Wariacje nieczytania
fot. Gerald Pereira / Flickr CC

Wariacje nieczytania

Zofia Król

Zamiast jednoznacznie rozdzielać świat wyższej aktywności literackiej od klikania w klawiatury telefonów, można powiedzieć głośno – to także może być rodzaj literatury, to się dzieje na co dzień

Jeszcze 3 minuty czytania

Spadające wskaźniki czytelnictwa funkcjonują od pewnego czasu w powszechnej świadomości, informacja o tym, ilu to w danym roku Polaków znów nie przeczytało ani jednej książki – wskaźnik zresztą dość osobliwie odwrócony – pojawia się co jakiś czas na początkowych stronach gazet i wysokich rubrykach portali, docierając oczywiście do czytelników znacznie szerzej niż same wiadomości o jakichkolwiek książkach wartych przeczytania. Żeby jeszcze bardziej się pogrążyć, porównuje się statystycznego Polaka do statystycznego Czecha, który ponoć kupuje aż 14 książek rocznie. Albo – co gorsza – sprawdza się, co też czytają ci, którzy znaleźli się po tej bardziej chlubnej stronie statystyki.

­­Wszyscy, jak to u nas, bardzo lubimy się umartwiać własnym upadkiem, i porównywać do dalekich upragniony­ch krain, na szczęście w wyniku tych rozpaczliwych informacji toczą się także rozmaite sensowne rozmowy. Od początku tego roku trwa dyskusja wywołana przez opublikowany w „Wyborczej” manifest „Alice Munro nie miałaby u nas szans”, kontynuowana w „Dzienniku Opinii”, i częściowo także w dwutygodnik.com – o niedowartościowanej literaturze środka, szowinizmie w literaturze, promocji literatury i innych rozmaitych aspektach. W podsumowaniu dyskusji autorzy manifestu podkreślali, że za promocję czytelnictwa odpowiedzialni jesteśmy my wszyscy, którzy czytamy. No właśnie, za promocję czytelnictwa – czyli co?

Na poziomie najbardziej podstawowym – wiadomo. Chodzi o promocję samej sprzedaży książek, które mogłyby być następnie przeczytane, oraz pozwoliłyby się utrzymać na rynku wydawnictwom i księgarniom, a także przy życiu – samym autorom, tłumaczom, ilustratorom, grafikom, redaktorom – czyli wszystkim tym, którzy później z kolei znajdą się w statystykach na ledwo odstającym od podłoża słupku przeczytanych ponad sześciu książek rocznie. Czyli chodzi o to, żeby książka – jak pisze Katarzyna Tubylewicz, nie stawała się antytowarem, ale żeby na przykład – jak to bywa w dobrych wydawnictwach – lepiej sprzedające się utrzymywały te, które na rzesze czytelników nie mają szans; a te z kręgu tak zwanej literatury środka między innymi dzięki dobrej promocji trafiały do tych, którzy w książkach nie szukają nadmiernych mądrości, ale sensownej przyjemności; z kolei te, które z założenia skierowane są głównie do akademików i intelektualistów, były odpowiednio dotowane przez państwo, zgodnie z myślą, że choć teraz pozornie mało wpływowe, w perspektywie dziesięcioleci budują same podstawy kultury i cywilizacji. Można też wpływem na dzieje i niejasną ideą postępu się nie zasłaniać i powiedzieć wprost, że są to książki nikomu do niczego niepotrzebne. I tym bardziej właśnie należy je wspierać, wyłącznie z tego powodu, że człowiek jest istotą, której udało się rozwinąć pewne części mózgu, odpowiadające za myślenie – także poza tymi jego aspektami, które przydają się do zrywania bananów.     

Chodzi także – bardzo chodzi – o biblioteki. Między innymi zakup nowości do bibliotek i szkolenia bibliotekarzy znalazły się w Narodowym Programie Rozwoju Czytelnictwa, ogłoszonym świeżo przez MKiDN, więc jakaś nikła nadzieja jest. Inne formy czytania wspólnego, wspólnotowego, niekoniecznie związane z samym zakupem książek, stają się też coraz bardziej rozpowszechnione, w każdym razie w dużych ludzkich skupiskach: wspólne czytanie z ustanawianiem rekordów świata włącznie, czytanie „gdzie indziej”, zgadywanie kto co czyta w komunikacji miejskiej, automaty z książkami na dworcach itp. Na pozytywne zmiany w statystykach na razie to nie wpływa, ale pojawienie się snobizmu na książki to dobry znak.

Jeżeli te wszystkie działania mają mieć sens, trzeba zadawać ciągle od nowa pytanie, po co w ogóle mamy czytelnictwo i książkę promować. Nie chcę się tu wdawać w prowadzone na wielu gruntach rozważania dotyczące wpływu czytania na umysły, zachowania społeczne i rozwój kultury, a jedynie zauważyć rzecz bardzo prostą – być może część zadań, które przypisujemy książce, może być z powodzeniem wypełniana także przez inne formy obcowania z myślą i słowem, bardziej dostosowane do współczesnej wrażliwości, rytmu czasu wolnego, utartych w określony przecież sposób trybów codzienności.

Według Biblioteki Narodowej w 2012 r. 61 proc. Polaków nie przeczytało ani jednej książki, ale nikt nie liczy, ile przeczytali artykułów w sieci, emaili, postów na Facebooku, a także ulotek, instrukcji i reklam ulicznych. Oczywiście – nie chodzi jedynie o przeciąganie wzrokiem po liniach czarnych znaczków, i zwykle ta lektura zupełnie nic dobrego dla głowy czytającego nie przynosi, być może jednak w niektórych przypadkach można bezpośrednie działanie liter sensownie wykorzystać. Chcemy, żeby ludzie czytali książki, nie tylko dlatego przecież, że opowiadana historia – w przypadku literatury pięknej – uczy możliwych światów, empatii i wrażliwości na świat, w tym zadaniu niewiele może książkę zastąpić, ale także w dużej mierze dlatego, że słowa, samo używanie języka, w jego formach niebanalnych, przyswajane i ćwiczone, przyczynia się do zrozumienia struktur będącego jego źródłem – lub jak powiedzieliby inni, jego odbiciem – myślenia. Mówiąc prościej, skoro mało kto chce obcować ze słowem i językiem poprzez książkę, ów plik kartek zszyty z jednej strony, zamiast upierać się przy uczeniu słowa wyłącznie w tradycyjny sposób, warto sprawdzić, w jaki sposób kontakt ze słowem jest mimo wszystko także współcześnie podtrzymywany, a następnie w tych formach poszukać możliwości. I nie chodzi tu tylko o zmianę formy na elektroniczną.

Żeby odnaleźć inne możliwe kanały kontaktu ze słowem i wykorzystać je do odnowienia tej relacji, przyjąć trzeba przede wszystkim założenie, że nie tylko czytanie, ale i pisanie może być aktywnością sensownie poruszającą struktury myślenia – coraz więcej osób na co dzień będzie raczej coś pisać niż czytać książki. Choć zwykle będą to statusy albo mini-wiadomości, formy bardzo krótkie, niekiedy ograniczone do konkretnej ilości znaków. Podobnie jak autorzy wspomnianego manifestu domagają się docenienia literatury środka, a Aldona Kopkiewicz podkreśla słusznie, że często ze względów poznawczych bardziej wartościowy bywa serial niż książka, tak ja na innym poziomie dowartościować chciałabym także – na przykład – twórcze pisanie esemesów. Niedawno Facebook kupił za bezprecedensowo gigantyczne pieniądze prościutką aplikację What’s Up, której jedyną funkcjonalnością jest pisanie esemesów właśnie – przez internet zamiast przez sieć komórkową. Wskazuje to, że różne formy krótkich wiadomości będą coraz bardziej popularne.

Trud wyboru słów, lakoniczne formuły, wykorzystywanie tkwiącego w języku nadmiaru zwanego redundancją, barwne połączenia rodzimych słów z angielskimi skrótami, wszystko to może przyczyniać się do rozwoju języka co najmniej tak samo, jak do wieszczonego chętnie jego upadku przyczyniają się brak polskich znaków, omijanie orzeczeń i emotikony zamiast wyrażonych w samych słowach emocji. Tyle że ów rozwój podąża może w inną stronę niż niektórzy by chcieli. Rozważny językoznawca powie jednak zawsze, że tylko do pewnego stopnia można reguły języka narzucać – jeśli powszechna tendencja jest inna, należy poszukać nowych norm. Podobnie postąpić powinien rozważny promotor literatury, czyli – jak chcą autorzy manifestu – każdy z nas, czytających. Kiedyś na polonistyce uczyli, że normy ustalane są według poczucia językowego „warstw wykształconych”. Obecnie wobec niejakiej konfuzji, kto do warstwy wykształconej należy, a kto nie, językoznawcom pozostała gonitwa w ogonie za najnowszymi językowymi trendami; starają się tak długo, jak mogą, zaprzeczać ich poprawności, ale szybko nadchodzi moment, kiedy mają do wyboru przyjąć nowe zasady albo zupełnie rozjechać się z językową rzeczywistością, tak zwanym uzusem. Podobny problem z wyodrębnieniem „warstwy wykształconej” pojawia się przecież także w przypadku czytelnictwa. Książek nie czytają studenci kierunków humanistycznych, ale coraz mniej ich czytają także tak zwani kiedyś intelektualiści, ci, którzy się książkami zajmują – nieczytanie nie wynika przecież tylko z poddania się powszechnej głupocie, to byłoby jeszcze pół biedy, wynika przede wszystkim ze zmiany rytmu codzienności. I w pewnym stopniu dotyczy wszystkich.

Mógłby ktoś na te propozycje odpowiedzieć, że nie można dobrze pisać, nie czytając; a także, że przecież do pisania esemesów nie są przydatne żadne językowe zdolności, w każdym razie nie więcej niż do przeczytania instrukcji obsługi sokowirówki; że nie chodzi o czytanie i pisanie czegokolwiek, ale rozbudowanych konsekwentnie całości, które wymagają skupienia i pomyślunku; że przede wszystkim liczy się tylko taki typ literatury, która utrudnia życie, a nie ułatwia. Nie chodzi jednak o tworzenie dzieł literackich, ale o podstawowe i dla większości ludzi całkowicie wystarczające podtrzymanie kontaktu ze strukturami języka, strukturami myślenia. Rzeczywiście większość tych krótkich tekścików pozostaje na poziomie co najmniej przeciętnym – ale podobnie jest przecież z literaturą. Wiele z nich jednak aspiruje do językowej subtelności. Choć nie nazywa się tego zdolnościami literackimi, sensowny status na Facebooku, dobrze skrojony hejterski komentarz, czy nawet wyważona i lakoniczna informacja wymagają zaawansowanych umiejętności. Tym bardziej, że obecna moda – językowa, ale i obyczajowa – obejść się nie potrafi bez ironii. Samo sedno żenady stanowi natomiast poczciwość i brak dystansu. Dobrze to widać, jeśli prześledzi się popularność rozmaitych stron na Facebooku – staroświecka uprzejmość i utarte marketingowe formuły często się nie sprawdzają, a łączy je jedno – brak językowej elastyczności. Hipster to ten, kto chwyta rytm, także rytm słów.

Warsztaty pisania statusów, streszczanie lektur w esemesach, układanie dialogów na czatach? Edukacyjnych metod można szukać, niektóre z nich pewnie okażą się zupełnie bezskuteczne, jestem zresztą bardzo daleka od formułowania wizji idealnej wspólnoty, która co prawda książek nie czyta, ale za to krótkie formy porozumiewania się ma opanowane na poziomie nagrody Pulitzera. Na razie chodzi o coś znacznie prostszego – żeby zamiast jednoznacznie rozdzielać świat wyższej aktywności literackiej od klikania w klawiatury telefonów, powiedzieć głośno – to także może być rodzaj literatury, to się dzieje na co dzień.

W żadnej mierze nie opowiadam się za zaprzestaniem jakichkolwiek działań prowadzonych wokół promocji samej książki. Tym bardziej, że pewnych jej pożytków absolutnie nic nie zastąpi. Chodzi jedynie o to, żeby – równolegle, nie zamiast – szukać rozwiązań, które w naturalny sposób łączą się z najczęstszymi aktywnościami współczesnego człowieka. Dobrze, żeby rozpaczaniu nad statystykami i rozpamiętywaniu strat, jakie przynosi nieczytanie, towarzyszyła myśl nie tylko o tym, jak sprytnie samo czytanie książek wspomóc, ale także gdzie jeszcze można szukać podobnych zysków. Żeby lepiej uczyć czytania i pisania, ale także żeby lepiej rozumieć współczesny świat. Do myślenia o przyszłości literatury możemy użyć tego, czego ona sama nas nauczyła – świadomości, że rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona niż się zdaje.