Szczęśliwy galerzysta

Rozmowa z Michałem Kaczyńskim

Nie chcę mówić o wartościach duchowych, bo to niekoniecznie o nie musi chodzić. Wystarczy, że sztuka wnosi pozytywną alternatywę w nasze parszywe otoczenie

Jeszcze 4 minuty czytania

ZOFIA ZALESKA: Jakie są dziś zmartwienia właściciela galerii sztuki?
MICHAŁ KACZYŃSKI
: Mamy te same troski, co każdy przedsiębiorca w tym kraju. Borykamy się z terrorem biurokracji, plagą niekompetentnych urzędników, mnóstwem głupich przepisów, a ostatnio z wyraźnym pogorszeniem koniunktury i wahaniami kursu złotego. Doskwiera nam także bardzo zła infrastruktura, czyli brak profesjonalnych partnerów – od firmy spedycyjnej począwszy, a na poważnych instytucjach kultury skończywszy – wszystko trzeba zbudować od podstaw. To są problemy, które dotykają wszystkich, oprócz tego jest też dużo naszych prywatnych zmartwień, związanych z tym, jakie galeria stawia przed sobą cele.

To znaczy?
Gdy myślimy o galerii, pierwsze skojarzenie jakie mamy to puste, białe wnętrze. Ta pustka nigdy nas nie interesowała. Dlatego w Rastrze od początku wkładaliśmy bardzo dużo wysiłku w budowanie możliwie szerokiego kontekstu dla sztuki, którą pokazujemy. Przede wszystkim poprzez bogaty program skierowany do publiczności. To nas zawsze odróżniało od prywatnych galerii nastawionych wyłącznie na ściśle profesjonalne i komercyjne relacje z artystami, kolekcjonerami, kuratorami i mediami, dla których widz jest tylko nieistotnym dodatkiem.

Michał Kaczyński

Urodził się w 1974 roku w Warszawie. Współtwórca i redaktor magazynu artystycznego Raster (1995-2002), krytyk sztuki, publicysta, współpracował kilka lat z TVP - m. in. w redakcji „Pegaza”. W 2001 roku współzałożył Galerię Raster, którą prowadzi w Warszawie wraz z Łukaszem Gorczycą (www.raster.art.pl).
Jako poeta opublikował kilkadziesiąt wierszy w prasie literackiej (m. in. „Brulion”, „Nowy Nurt”, „Lampa”, „FA-art”, „Kresy”), i antologiach. Wydał kilka arkuszy poetyckich i tomiki „Warszawa płonie” i „Wiek szkolny”. Aktywny w internecie, prowadzi m. in. stronę www.pesto.art.pl - witrynę łączącą przepisy kulinarne z pracami własnymi i zaproszonych artystów.

Właśnie z tą „misją publiczną”, którą sami sobie narzuciliśmy, wiąże się najwięcej trosk, nieporozumień i rozczarowań. I choć zdarzają się momenty rewelacyjnego współprzeżywania, jak  chociażby w czasie projektu „Willa Warszawa”, to na co dzień spotykamy się jednak z wrogim nastawieniem wobec sztuki współczesnej.

Oswajanie ze sztuką najnowszą większego kręgu odbiorców idzie aż tak opornie?
To bardzo powolny proces, ale widać zmiany na lepsze. Na przykład fakt, że w ostatniej dekadzie grupa świetnych artystów, jak np. Paweł Althamer, Wilhelm Sasnal i Artur Żmijewski, przebiła się do świadomości osób jakkolwiek zainteresowanych kulturą, jest budujący. Ludzie zaczynają dostrzegać, że sztuka ma do zaoferowania znacznie więcej niż proste komunikaty estetyczne, że może przynieść wartościową refleksję o naszym świecie i życiu, że jest skomplikowana, bogata i nieprzewidywalna. Ale to dopiero początek długiej drogi. Póki co, te drobne zmiany bardzo nieznacznie przekładają się na nasze codzienne funkcjonowanie i zrozumienie tego, co robimy.

Dlatego bardzo dużo myślimy nad tym jak lepiej pokazywać sztukę, dużo eksperymentujemy na wielu płaszczyznach. Mamy na koncie oczywiście kilka porażek. Zauważyliśmy, że często recepcja jest tym gorsza, im bardziej wartościowe w naszym odczuciu proponujemy wystawy czy projekty. I wcale nie zrzucam tego na braki w edukacji z dziedziny historii sztuki, bo wiem dobrze, że sztukę można przeżywać na wielu poziomach. Nie sądzę też, aby nasze propozycje były zbyt wyrafinowane i złożone, bo sami przecież jesteśmy bardzo prości. Myślę, że w znacznym stopniu przyczyną tego stanu rzeczy jest permanentny brak czasu i skupienia. Docierają do nas tylko najgłośniejsze i najbardziej powierzchowne przeżycia, nie chce nam się pochylić nad detalem, kontemplować piękna pojedynczej myśli albo kreski. A to chyba jedyne, czego naprawdę sztuka wymaga – oczyszczenia umysłu, otwarcia. I być może to też jedyne, co tak naprawdę daje.

RASTER – otwarcie Targów Taniej Sztuki 2008Co jest najsłabszym ogniwem polskiego rynku sztuki?
Za mało jest dobrych prywatnych galerii. Niezależnie od „misji publicznej”, o której mówiłem wcześniej, galeria jest bardzo ważną komórką w organizmie sztuki współczesnej. Wokół niej powstają środowiska kolekcjonerów, którzy tworzą pewną konstelację, hierarchię wartości, atmosferę wzajemnego pogłębiania zainteresowań – kolekcjonerzy są często najbardziej wrażliwymi odbiorcami sztuki. Gdy jest ich mało, to oczywiście nie ma pieniędzy i rozwój rynku następuje dużo wolniej, a niewielu artystów może profesjonalnie być artystami. Mało jest też ambitnych kuratorów i krytyków sztuki, bo gdzież oni mieliby pracować, skoro brakuje publicznych instytucji zajmujących się sztuką współczesną. Wszystkie te elementy wpływają na siebie i koło się zamyka. W efekcie scena sztuki współczesnej w Polsce jest uboga i tylko równomierny rozwój poszczególnych jej części może wnieść trwałą poprawę.

Coś się jednak zmienia.
Oczywiście. Gdy w 2000 roku zakładaliśmy galerię, sytuacja była beznadziejna, zwłaszcza jeśli chodzi o kolekcjonerów, możliwość finansowania, realną komercjalizację naszej działalności. Zarabialiśmy pieniądze jako dziennikarze, a galerię robiliśmy dla siebie, dla artystów i dla garstki ludzi, którzy od początku śledzili nasze działania. Na nic nie liczyliśmy, niczego nie oczekiwaliśmy. Dopiero po kilku latach, gdy zaczęliśmy jeździć na międzynarodowe targi sztuki, galeria zaczęła przynosić dochód.

Rozmowę zaczęliśmy od różnych trosk, ale generalnie jestem dzisiaj szczęśliwym galerzystą. Zmiany, nawet powolne, bardzo mnie cieszą, bo wiem, że są w drobnej mierze także zasługą naszej pracy. To z czego jestem na przykład niezwykle dumny, to nasze świetne relacje z kolekcjonerami.

Jaka to grupa?
Właściwie są to dwie różne grupy. Do jednej zaliczają się zagraniczni kolekcjonerzy o  międzynarodowej optyce, posiadający często wielkie kolekcje i wielkie możliwości. Sztuka polska znajduje się na orbicie ich szerokich zainteresowań. Mamy z nimi bardzo dobre i profesjonalne relacje, ale zazwyczaj na odległość. Do czasu kryzysu najwięcej kolekcjonerów mieliśmy ze Stanów. Dziś skurczyło się to drastycznie, bo amerykański rynek sztuki przechodzi obecnie głębokie załamanie. W Europie mamy kontakty z kolekcjonerami z Niemiec, z Anglii, Szwajcarii i Francji.

Aneta Grzeszykowska, „Ból głowy”.
24 stycznia – 14 lutego 2009
Druga grupa to kolekcjonerzy polscy, z którymi sytuacja jest odmienna. Są to osoby bardzo blisko związane z galerią, prawdziwi entuzjaści sztuki. Konsekwentnie od wielu lat towarzyszą artystom – znają ich, obserwują to, co robią, regularnie nabywają ich prace, świadomie budując kolekcje. Od razu wyprzedzam pytanie, które często słyszę – nie mamy w ogóle klientów, którzy są wielkimi bogaczami znanymi z gazet. Nasi kolekcjonerzy są w większości dobrze zarabiającymi „pracującymi ludźmi”. Przypuszczam, że zakup dzieł sztuki to dla wielu z nich największy z ponoszonych wydatków. Po prostu na to przeznaczają swoje pieniądze. Marzeniem każdej galerii jest mieć taką grupę kolekcjonerów, a nie jest to wcale takie proste.

W jaki sposób udało się wam zbudować tak dobre relacje?
W pewnej mierze wpłynął na to fakt, że są to ludzie z jednego pokolenia, dziś najczęściej w okolicach czterdziestu lat. Dziesięć lat temu, kiedy otwieraliśmy Rastra, oni zaczynali w pełni dorosłe życie. To, że w pewnym momencie sięgnęli po sztukę najnowszą, uważam częściowo za sukces naszej galerii. Stworzyliśmy miejsce, z którym mogli się zidentyfikować, pokazywaliśmy sztukę, która ich dotyczyła i wnosiła coś istotnego do ich życia. Bo pomimo olbrzymiej różnorodności artystów współpracujących z Rastrem, wszystkich łączy widoczne osadzenie we współczesności – ich sztuka na różne sposoby dotyka dnia dzisiejszego. Może to być wypowiedziane wyraźnie, jak na przykład na obrazach Marcina Maciejowskiego, albo tak subtelne jak u Michała Budnego, którego papierowe rzeźby, już na poziomie materiału, są silnie związane z naszym myśleniem o przestrzeni, ekonomii i przedmiocie. Ta sztuka współtworzy świadomość naszego pokolenia – trudno byłoby je określić metrykalnie, ale właśnie w tych pracach przejawia się duch czasu.

Jakie są motywy kolekcjonerów, gromadzą sztukę z powodów czysto estetycznych, czy też traktują ją jako lokatę kapitału?
Ponieważ sam nie mam natury zbieracza, mogę obserwować kolekcjonerów z bardzo bliska, pozostając na zewnątrz, a to niezwykle interesujące. Istnieje na pewno wiele motywów, ale im jestem starszy, tym wyraźniej dostrzegam, że najważniejszą rzeczą wynikającą z posiadania sztuki w domu jest wprowadzenie do życia czegoś naprawdę cennego. Nie chcę rzucać wielkich słów i mówić o wartościach duchowych, bo to niekoniecznie o nie musi chodzić. Wystarczy, że sztuka wnosi pozytywną alternatywę w nasze parszywe otoczenie. Dla jednych kolekcjonowanie jest związane z doświadczaniem czysto estetycznego uniesienia, dla innych może być elementem refleksji nad poszukiwaniem głębszego sensu. Myślę, że kolekcjonerzy rodzą się gdzieś tam w przestrzennych biurach, pomiędzy papierami zapisanymi cyframi, gdzie brakuje jakiejkolwiek trwałej, prawdziwej wartości. Sztuka wnosi bogactwo, które jest niepodrabialne, można się na niej oprzeć i nie pęknie jak złej jakości stal – a wokół wszystko pęka, zalewa nas tandeta idei i dobrobytu.

GALERIA RASTER jest czynna od wtorku do
piątku w godz. 14:00–19:00, ul. Hoża 42 m.8
Poprzez działania Rastra zawsze staracie się podkreślać, że kolekcjonowanie sztuki nie jest  zajęciem tylko dla elit. Przeciętny Polak nie wyda jednak kilkudziesięciu tysięcy złotych na obraz czy rzeźbę, a tyle kosztują one w waszej galerii.
W kupowaniu sztuki w ogóle nie chodzi o pieniądze. Zbierać można na różnych poziomach i za różne kwoty, na przykład kupić kilka prac przez całe życie. Nasza sztuka pozornie może się wydawać bardzo droga, ale wcale nie jest rzeczą niedostępną. To raczej kwestia wyboru.

Żyjemy w najbogatszej części świata, jesteśmy białymi Europejczykami w Unii Europejskiej, po prostu jesteśmy bogaci. Na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo cały czas mamy poczucie, że jesteśmy społeczeństwem na dorobku, że przez komunizm zostaliśmy w tyle. Oczywiście, ale spójrzmy wokół siebie – mamy wszystko. Czy kilkadziesiąt tysięcy złotych to dużo? Jeśli każdy Polak chętnie wyda takie pieniądze na coś tak marnego i bezwartościowego jak samochód – a tych są miliony! – to mam wrażenie, że sztuka jest bardzo tania.

Wspominałeś o dobrych relacjach z kolekcjonerami, a jak układa się wasza współpraca z artystami?
Nasze relacje z artystami są bardzo nietypowe dla prywatnej galerii. Dla większości jesteśmy ich pierwszą galerią. Razem uczyliśmy się, na czym polegają nasze role zawodowe, przeżywaliśmy pierwsze sukcesy i przechodziliśmy różne burze. Mamy wyjątkowo intensywne i bliskie kontakty ze wszystkimi jasnymi i ciemnymi tego stronami. Ostatnio staram się przekonać niektórych opornych, jak ważne jest, aby artysta miał pracownię. W Polsce nie traktuje się tego jako oczywistości i uważa, że można tworzyć w domu. Tymczasem pracownia ma całkiem odmienny status. Kogo innego zaprasza się do domu, a kogo innego do pracowni, o innych rzeczach się tam rozmawia i inne rzeczy mogą się tam wydarzyć. Pracownia wpisuje artystę w wielowiekową tradycję tego zawodu. Ułatwia zrozumienie, że bycie artystą to w ogóle jest zawód, dzięki któremu zarabia się pieniądze, że można sztukę wycenić i sprzedać. Niby oczywiste i proste, ale często młodzi ludzie po ASP nie są w stanie rozmawiać o pieniądzach w kontekście sztuki. Kończą szkołę całkowicie nieświadomi realiów rynku sztuki, mają głęboką pogardę dla kariery, a jednocześnie czekają aż ktoś ich odkryje. 

Aneta Grzeszykowska, „Ból głowy”.
24 stycznia – 14 lutego 2009
Może udałoby się to zmienić, gdyby uczyli ich znani artyści, którzy sami na co dzień funkcjonują na rynku sztuki?
Na pewno. Tak jest na Zachodzie, tam na Akademii można spotkać wielkie postaci świata sztuki, których prace są dyskutowane i prezentowane w muzeach i mediach. W Polsce inspirujący profesorowie to absolutna mniejszość. Większość z nich ogranicza się bowiem do pracy na uczelniach, prawie nie są aktywni artystycznie. Studenci w większości żyją mitem ukrytego geniuszu, a ich artystyczny horyzont nie wychodzi poza drzwi pracowni. Na wernisażach w Warszawie nie spotyka się tłumów ludzi z Akademii. Ich absolwenci nie czują potrzeby, aby dowiadywać się nowych rzeczy, nie zdają sobie sprawy jak ważne jest, aby zaraz po ukończeniu szkoły znaleźć galerię. Sposób kształcenia artystów Polsce już na starcie stawia ich na marginesie rynku. 

Co jeszcze, oprócz zmian w systemie edukacji, należałoby zrobić, aby ułatwić pracę artystom i galeriom?
Potrzebna jest zmiana prawa. W Polsce funkcjonują przepisy, które sprawiają, że codzienne działanie galerii jest bardzo niekonkurencyjne w stosunku do takich samych miejsc za granicą. Fakt, że mamy potwornie wysoki VAT na sztukę sprawia, że praca reprezentowanego przez nas artysty jest droższa w Warszawie niż w Berlinie. Nasz VAT wynosi 22%, a tam tylko 7%. W związku z tym klient będzie miał lepszą cenę w Niemczech niż u nas, chociaż to oni są pośrednikiem. Generalnie prawo nie jest przystosowane do tego, by traktować rynek dzieł sztuki jako wartość kulturową.

Poza tym państwo powinno przeznaczać dużo więcej pieniędzy na zakup sztuki współczesnej. Nie tylko po to, aby rozwijać zbiory narodowe, ale również by wspierać w ten sposób scenę artystyczną, tymczasem nasze nieliczne muzea mają mikroskopijne środki na rozbudowę swoich kolekcji.

Potrzebujemy też silnych prywatnych fundacji z wizją wspierania kultury, takich jakie funkcjonują powszechnie na zachodzie Europy, oraz wielkich kolekcji korporacyjnych, menedżerów o szerokich horyzontach, którzy będą chcieli budować wizerunek firm w oparciu o mecenat kultury. Urzędnicy zaś muszą zrozumieć, że wspieranie kultury nie wiąże się z jakimkolwiek wymiernym zyskiem, z promocją samych siebie, ani czegokolwiek innego, ale z budowaniem bogatszego społeczeństwa.