Nic nie czuję
TR Warszawa

Nic nie czuję

Paweł Soszyński

„Druga kobieta” w TR Warszawa staje się banalną opowieścią o rozkapryszonej gwieździe, która czuje oddech starości na karku

Jeszcze 1 minuta czytania

„Premiera” Johna Cassavetesa to sącząca się przez ponad dwie godziny, ciemna opowieść o aktorce, która nie może, nie chce zaakceptować roli starszej od siebie kobiety. Boi sie wpisanych w tę rolę odrzucenia i pogardy. Na drugim, znacznie ciekawszym i niepokojącym planie, jest to także historia o niebezpieczeństwie wcielenia. O aktorce, która odkrywa scenicznego sobowtóra – potwora. Wiktoria Cassavetesa podejmie walkę – nieskuteczną, niemożliwą – by oddzielić się od scenicznej persony. Talia, fanka i łowczyni autografów, a także młodzieńcze alter ego Wiktorii, ginie w pierwszej scenie filmu, bo jej wiara w jasność teatralnej gwiazdy okazuje się naiwna. Gwiazda jest ciemna – to już wie doświadczona Wiktoria – jej grawitacja zakrzywia czas i przestrzeń. Nie można beztrosko wejść w rolę, bezkarnie stanąć na teatralnych deskach.  Szaleństwo jest kołem zamachowym teatru, jest nim także śmierć – aktorka oddaje swoje ciało do dyspozycji duchom. Na scenie stoi postać – groza wpisana w to źródłowe dla teatru doświadczenie jest w filmie Cassavetesa główną osią narracji, napędza studium rozdwojenia. Dlatego sztuka, w której gra filmowa Wiktoria, nazywa się „Druga kobieta”.

„Druga kobieta”, na podstawie „Opening Night”
Johna Cassavetesa, reż. Grzegorz Jarzyna
.
TR Warszawa, premiera 24 kwietnia 2014
U Jarzyny nic z tego nie zostaje. „Druga kobieta” w TR Warszawa staje się opowieścią o rozkapryszonej gwieździe, która czuje oddech starości na karku, a tajemniczy, u Cassavetesa rozgrywany na granicy psychozy, związek Wiktorii z Talią zmienia się w banalną konfrontację starości z młodością. Zresztą wszyscy bohaterowie Cassavetesa tracą w interpretacji Jarzyny swoją niepokojącą dwuznaczność, a dość wierna adaptacja filmowego oryginału zmienia punkty zapalne scenariusza w farsę o tym, jak to teatr wygląda od kuchni. Ta farsa kończy się jednak dość szybko, kiedy teatr Jarzyny obnaża także swoje zaplecze. Kilka planów, na których reżyser rozgrywa dramat Wiktorii, nijak nie chce złożyć się w jedną teatralną przestrzeń. To co zwykle było siłą Jarzyny: uważna praca świateł, teatralna ekstrawagancja i sprawny montaż, tym razem – w konfrontacji z marnością samej historii i jej natrętnym morałem – irytuje napuszeniem. Nie działa ani seans spirytystyczny, gdzie Wiktoria chce skontaktować się z duchem Talii, ani scena topienia jej upiora w wannie. Gorzej, że są to sceny szczególnie celebrowane, czujemy, że miały to być punkty węzłowe w teatralnej konstrukcji. Niezgrabnie wypada też ostatnia scena, w której Wiktoria zjawia się pijana na minuty przed premierą. Ten nachalnie przeprowadzony, wydudniony do teatralnego dna finał jest letni jak całe przedstawienie. Kiedy Danuta Stenka wykrzykuje kwestię Wiktorii: „Nic nie czuję!” – jest to właściwie jedyny moment w spektaklu, kiedy jestem skłonny jej uwierzyć.

Tak zresztą gra cały zespół TR-u – gdzieś obok tej historii. Nie ma w tym spektaklu ani Woronowicza, ani Dravnela, ani Maćkowiaka, zupełnie nie ma Ogrodnika. Jest Justyna Wasilewska jako Talia – dziko infantylna, nieobliczalna. Tylko w niej odbija się duszność psychozy Cassavetesa. A to ona napędzała dramaturgię filmu. Jarzyna nie daje niczego w zamian. Bawi się konwencją teatru w teatrze, a przy tym nieznośnie moralizuje: „Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie” – można by powiedzieć za Mickiewiczem. Rzeczywiście – Wiktoria zalicza kilka pijackich wywrotek. Obserwujemy jej upadek. Problem tkwi jednak w tym, że nic ją ten upadek nie kosztuje, a jej pijacki wyskok wciąż jest tylko fanaberią teatralnej diwy.