest – luksus reprezentuje luksus, a seks to seks. Jacht służy do żeglowania, kokaina do wciągania, panienki do zaliczania. U O. Russella – znów odwrotnie – wszystko jest rekwizytem reprezentującym coś innego, narzędziem terapii, plastrem na „psychiczne rany”. Błyszczący sztafaż ery disco pozostaje na zewnątrz opowieści, a kreskówkowe fryzury służą jedynie wyrażaniu fantazji na własny temat. Sztuki manipulacji używają tu nie tylko zawodowi oszuści, ale służy ona przede wszystkim budowanej na własny użytek iluzji lepszego świata i lepszego siebie.

siostra nerwica

W zasadzie od początku O. Russell lawirował między kinem autorskim a mainstreamem, mieszając konwencje i gatunki. Dwa pierwsze filmy to klasyczne komedie spod znaku festiwalu Sundance. Scenariuszowego konceptu „Jak być sobą” nie powstydziłby się Michel Gondry (mężczyzna w kryzysie wynajmuje parę egzystencjalnych detektywów, by przywrócili sens jego życiu). „Złoto pustyni”, przy odrobinie dobrej woli, da się określić jako przygodowe kino akcji. „Fighter” oparty jest na klasycznym bokserskim schemacie „od zera do bohatera”. Niezależnie od formuły, reżyser zawsze potrafił odcisnąć swoje piętno, zaprawiając film niepokojem, humorem i delikatną groteską. „American Hustle” to aktorski koncert i wizualna bombonierka, której nie brak energii ani błyskotliwego humoru. Ogląda się go doskonale, chociaż nie jest to najlepszy film O. Russella, z tych samych powodów, z których może to być film najbardziej esencjonalny dla jego twórczości.

Mimo starannie rozpisanego scenariusza widać, że Russell nie potrafi do końca (nie chce?) przejąć się opowiadaną historią i nie czuje najmniejszej potrzeby, by skupiać się na intrydze mocniej, niż to jest potrzebne, ani by zbliżyć się do bohaterów. Być może ostatnie sukcesy (poprzednie dwa filmy zgromadziły łącznie 15 nominacji do Oscara, „American Hustle” – 10) rozzuchwaliły go na tyle, że śmielej podąża za swoim ideałem – w wywiadach niezmiennie powtarza, że najważniejszym aspektem jego pracy jest uczynić ją jak najbardziej osobistą. Przekonuje też, że w każdym z wariatów ze swojego najnowszego filmu bez problemu potrafi odnaleźć cząstkę siebie, co rzuca inne światło na awantury, które wyrobiły mu opinię wyjątkowo trudnego gościa. Do sieci wyciekło kiedyś nagranie, na którym demoluje plan „Jak zostać sobą” i ruga w dzikim ataku furii Lily Tomlin. W przypadku zakończonej podduszaniem bójki z George’em Clooneyem w trakcie zdjęć do „Złota pustyni” musimy się zadowolić relacjami ustnymi.

„American Hustle”, reż. David O. Russell

W zasadzie wszyscy jego bohaterowie zmagają się z jakimiś psychicznymi kłopotami – od delikatnej neurozy, poprzez depresję, do ataków szału –  i niezmiennie zawdzięczają je swojej rodzinie. W debiutanckim „Spanking the Monkey” student medycyny, który wraca na wakacje do domu, by zająć się unieruchomioną i przygnębioną matką, ostatecznie wdaje się z nią w dziwaczny romans. W „Igraszkach z losem” 30-latek grany przez Bena Stillera próbuje zlokalizować swoje „psychiczne blizny”, podróżując przez Amerykę w poszukiwaniu biologicznych rodziców, którzy oddali go do adopcji. W „Fighterze” o kondycji głównego bohatera, tak w ringu, jak poza nim, decyduje toksyczna relacja z bratem, rodzina jest tu kluczem do zwycięstwa i porażki. W „Poradniku pozytywnego myślenia” nerwice przechodzą z pokolenia na pokolenie i rosną w siłę, odbijając się od ciasnych ścian domu rodzinnego.

metoda w szaleństwie

Sposób, w jaki O. Russell konstruuje swoich bohaterów, na pierwszy rzut oka przypomina nieco filmy Wesa Andersona – są oni jak duże dzieci zafiksowane na indywidualnych obsesjach, przez które filtrują całą rzeczywistość. Z tym że mechanizmy autodestrukcyjne działają u autora „Poradnika pozytywnego myślenia” z większą bezwzględnością i nikogo nie ratuje fakt, że jest generalnie dobrym człowiekiem. W „American Hustle” każdy chce przechytrzyć każdego, desperacko próbując zapanować nad sytuacją, chociaż często nie jest w stanie nawet kontrolować samego siebie. Nerwice, blokady psychiczne, lęki egzystencjalne, odjazdy, z którymi zmagają się bohaterowie, nie są pretekstem do żartu, sympatycznym ekscentryzmem ani zewnętrzną okolicznością, którą należy pokonać i zostawić za sobą. To one narzucają perspektywę, z której opowiadana jest historia, życie codzienne zamieniając w misję niemożliwą, drobnym dramatom nadając wymiar tragedii, a spod tragedii wydobywając humor.

„American Hustle”, reż. David O. Russell.
USA 2013, w kinach od 31 stycznia 2014
Pieczołowicie maskujący swoje słabości przed lustrem Irving Rosenfeld wygląda, jakby szeptał do siebie mantrę w rodzaju „jestem zwycięzcą”. „Jesteś przegrany” – odpowiada mu jego własne odbicie. Inni bohaterowie O. Russella też budują konstrukcje, które ośmieszyć może byle powiew wiatru. Potem wstają, otrzepują się z kurzu, zaczynają układać fryzurę, wymyślać się na nowo i konstruować złote zasady, które tym razem przyniosą im sukces. Budowanie domku z kart pod gołym niebem ma w sobie coś heroicznego, co reżyser nagradza zwykle mało przekonującym happy endem. Jego nieprzewidywalni neurotycy rzadko zmagają się ze światem, częściej toczą nieustanną wojnę z sobą, bo sami są swoimi najgorszymi wrogami. Człowieka, któremu regularnie udaje się taką wizję przeforsować w ramach kina hollywoodzkiego, zdecydowanie nie warto nie doceniać.