Realność jest przeceniona

Realność jest przeceniona

Rozmowa z Judith Schalansky

„Nie rozumiem tej turystycznej potrzeby, żeby zobaczyć wszystkie krańce ziemi. Kiedy jestem za granicą, staram się zobaczyć tak mało, jak to możliwe” – rozmowa z autorką „Atlasu wysp odległych”

Jeszcze 4 minuty czytania

ZOFIA KRÓL: Dlaczego patrzenie na mapy jest takie przyjemne?
JUDITH SCHALANSKY
: Kartografia pobudza wyobraźnię, bo pokazuje coś, co wiemy, ale czego nie widzimy – świat z punktu widzenia ptaka, anioła albo boga. I nawet jeśli wiemy, że mapa jest wynikiem badań, to patrzymy na nią raczej jak na obraz. Mapy są artystyczne i naukowe zarazem, to ta ambiwalencja czyni je tak intrygującymi.

Twój „Atlas wysp odległych” nosi podtytuł „50 wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”; podkreślasz we wstępie, że związana z mapami tęsknota za przestrzenią i światem jest dla ciebie ważniejsza niż sama podróż. Ale czy mimo wszystko nie warto spróbować?
Gdyby świat nie był jeszcze całkowicie znany, pewnie zostałabym odkrywcą i podróżowałabym do najodleglejszych miejsc. Ale w tej sytuacji pozostaje mi zostać w domu i pisać. Realność jest przeceniona. Uśmiecham się, kiedy widzę mój atlas z tym podtytułem w działach podróżniczych, obok przewodników i wspomnień odkrywców, obieżyświatów i wspinaczy.

Judith Schalansky, „Atlas wysp odległych”.
Przeł. Tomasz Ososiński, Dwie Siostry, 144 strony,
w księgarniach od stycznia 2014
To ze względu na tęsknotę za światem postanowiłaś napisać tę książkę?
Moją motywacją była dziecięca wiara, że gdzieś musi być miejsce naprawdę piękne. Kiedy zaczęłam, miałam wizję utopijnego raju, i byłam zaskoczona, kiedy się okazało, że prawie wszystkie historie o wyspach są takie potworne: wraki, nieudane ekspedycje, więzienne kolonie, megalomańscy zdobywcy, kanibalizm, morderstwa i okaleczenia. Wygląda na to, że wyspy wcale się nie nadają na utopie. Wola przeżycia prędzej czy później przemienia człowieka w bestię, a marzenie w porażkę. Ale im bardziej przerażające są okoliczności, tym lepsza się staje historia.

W „Atlasie wysp odległych” struktura opowieści o każdej z wysp jest powtarzalna: po lewej zawsze kilka twardych faktów, dalej fragment literacki, a po prawej – zawsze mapa. Każda wyspa, każda strona staje się dla czytelnika osobnym światem – trochę jakby to był tomik wierszy. Budowałaś tę powtarzalność z rozmysłem?
O każdej z tych wysp można by napisać książkę, a nawet 20-tomową encyklopedię. I nadal by się nie opowiedziało wszystkiego, bo nie da się wszystkiego opowiedzieć. Nie lubię książek, które próbują przedstawić spójną narrację. Podobnie jak książek historycznych, które sugerują, że zawierają wszystko, co się wydarzyło, że żadne pytania nie pozostały bez odpowiedzi. I szczególnie ze względu na to, że forma atlasu zakłada konsekwencję i obiektywność, było dla mnie ważne, żeby złamać tę formę za pomocą prozatorskich miniatur, które odnoszą się do spraw marginalnych, a przez to paradoksalnie mówią o wyspach o wiele więcej. Ta książka jest zarazem atlasem i projektem poetyckim.

Rozdzielasz niekiedy różne części literackich fragmentów znakiem //. To też bardzo podkreśla ich poetyckość.
Ten znak to po prostu początek nowego akapitu. Kiedyś się tego powszechnie używało. Dla efektu wizualnej spójności tekstu. Zależało mi na tym, żeby mieć jednolitą całość, odpowiadającą kształtowi wyspy na sąsiedniej stronie.

Judith Schalansky

ur. 1980, niemiecka pisarka i projektantka książek. Studiowała historię sztuki i projektowanie komunikacji wizualnej. W 2006 opublikowała kompendium typografii „Faktur mon Amour”, które zdobyło wiele nagród z dziedziny designu. Jej literacki debiut, „Blau steht dir nicht”, ukazał się w 2008 roku. Rok później wydała „Atlas wysp odległych”, który uzyskał tytuł „Najpiękniejszej Niemieckiej Książki Roku”. Jej powieść „Der Hals der Giraffe” zdobyła tytuł „Najpiękniejszej Niemieckiej Książki 2012”.

Ciekawe też, w jakim rytmie się czyta twoje opowieści. Najpierw czytelnik ogląda mapę, dopiero po chwili spogląda w lewo, na tekst. Ale czytając te mapy, zwraca się uwagę nie tylko na nazwy i rozmaite kształty, ale też na kolory – jest nawet osobny kolor, żarówiasty pomarańczowy, który oznacza ludzką obecność. Szczególnie spektakularnie wyglądają pasy startowe na wysepkach, które są 5-kilometrowymi pasmami piasku.
Niełatwo opisać proces projektowania. Zwykle na początku jest seria zmiennych i kilka stałych. Od początku oczywisty był dla mnie na przykład wybór czcionki. Znalazłam ją lata temu w pewnym magazynie i zawsze chciałam jej użyć. „Atlas” idealnie się do tego nadawał, wspaniale mogły być użyte różne jej wersje: najmniejsze rozmiary dla informacji kartograficznych, największe dla tytułów. Eksperymentowałam z kolorami, próbowałam różnych wersji pomarańczowego i odcieni szarości, wydrukowałam kilka wersji testowych. Zdawałam sobie też sprawę, jak bardzo ograniczająca może być statyczna forma, ten prawie encyklopedyczny dwustronicowy rozkład. Ale od początku wiedziałam, jak ta książka powinna wyglądać. Byłam zafascynowana ideą atlasu – w końcu to gatunek, który jak żaden inny stoi po stronie obiektywności, i zwykle nie ma autora. Miałam przeczucie, że to powinna być dość duża, cienka książka, oprawiona w półpłótno, z pięcioma kolorami specjalnymi i pomarańczowymi krawędziami papieru, z moim nazwiskiem i wspaniałym słowem ATLAS zapisanym drukowanymi literami. I rezultat jest blisko moich wyobrażeń.

Interesują cię też nieistniejące wyspy fantomowe, jak Dogherty Island albo Sandy Island? To ważne dla ciebie, że twoje wyspy naprawdę istnieją, czy tylko sama historia się liczy?
Oczywiście, że to ważne. Miałam też pomysł, żeby zrobić atlas wysp fantomowych. Ale to jak z potworami stworzonymi przez ludzką wyobraźnię, o których pisał Borges – zoologia marzeń nigdy nie dorówna zoologii Stworzyciela. O wyspach fantomowych zawsze możesz opowiedzieć tę samą nudną historyjkę: „Ktoś zobaczył wyspę. I nikt jej później już nie widział”.

Piszesz, że wyspy są ze względu na swoją izolację naturalnymi scenami teatru.
Te cząstki lądu na morzach są jak naturalne królestwa, małe kontynenty, światy w miniaturze. Jeśli masz wyspę, masz cały świat. Można też opowiedzieć historię świata poprzez wyspy. Są jak przypisy do głównego lądu. I przyciągają naszą wyobraźnię. Wyspa to idealny obraz miejsca, gdzie można znaleźć pokój, gdzie można wreszcie skupić się na tym, co najważniejsze. Może to stąd się bierze to popularne pytanie: Co byś wziął na bezludną wyspę? Każda utopia obiecuje nowy początek, szansę, żeby wszystko zrobić inaczej. Ale wyspy są też Foucaultowskimi „heterotropiami” – miejscami tego, co inne, zabronione i wykluczone. Jedno jest pewne: Ląd potrzebuje wysp.  

Wszystkie góry, zatoki i doliny na twoich wyspach mają już nazwy. Tak jakby nazwy były częściami samego świata, niezwiązanymi z ludzką obecnością. A ludzie wydają się być tu tylko dodatkiem. Czy tak naprawdę interesuje cię natura, nietknięty ludzką stopą świat?
Przede wszystkim nie możemy zapominać, że sami jesteśmy częścią natury. Poza tym nie ma już nietkniętych światów. A dla nietkniętych światów z pewnością lepiej, jeśli nie są tykane. Jest coś żałosnego i śmiesznego w tej naszej tęsknocie za nietkniętą naturą, w tym pomyśle, żeby być pierwszym, deflorującym odkrywcą. Podoba mi się, że nadal istnieją miejsca, które nie są zbyt dostępne, użyteczne ani piękne w ludzkich kategoriach. Świadomość, że istnieją, mnie uspokaja.

Maciej Wasielewski, polski reportażysta, napisał całą książkę o historii gwałtów na Pitcairn. Ale ty wolałaś opowiedzieć historię pierwszych osadników.
Przeczytałam wszystko o nadużyciach na Pitcairn i uświadomiłam sobie od razu, że nie będę w stanie opowiedzieć o tym na 25 linijkach. Cała historia zaczęła się od osiedlenia się na wyspie buntowników z Bounty, którzy uciekali przez brytyjskim sądem. Porwali kobiety z Tahiti, a potem mordowali się nawzajem. Stworzyli wyizolowaną społeczność z własnymi zasadami i obyczajami. To znów pokazuje, że na wyspie nie można być wolnym, jest się uwięzionym w społeczności. Potrzebna jest regulująca rola głównego lądu, żeby zagwarantować wolność.

Postanowiłam zatem opowiedzieć o historii tej historii – o Bounty opowiedziano już w tak wielu książkach i filmach, że trudno uwierzyć, że to się zdarzyło naprawdę, i że potomkowie tamtych buntowników do dziś tam żyją. Ale nawet opowiadając o filmie z Marlonem Brando, starałam się skupić na głównym problemie tego miejsca: „W Anglii zostaliby zamknięci, tu, na Pitcairn są wykluczeni”. Ostatnia linijka mojej historii mówi o tym, że ta opowieść jest daleka od zakończenia.

Jaka jest twoja metoda pisania? Robisz research, wybierasz to, co cię najbardziej inspiruje, i robisz z tego literaturę? Ile czasu ci zabrało stworzenie opisu jednej wyspy? Ile musiałaś przeczytać książek, żeby na przykład opowiedzieć, jak na Christmas Island kraby są zjadane przez mrówki?
Piszę zawsze w Berlin State Library. Każda książka to dla mnie projekt badawczy, chcę się też czegoś nauczyć. Czytam zawsze mnóstwo książek i sprawozdań, żeby znaleźć tę jedyną historię, którą opowiem. A jeśli mi nie idzie pisanie, projektuję. Wymyśliłam tę stałą, prawie encyklopedyczną dwustronicową formę także po to, żeby skondensować każdą historię na 25 linijkach. I to się często stawało prawdziwym wyzwaniem: opisać złożoną historię w tak zwięzły sposób.

Jak daleko od faktów musisz odejść, opisując na przykład opuszczoną stację meteorologiczną albo zaginiony gatunek krowy morskiej? Ile w twoich historiach jest fikcji?
Nie myślę kategoriami faktów i fikcji. Nauka i poezja mają to samo źródło – są sposobami radzenia sobie ze światem, w którym żyjemy, opowiadania o fenomenach życia, stawania wobec faktu, że kiedyś umrzemy. Moje historie o wyspach opierają się na źródłach opisujących fakty, nic nie wymyślałam, ale jestem przecież odkrywcą tych źródeł, wyszukuję ich często w rzadkich księgach. Przeobrażałam tekst i przywłaszczałam go sobie, jak żeglarze przywłaszczają sobie lądy, które odkryją. Wszystko zapisane w „Atlasie” kursywą to prawdziwe cytaty. Mogłabym bez trudu do wszystkich dodać przypisy. Ale to, czy te odnalezione przeze mnie fakty są prawdziwe, już mnie nie interesuje. Jak mówiłam, realność jest przeceniona. Ciekawsze jest to, co inni w tych historiach odnaleźli – albo czego nie udało im się odnaleźć.

Podkreślasz, że rozróżnienie między faktami a fikcją nie jest tak wyraziste, jak nam się zdaje. Ale przecież to język, nie fikcja jako taka, buduje literaturę. Naukowe fakty mogą stać się literaturą, ale dopiero kiedy ktoś – na przykład ty – przetłumaczy je na język literacki, język, który więcej może.
Dokładnie. Zawsze to mówię: literatura to nie jest kwestia faktów czy fikcji, ale języka. Każdy tekst opowiada jakąś historię. Trzeba tylko być tego świadomym.

Wybrałaś konkretne wyspy ze względu na ich historię, czy najpierw je wybierałaś, kierując się ich położeniem, a potem szukałaś do nich historii?
Zebrałam około stu wysp, uporządkowałam je według kategorii takich jak „kartograficzne piękno”, „obiecująca nazwa” albo „wspaniała historia”. To był rodzaj castingu. Ale szybko sobie zdałam sprawę, że jest kilka wysp tak znanych, że w mojej książce nie powinno ich zabraknąć: Święta Helena, Tristan da Cunha i Wyspa Wielkanocna. Wyspa Wielkanocna określiła format „Atlasu” – wypełnia całą stronę. Skala wszystkich map musiała być taka sama, więc większe już się nie mieściły. Nigdy bym nie skończyła, gdybym się nie zdecydowała na kilka zasad.

Twoja książka ma wielką wartość literacką, ale uzyskała tytuł „najpiękniejszej książki roku” w Niemczech – nie wolałabyś dostać nagrody poetyckiej? Czy przez to twoja książka nie jest traktowana mniej serio?
Myślę, że książka może też być postrzegana jako piękna, kiedy jej treść i forma tak harmonijnie ze sobą współistnieją, że nie da się ich rozdzielić. Pisałam i projektowałam jednocześnie. Rysowałam mapy, prowadziłam research, wypróbowywałam czcionki – wciąż te czynności ze sobą mieszając, nigdy osobno. Moim zdaniem projekt i koncepcja treści są nierozdzielne. Chciałam zrobić książkę, która nie tylko nie mogłaby być łatwo zakwalifikowana, ale która znosiłaby prowizoryczne i błędne rozróżnienia na fakt i fikcję, formę i zawartość, projekt, obraz i tekst. W tym sensie „Atlas” to afirmacja książki jako takiej, wciąż najbardziej zmysłowego medium, jakie jest.

Judith Schalansky / fot. Susanne Schleyer

Czy kiedy opublikowałaś swoją pierwszą książkę – kompendium typografii „Faktur mon Amour” – chciałaś już zostać pisarką? Jak to, że jesteś projektantką książek, wpływa na twoje pisanie?
Zawsze chciałam robić książki. Mój dyplom dał mi nieocenione narzędzie – praktyczną wiedzę, jak to robić. To rzemiosło daje mi wiele szczęścia, ale także pomaga pisać. Dobrze rozumiane projektowanie książek to sztuka użytkowa – coś pięknego i użytecznego jednocześnie, poszukiwanie języka albo systemu, który może połączyć formę i treść. Nie interesuje mnie natomiast design jako upiększanie.

Podobno najpierw piszesz ręcznie, a dopiero później przepisujesz to na komputer.
Notuję ręcznie. Ale cały research zapisuję od razu na komputerze. Potem to drukuję i przepracowuję wszystko, używając nożyczek i taśmy klejącej, żeby robić kolaże z tekstu – potem nanoszę poprawki na komputer. I znów drukuję, i tak dalej... W kółko. Cud, że to działa.

Wspominałaś w wywiadach, że to, że się urodziłaś w NRD, wpłynęło na twój sposób myślenia o przestrzeni. Nie mogłaś nigdzie pojechać, więc podróżowałaś palcem po mapie. Ja się urodziłam w tym samym czasie w komunistycznym kraju, ale przecież kiedy byłam dość dorosła, żeby podróżować, mogłam już to robić bez problemu. Czy to dla ciebie wymówka, żeby nie musieć podróżować?
Ludzi kuszą dalekie podróże, bo chcą głębiej poznać samych siebie z dystansu, rozpoznać się w odbiciu tego, co inne, wspinając się na ośmiotysięcznik albo pielgrzymując, czy jadąc na samotną wyspę. Ale przecież wszędzie, gdzie jedziemy, zabieramy też samych siebie.

Oczywiście podróże też uczą. Ale nie trzeba być w Wenecji, żeby pisać o Wenecji. Wenecja jest wszędzie. Nie rozumiem tej wątpliwej turystycznej potrzeby, żeby zobaczyć wszystkie krańce ziemi na własne oczy. Kiedy jestem za granicą, staram się zobaczyć tak mało jak to możliwe. Próbuję co dzień chodzić tymi samymi drogami, żeby przynajmniej jedną ulicę zobaczyć pewnego dnia oczyma tych, którzy stamtąd pochodzą.

A jak googlemaps i street view zmieniają sposoby podróżowania palcem po mapie?
Te aplikacje są użyteczne, ale nie są zbyt piękne. Kartografia przedstawia ciało ziemi, i te efekty 3D mają w sobie coś pornograficznego. Pokazują prawie wszystko. Jestem bardziej za erotyką niż pornografią.

Twoje pierwsze osobiste doświadczenie z wyspą to Uznam na Morzu Bałtyckim.
Tak, w dzieciństwie spędzałam tam wakacje z dziadkami. Ale dwa mosty łączyły Uznam z lądem i wedle mojego romantycznego dziewczyńskiego poczucia to nie była prawdziwa wyspa. W końcu, mówiłam sobie, wyspa to powinno być miejsce, gdzie można dotrzeć tylko statkiem. Jak do latarni na małym skalistym wzniesieniu niedaleko brzegu. Ale tam nie mogłam się dostać, bo to był teren graniczny mojego kraju, tak zakazany jak mur berliński. Parę lat temu w końcu odwiedziłam tę małą wysepkę z latarnią, za którą tak jako dziecko tęskniłam. Latarnia jest z czerwonej cegły, otacza ją bujna, przerośnięta i dzika roślinność. Gdziekolwiek stoisz, widzisz i słyszysz morze. To piękne miejsce. Stałam na szczycie latarni, miałam wspaniały widok. Ale nagle zrobiło mi się mdło i poczułam się samotna. Nie chciałabym zostać tam ani chwili dłużej.