Szczękołamki
"Lolita", reż. Adrian Lyne. USA, 1997

Szczękołamki

Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz

Z jakichś powodów uwagi krytyków uchodzi, że zęby odgrywają w „Lolicie” Nabokova rolę szczególną

Jeszcze 4 minuty czytania

– Mogę pożyczyć ci swój język – powiedziała i tak zrobiła.
Vladimir Nabokov, „Ada albo Żar”

„Dla świata jak najbanalniejsza, tandetna, jak najtańsza z tanich spryciulek” – pisze o Lolicie zakochany Humbert Humbert, wychwalając w dziewczynce wszystko to, co jest przeciwieństwem czystości, głębi, szlachetności i harmonii, czyli klasycznego piękna. Najbardziej rozczulają go raczej oznaki niedoskonałości i zaniedbania: „upiorna wulgarność” dziewczynki, jej „infantylny i lubieżny” chód, odcisk spodni na skórze, komar we włosach czy kawałek starego plastra na pięcie. W nakręconym na podstawie „Lolity, czyli Wyznań wdowca rasy białej” filmie Adriana Lyne’a (1997) Dolores nosi aparat na zębach, a wystawiając w stronę Humberta drżący podbródek, pyta: „Mam tu syfka?”. Siłę nimfetki po części stanowi zatem nieznajomość konwenansów, nonszalancja wobec kobiecych ideałów, lekceważenie piękna jako doskonałości (zwłaszcza wypracowanej, której ucieleśnieniem jest jej matka Charlotte), po części zaś – zawadiackie niepodporządkowanie, mniej czy bardziej świadoma niezależność i wolność od reguł „dobrego smaku”. W poczuciu narratora Lolita – jako demon, a zarazem jako boleśnie typowa, uwielbiająca komiksy nastolatka – wprowadza w poukładany, mieszczański świat amerykańskiej prowincji element anarchii estetycznej. Jej dziecięca nieporadność okazuje się butną niepodległością, a jej „rozmemłane chandry”, „rozlazły styl” i całkowita kompatybilność ze światem reklamy – najbardziej przebiegłą spośród zastawionych na Humberta pułapek.

Lolita – jak większość dzieci i jak wszystkie demony – nie jest również, ujmując rzecz najoględniej, entuzjastką zbyt częstych kąpieli. Ręce w hotelu myje tylko dlatego, że spodobało jej się reklamowe mydełko. Kłóci się z matką o mycie głowy, a na brudnych paznokciach ma resztki starego lakieru. Zaskakuje zatem, że jednemu zabiegowi higienicznemu oddaje się z prawdziwym zapałem: zabieg ten to mycie zębów.

Z jakichś powodów uwagi krytyków uchodzi, że zęby w ogóle odgrywają w całej powieści rolę szczególną. Odwiedzony przez Humberta dentysta nazwa się Ivor Quilty (jego imię w oczywisty sposób nawiązuje do kłów słonia) i opisany zostaje jako „wujek czy kuzyn tego dramaturga” – czyli Clare’a Quilty’ego. Jako krewny znienawidzonego konkurenta zyskuje on wyjątkową moc, a jego zawód tylko zwiększa uosabiane przez niego zagrożenie. Doktor Quilty ma bowiem władzę nad tym elementem anatomii, który pozwala się bronić, który symbolizuje to, co dzikie, odsyłając do skojarzeń z polowaniem, walką, żarłocznością i barbarzyństwem. Może w majestacie prawa pozbawiać innych ich drapieżczej mocy, odbierać im ich naturalny oręż, a więc w sposób symboliczny kastrować. Gdy pałający żądzą zemsty Humbert szuka bratanka Ivora, nie zamierza jednak pokornie podporządkować się stomatologiczno-fantazmatycznej władzy tego ostatniego. W czasie wizyty udaje, że chce usunąć wszystkie zęby (byłby to olśniewający „sen dentysty jako artysty”), a gdy lekarz już zaciera ręce („jego stopa się kołysała, wzrok miał natchniony”), Humbert sam „kastruje” go kąśliwą uwagą: „Rozmyśliłem się. Wszystko to zrobi dla mnie dr Molnar. U niego wprawdzie drożej kosztuje, ale jako dentysta jest oczywiście bez porównania lepszy”. Narzędziem kastracji okazują się tutaj nie kleszcze dentystyczne, lecz cięty język (język zjadliwy, zgryźliwy, ostrzejszy niż kły Ivora) – podstawowa broń narratora „Lolity”, dumnie eksponowana przecież na każdej ze stronic powieści. „Usta moje były dla niego jaskinią skarbów niemalże bezcennych” – zdaje się potwierdzać to rozpoznanie Humbert – „lecz ja odmówiłem mu do niej wstępu”.

Największą moc mają jednak zęby Dolores. Mimochodem zaświadcza o tym zresztą jej matka, z lekceważeniem odnosząca się do wszelkich zachowań córki i zirytowana jej niesubordynacją. Charlotte chce, by doktor Quilty użył wobec Lolity swej „kastracyjnej” mocy: „W jesieni zwrócę się do niego, żeby założył Lo «sprężynki», jak to nazywała moja matka. Może to ją trochę okiełzna”. Rzeczywistym powodem założenia nimfetce aparatu ortodontycznego ma być zatem nie tyle wada zgryzu, ile buńczuczne usposobienie nastolatki. „Sprężynki” spełnią funkcję wędzidła czy kagańca, pozwalającego poskromić dziewczęcą dzikość. Ciekawe, że w filmie Lyne’a plan Charlotty został już realizowany: wargi Lolity odsłaniają ukryty pod nimi aparat przy pierwszym uśmiechu, jakim nimfetka obdarza oniemiałego z zachwytu Humberta. Atrybut ten nie kompromituje jednak Dolores; owszem, dodaje jej szczególnego uroku. Nimfetka od początku występuje tutaj zatem jakby w kagańcu – i od początku warto w tym dostrzec świadectwo zamieszkującego w niej, z trudem trzymanego w ryzach diabelskiego żywiołu.

Aparat Lolity zostaje zresztą doskonale wykorzystany w filmowych scenach flirtu dziewczynki z Humbertem. Nastolatka potrafi błyskawicznie zdjąć z zębów swoje druciane kiełzno i, korzystając z chwili matczynej nieobecności, wrzucić je zdumionemu mężczyźnie do kieliszka z szampanem, a po chwili bezczelnym kłapaniem szczęki domagać się, by bohater – już przy Charlotcie, a więc narażając się na blamaż – włożył je jej z powrotem do ust. Gdy przerażonemu, ale i zachwyconemu Humbertowi udaje się dyskretnie wepchnąć aparat na właściwe miejsce, znów pozbawiona możliwości wyraźnej artykulacji nimfetka zaczyna aktorsko powtarzać słowa mężczyzny – tak, że cook (kucharz) brzmi jak cock (kutas), a cała sytuacja nabiera bardzo dwuznacznego wydźwięku. Nim zaś pamiętnego ranka w motelu Zaklęci Łowcy Dolores, dosiadłszy Humberta, zademonstruje mu, czego nauczyła się na letnim obozie, bez odrobiny zażenowania, niemal ostentacyjnie zdejmie z zębów drucianą konstrukcję. Jak gdyby w tym, czego dokona za chwilę, kaganiec bardzo przeszkadzał. Jak gdyby wcale nie była Śpiącą Królewną, którą trzeba wyrwać z jakiegoś nieprzytomnego snu. I jak gdyby wzlatujący właśnie ku siódmemu niebu Humbert naprawdę miał się czego obawiać.

Lynn zwraca uwagę na zęby dziewczynki w inny jeszcze sposób: filmowa Lolita uwielbia cukierki zwane jawbreakers. Słowo to niektóre słowniki tłumaczą jako ‘ciągutki’, ale w przypadku tych twardych, głośno uderzających o zęby kulek, znacznie lepsze wydaje się określenie ‘szczękołamki’. Dziewczynka kupuje je na stacjach benzynowych, by potem energicznie i hałaśliwie obracać łakocie w ustach – zupełnie jakby wyczyniała akrobacje z własnym językiem – doprowadzając Humberta do wściekłości oraz zmuszając go do wydłubywania jej cukierków z ust. Słowo jawbreaker ma wszakże jeszcze inne znaczenie – odnosi się do trudnego do wymówienia słowa. Ucieleśniany przez Lolitę żywioł oralny znów staje się zatem żywiołem „Lolity” jako tekstu – tekstu naszpikowanego wyrazami dziwnymi, przekręconymi, fonetycznymi zagadkami, brzmieniami sprawiającymi kłopot; językowymi akrobacjami. I znów taktyka nimfetki zostaje w jakimś sensie przejęta przez samego narratora: oboje, choć każde w sobie właściwy sposób, z upodobaniem oddają się „łamaniu szczęk”, sprawdzając, na ile można sobie jeszcze z językiem pozwolić.

Ów żywioł oralny czyni oczywiście z Dolores Haze istotę nadzwyczaj żarłoczną; stanowi również czytelną aluzję do jej apetytu seksualnego. U Nabokova nimfetka bezkarnie raczy się słodyczami, u Lyne’a zaś albo namiętnie ssie lizaka, albo siada w nocy przy otwartej lodówce, po czym wyjada z niej lody i połyka maliny, zatknąwszy je sobie na czubki palców. Warto przypomnieć, że także Carmen Meriméego wydała któregoś dnia na słodycze w sewilskiej cukierni całe złoto i srebro, jakie akurat miała przy sobie, by potem objadać się łakociami „jak sześcioletnie dziecko”. W tym kontekście zdanie „Żebyś nie mówił matce, ale zjadłam cały twój bekon” wydaje się nadzwyczaj wymowne. A kiedy weźmiemy pod uwagę możliwość, że „bekon” odnosi się aluzyjnie do samego Humberta (choćby dlatego, że w potocznym angielskim zwrot to save one’s bacon oznacza ‘uratować własną skórę’), niewinna fraza zaczyna brzmieć w ustach nastolatki niemal jak ostrzeżenie.

Tymczasem Nabokov wyraźne nawiązuje do drapieżnych instynktów Dolores, do uosabianej przez jej nie tak dalekie krewniaczki – Meduzę, Lamię, Judytę, Salome czy Lulu – mocy pochłaniania, dekapitacji, kastrowania, a w wymiarze optycznym również oślepiania czy petryfikacji. W drugiej części powieści pojawia się na przykład zmyślona miejscowość Beardsley, gdzie Lolita uczęszcza do szkoły dla dziewcząt. Dewizę tej nowoczesnej placówki stanowią „cztery T: czyli Teatr, Taniec, Takt i Towarzystwo”. W oryginale mamy „cztery D”, Dramatics, Dance, Debating and Dating, a trzecie ze słów odnosi się nie tyle do dobrych manier, ile do kształcenia umiejętności językowych, do nauki prowadzenia pojedynków na słowa – a więc znów: do żywiołu oralnego. Nazwa miasteczka odsyła z kolei do nazwiska Aubreya Beardsleya, angielskiego rysownika i grafika, autora słynnych ilustracji zdobiących angielskie wydanie sztuki „Salome” Oscara Wilde’a z 1894 roku. Pośrednio jest to zatem aluzja także do samej Salome, która doprowadziła do dekapitacji Jana Chrzciciela – u Wilde’a nazwanego prorokiem Jokanaanem – właśnie dzięki uwodzicielskiej sztuce tańca.

Lolita jest zatem przede wszystkim ustami. Miękkość i delikatność języka jako narządu łączy się w niej z ostrością języka jako mowy – tak jak słodycz splata się z drapieżnością w doskonale opisującym Lolitę słowie cute (‘uroczy, sprytny, milusi’), które wywodzi się przecież z łacińskiego przymiotnika acutus  (‘ostry’). Ten rozumiany dwojako język okazuje się tutaj czymś rozszalałym, znakiem niedojrzałości, rozigrania, frywolności oraz eksperymentów z dźwiękiem. Fizjologiczny wymiar głosu stanowi u Nabokova podstawę i warunek wszelkiej zabawy. Językowe akrobacje „Lolity” zdają się odsyłać do językowych akrobacji Lolity: do ciągłego żucia gumy, lizania lizaków, ssania cukierków (czy – jak u Lyne’a – do sztuczek z aparatem ortodontycznym). Oba rodzaje ekwilibrystyki mają przy tym silne zabarwienie seksualne. Głoską uprzywilejowaną jest zaś l, rozpoczynające nie tylko imię bohaterki, ale i całą opowieść. Wskazuje ono na materialność języka i na erotyzm narządów mowy:

Lolita, light of my life, fire of my loins. My sin, my soul. Lo-lee-ta: the tip of the tongue taking a trip of three steps down to the palate to tap, at three, on the teeth. Lo. Lee. Ta.

W przekładzie Stillera:

Lolita, światło mego życia, płomieniu mych lędźwi. Mój grzechu, moja duszo. Lo-li-ta: czubek języka schodzący w trzech stąpnięciach wzdłuż podniebienia, aby na trzy trącić o zęby. Lo. Li. Ta.

Od głoski l rozpoczyna się, jak widać, także wiele innych Nabokovowskich słów-kluczy: light (‘światło’), life (‘życie’) czy loins (‘lędźwie’). Wyraźnie wybrzmiewa ono również w soul (‘dusza’) i palate (‘podniebienie’). Będzie poza tym powracać jako pierwsza litera słów language (‘język’ w znaczeniu ‘mowa’), lick (‘lizać’) oraz – dodatkowo podwojona w środkowej sylabie – w lollipop (‘lizak’). Jako jedyna głoska powtórzy się także w każdym w rozlicznych imion Lolity, przez co stanie się kolejną cechą dystynktywną dziewczynki. 

Druga występująca w imieniu nimfetki i wyzyskana w pierwszych frazach powieści spółgłoska – t – stoi niejako w opozycji do l. To właśnie od t zaczyna się bowiem tongue (‘język’ w znaczeniu ‘narząd mowy’). Jest ono przy tym – inaczej niż łagodne, podniebienne l – głoską zębową, a więc kojarzoną raczej z ostrością i gryzieniem. Ponieważ w imieniu „Lolita” pierwsze oraz drugie l to alofony i ich wymówienie wymaga dotknięcia językiem podniebienia w dwóch różnych miejscach, Nabokov może opisać proces wymawiania imienia ukochanej jako swoistą wędrówkę języka od ciepłego środka podniebienia ku zimnym i twardym zębom (the tip of the tongue taking a trip of three steps down to the palate to tap, at three, on the teeth). Język jest zatem od początku jednocześnie tym, co miękkie, i tym, co zwiastuje ostrość. Potrafi pieścić, ale też żądlić. Rozbudzać pożądanie swoim ciepłem i wilgocią – ale i ciąć niczym gilotyna.

Przez tę ambiwalencję staje się on instrumentem walki z prawem, znów w dwojakim sensie – chodzi bowiem zarówno o prawo moralne, jak i o reguły słowotwórstwa czy gramatyki. Dzięki swej szczególnej formie opowieść Humberta ośmiesza i demontuje uroczystą powagę dyskursu sądowniczego, w którym zamknięci są adresaci tekstu powieści, czyli członkowie ławy przysięgłych, a pośrednio również wszyscy praworządni obywatele. Bohater potrzebuje go wszakże – tak jak reguł języka – aby w ogóle zostać zrozumianym; aby odnaleźć partnera do gry; aby wyznanie mogło zyskać status perwersyjnej zabawy. Humbert-narrator nieustannie negocjuje z systemem językowym oraz systemem prawniczym, a liczne neologizmy, aliteracje, paronomazje i kalambury są dla niego narzędziem jednocześnie w obu typach walki. Konstruując tekst, odwołuje się bowiem przede wszystkim do zmysłu słuchu, wychodzi zatem poza domenę piśmienności – a zatem prawa, unifikacji, systematyzacji, trwałości, dojrzałości i dostojeństwa – by wkroczyć na terytorium mowy, definiowane tutaj jako przestrzeń idiosynkrazji, pomyłek, doraźności, partyzanckich wybryków, niesubordynacji, dziecięcej wolności i żartu. W tym sensie „Lolita” jest powieścią o brzmieniach szydzących z zapisanych słów, o wyższości dźwięku nad utrwalonym na kartce słowem, o przewadze języka i ust nad uzbrojoną w ołówek dłonią oraz śledzącym ciągi liter okiem.

Fragment pochodzi z książki „Pupilla”, która ukaże się w maju w wydawnictwie słowo/obraz terytoria.









Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.