Jak dla dzieci, to nie może być kiepskie
Igor Nikiforow i Jerzy Rogiewicz / fot. mat. promocyjne LADO ABC

Jak dla dzieci, to nie może być kiepskie

Rozmowa z autorami projektu Jerz Igor

Jerzemu Rogiewiczowi urodził się syn. Igor Nikiforow odnalazł dziecko w sobie. Na wydanie albumu z ich dziecięcymi kołysankami zrzuciło się trzystu dorosłych Polaków. W Dzień Dziecka duet Jerz Igor zadebiutował „Małą płytą”

Jeszcze 5 minut czytania

MARIUSZ HERMA: Macie dzieci?

IGOR: Mamy jedno.

JERZY: Ja mam Tadzika. Tadzik ma półtora roku i był powodem, dla którego powstał ten album. Narzeczona poprosiła mnie, bym nagrał mu płytę z kołysankami. Na zasadzie: jeśli wyjadę gdzieś na koncerty, to ona puści ją Tadzikowi i tata będzie mu śpiewał. Z Igorem znaliśmy się od dawna, a od jakiegoś czasu spotykaliśmy się wtedy na niezobowiązujących próbach. Stwierdziliśmy, że kołysanki to dla nas klucz do pewnej ekspresji, której jeszcze nie próbowaliśmy. Igor grał w Hokei czy Stworach, a ja w Levity i z Marcinem Maseckim. A to są zupełnie inne obszary.

IGOR: Inne pokłady wrażliwości.

Skąd wiedzieliście, że w ogóle są w was takie pokłady?

JERZY: Gdy poznałem piosenkowe płyty Jima O'Rourke'a – „Eureka”, „Bad Timing”, „Insignificance” – to coś we mnie drgnęło. Bo usłyszałem gościa, który nie jest wokalistą, a mimo to śpiewa we własnych piosenkach. Robi takie superprodukcje we własnym, małym studiu. I to był pierwszy impuls – że w ogóle tak można. No, a później Tadzik.

IGOR: Jechaliśmy samochodem i Jerzy powiedział: „Zgaduj”. Od razu zapytałem, czy będzie miał dziecko.

JERZY: To był maj 2012 roku. W sierpniu na Off Festivalu rozmawialiśmy już o konkretnych utworach. W październiku zaczęła się robota, Tadzik się urodził w grudniu, w lutym wszystkie utwory były gotowe. Nagrania w marcu i na pierwszy czerwca 2013 – kiedy opublikowaliśmy „Królewicza” – cała płyta była w zasadzie zrobiona.

Czyli „Małą płytę” tworzyłeś jako świeżo upieczony ojciec?

JERZY: Tak, śpiewałem synkowi te piosenki, odkąd się urodził. Poznał je w wersji demo i live, jak miał może miesiąc. Był naszym pierwszym słuchaczem. Teraz oczywiście poznaje je od razu – zaczyna machać rękami do rytmu, uśmiecha się, klaszcze.

IGOR: Podeszliśmy do tej płyty na luzie. Kleciliśmy wspólnie rozmaite motywy i motywiki. Dla mnie pewnym przełomem było nagrywanie tych szkiców, bo zacząłem wtedy rejestrować swój głos. Jakoś mnie to zaciekawiło. Poczułem, że w sumie chciałbym te piosenki zaśpiewać.

Był to debiut wokalny?

IGOR: Dla nas obu. Stanęliśmy pierwszy raz z mikrofonami. Miałem wprawdzie roczny epizod z wokalem w wieku 20-21 lat, gdy uciekłem z Polski na tak zwane saksy pracować w gastronomii. Tam w Irlandii poznałem ludzi z gitarami, trochę zafascynowałem się piosenkopisarstwem. Ale raczej po pracy, nocą, w zamkniętym pokoju. Potem śpiewałem już tylko w Warszawskiej Orkiestrze Rozrywkowej piosenki Becka, ale też gdzieś tam w tle.

JERZY: Ja mam z kolei za sobą długą edukację muzyczną. W tym systemie tak jakoś jest, że ogromną wagę przykłada się do gry na instrumencie, przy jednoczesnym olewaniu śpiewu. Wpaja się, być może nieświadomie, że śpiewanie to coś niezwykle trudnego. Nikt w szkole muzycznej nie lubi śpiewać. Dostajesz do czytania nuty, są z tego oceny, wszyscy oczywiście się z ciebie śmieją, że beczysz strasznym głosem. Odkorkowanie tego – że oto teraz śpiewam, bez poczucia żenady – zawodowych muzyków wiele kosztuje. Tego w ogóle nie rozumieją ludzie, którzy zajmują się muzyką, ale nie mieli do czynienia z formalną edukacją.

IGOR: Być może w grę wchodzi jeszcze stereotyp frontmana, gwiazdy, charyzmatycznej postaci na scenie.

JERZY: I cała napinka na śpiewanie, którą obserwujemy teraz w mediach. Nie ma czegoś takiego, że po prostu śpiewasz. Musisz śpiewać najlepiej. Masz cały ten program z jury, które mówi ci, że „słaaaabo”. Albo ekstra.

Tutaj zaśpiewaliście sami, ale teksty zamówiliście u innych.

IGOR: U mnie wynika to z tego, że nie chcę i nie potrafię pisać. Próbowałem i wydaje mi się, że nie powinienem. Poza tym podoba mi się formuła dzielenia się piosenkami. Dla wielu songwriterów byłoby to jakoś mało intymne. Ale dla mnie to superinspirujące. I fajnie rozkłada się odpowiedzialność: współpracujemy, rozmawiamy, wysyłamy sobie rezultaty. Podoba mi się ten model i chciałbym go w przyszłości kontynuować.

JERZY: Wymyśliłem pierwszy wers do piosenki „Pies”: „Dokąd biegnie pies, gdy śpi”. Wziął się z obserwowania mojego psa, który macha łapami przez sen. Potem próbowałem dopisywać kolejne linijki, ale brakowało im polotu.

IGOR: Może i nie brakowało, ale o tym nie wiesz. Ja swoich też nie sprawdziłem – od razu je wyrzuciłem.

JERZY: Zrobiliśmy konkurs. Poprosiliśmy przyjaciół, żeby napisali nam parę tekstów i potem się okazało, że dwa wyjątkowo trafiły. Na płytę trafił ten, który przyszedł po prostu pierwszy. Spodobała nam się ta formuła.

IGOR: Trochę retro.

JERZY: Tak, chociażby Burt Bacharach miał swojego tekściarza. Albo w Kabarecie Starszych Panów był wyraźny podział ról.

Wasi tekściarze dostali jakieś wytyczne?

JERZY: Dostali. Nie chciałem żadnych odniesień do współczesności – jakichś komórek, tabletów, komputerów i innych technologii. Chodziło o oderwanie od świata codziennego ku marzeniom. I niektóre piosenki są rzeczywiście dosyć absurdalne, niedopowiedziane. Jak „Dom” Adama Repuchy. Połowę tekstów napisała Joanna Halszka-Sokołowska. Bardzo oniryczne. Zresztą wszystkie utwory w założeniami są kołysankami albo piosenkami o zasypianiu. Oczywiście nie chcieliśmy, aby ta płyta totalnie usypiała.

Najpierw była muzyka czy słowa?

IGOR: Część piosenek powstawała do tekstów, część na odwrót.

JERZY: Czasem można poznać, które są które.

IGOR: Wiele zależy od tego, czy autora tekstu łączy coś z muzyką, czy ma szacunek do melodii. Niekiedy długo poprawialiśmy te teksty, szukaliśmy kompromisów. Bo ktoś na przykład nie chciał zrezygnować z ważnego słowa, które nam rozwalało koncepcję rytmiczną.

JERZY: Ostatni utwór „Północ” jest w ogóle po szwedzku. Napisała go moja narzeczona. To prosta kołysanka o różnych zwierzętach kładących się do snu. Nagrana jest właśnie z myślą o kimś, kto znajduje się już w stanie półsnu. Szwedzkie zdania brzmią trochę jak zaklęcia, takie usypianie tajemniczymi słowami.

Słów w ogóle nie ma w „Aaaaa”.

JERZY: Jedyna kołysanka bez tekstu.

IGOR: Taki skit (przerywnik na płycie hip-hopowej – przyp. red.). Chociaż Michał Kupicz – producent – uważał, że powinniśmy byli zrobić z tego całą piosenkę. Nagraliśmy to po prostu na mikrofon w laptopie. Spodobało nam się to w takiej wersji i postanowiliśmy ją zostawić. Było kilka piosenek nagranych w sypialnianych warunkach przy użyciu prostego rejestratora czy nawet zaszumionego laptopa. Nieraz podchodzisz do takiego dema niezupełnie poważnie, byle tylko zarejestrować pomysł. A potem okazuje się, że to w zasadzie to. Przy należytym nagrywaniu trochę byśmy z tego stracili, dlatego niektóre utwory zachowaliśmy w tamtych live'owych wersjach.

Fot. archiwum zespołu

Jesteście muzykami z mnóstwem różnych doświadczeń, a tu wszystko wygląda tak, jakbyście nagrywali swoją pierwszą płytę.

IGOR: Bo to coś zupełnie nowego. Dotąd chowałem się za perkusją i plecami kolegów, którzy machali wokół mnie gitarami. A to jest rzecz bardzo... Musiałem skomunikować się z własnym dzieckiem w środku, od którego w ciągu tych ostatnich lat uciekłem. Najbardziej infantylnym i ckliwym Igorem, jaki istnieje. Koniec końców jest mi z tym dobrze. Chociaż długo się obawiałem, jak to będzie – wyjść z tym na scenę. Poza tym to moja pierwsza autorska rzecz z własnymi piosenkami. Uruchomiłem siebie w stu procentach.

JERZY: Candelaria z Paris Tetris stwierdziła w jednym z wywiadów, że pewne rzeczy zaczyna się robić po trzydziestce. Nie masz już takich skrupułów i młodzieńczego zażenowania, zatroskania o własny wizerunek.

IGOR: I nie przepuszcza się już wszystkiego przez kolegów.

JERZY: Jak się jest poważnym za młodu, to po trzydziestce można się w końcu trochę powygłupiać.

IGOR: I buntownikiem nie chce się już za bardzo być.

JERZY: A przynajmniej ma się do tego buntu dystans. Nie podchodzi się do niego i do siebie aż tak poważnie. Można robić rzeczy z pewną swobodą, luzem – radością. Na przykład wyjść na scenę i zaśpiewać piosenkę o sowach. To uwalnia kreatywność.

Dla kogo jest „Mała płyta”?

IGOR: Może powtarzam to za często, ale to miały być piosenki dla dorosłego w dziecku i dziecka w dorosłym. Trochę odpoczęła ta płyta, bo przez ostatni rok zajmowaliśmy się głównie sprawami wydawniczymi. I gdy słucham jej teraz w należytej formie – zwyczajnie cieszę się z tych piosenek. Różnych rzeczy, które Jerzy wysiedział, gdy ja wyszedłem już z próby.

Jerzy Rogiewicz
i Igor Nikiforow

Pierwszy był perkusistą tria Levity i jako członek licznych projektów Marcina Maseckiego (Profesjonalizm, Polonezy, Warszawska Orkiestra Rozrywkowa). Urodzony w Bydgoszczy, studiował kompozycję na Akademii Muzycznej w Krakowie, by następnie wyemigrować do Warszawy. Drugi współtworzy postrockowy kwartet Hokei, a na co dzień pracuje jako menedżer artystyczny stołecznego klubu Cafe Kulturalna. Obaj kojarzeni ze środowiskiem stołecznego wydawnictwa Lado ABC.

JERZY: Samo zastanawianie się – płyta dla dzieci czy dla dorosłych? – od razu tworzy dwie przeciwstawne grupy, które może wcale takimi nie są. Wśród dzieci jest taka sama różnorodność osobowości i potrzeb, jak wśród dorosłych. Jak miałem osiem lat, zupełnie na poważnie interesowałem się Iron Maiden. Kto by się spodziewał, że dziecko będzie słuchać „Live After Death” z winylu. Ale fascynował mnie też Kabaret Starszych Panów, a wcześniej Beatlesi. I o takich dzieciach myśleliśmy. Które zainteresują się nią dla różnych brzmień i melodii, siedząc z książeczką w dłoniach i ze słuchawkami na uszach. Bo takiego siebie zapamiętałem. Na pewno nie był to pomysł na płytę dla masowego odbiorcy. Zrobili ją w końcu ludzie, którzy wychowali się na alternatywnej muzyce.

IGOR: Jako dziecko uwielbiałem jeździć samochodem i piosenka „Tęcza” miała nawet roboczy tytuł „Samochodowy”. Była pomyślana właśnie na wycieczki samochodowe, do zasypiania z głową opartą o szybę i patrzenia kątem oka na to, co się dzieje za oknem. W takiej sytuacji bierze się oczywiście pod uwagę także dorosłych, bo ci najmłodsi rzadko słuchają muzyki sami. Musi być dla nich przynajmniej znośna.

Samochód to skądinąd świetne miejsce do słuchania.

IGOR:  Jakieś 90 proc. muzyki poznałem w samochodzie. Przy moim temperamencie lokomocja to jedyny ratunek. Nie siadam w domu i nie wyłączam światła, aby kontemplować. Jak mam fajną płytę, to tankuję za 20 zł i idę słuchać w samochodzie, krążąc po mieście.

Jerz Igor, „Mała płyta”, LADO ABC 2014JERZY: Chcieliśmy jakoś połączyć publiczność dziecięcą z dorosłą. Pierwszy raz o muzyce dla dzieci pomyślałem dobre 10 lat temu, kiedy urodziła się moja siostrzenica. Dostała mnóstwo płyt i jak zacząłem sobie to puszczać... Przypominało to jakiś generator MIDI. Bardzo zła muzyka, ubogie brzmienie. Coś w rodzaju: „Aha, jak dla dzieci, to może być kiepskie”. Dla nas to niezrozumiałe. Dlaczego dzieci miałyby słuchać czegoś kompletnie niezrozumiałego dla dorosłych? Popatrz na „W czasie deszczu dzieci się nudzą” czy „Tanie dranie” Kabaretu Starszych Panów. Kochałem je w dzieciństwie i wciąż na mnie działają.

Płytę wydajecie po części dzięki pieniądzom, które zebraliście poprzez serwis Polak Potrafi. Jak wam się podobała ta przygoda z crowdfundingiem?

IGOR: Myśleliśmy o nim już wcześniej, ale odrzuciliśmy początkowo ten pomysł. Nowe, nieznane. Sam jestem raczej zachowawczy w takich sprawach.

JERZY: A przede wszystkim Jerz Igor był wtedy jeszcze projektem anonimowym. I takim miał pozostać.

IGOR: Przez crowdfunding musielibyśmy z anonimowości zrezygnować. Szukaliśmy więc innych możliwości. To się przeciągało i w końcu stwierdziliśmy, że płyta za długo kurzy się na półce. Zrobimy to sami – z ludźmi.

JERZY: Po prawdzie wybrzydzaliśmy trochę. Bo nie chcieliśmy wchodzić w żadne deale reklamowe. A z drugiej strony nie byliśmy w stanie wydać tej płyty w tak bogatej oprawie graficznej bez zewnętrznego wsparcia. Powrócił temat crowdfundingu i okazał się zupełnie oczywistym rozwiązaniem. Ludzie się przyłączają, jeśli widzą sens pomysłu, a jednocześnie trochę go weryfikują. Była oczywiście obawa, że się nie uda. Bo co to oznacza? Że to nie jest do końca potrzebne?

IGOR: Dzisiaj zupełnie inaczej byśmy do całej sprawy podeszli. Na przykład zadbalibyśmy o lepszy kontakt z darczyńcami. Cieszyliśmy się każdą wpłatą, a nie wiedzieliśmy – szkolny błąd – że możemy za nią od razu podziękować.

JERZY: W ogóle scenariusz tej zbiórki był trochę jak z filmu. Szybko się rozpędziliśmy i nabraliśmy entuzjazmu, a potem emocje stopniowo opadały i w końcu okazało się, że jest naprawdę źle. Zebraliśmy 50 proc. kwoty i pojawiło się pytanie, skąd weźmiemy drugą połowę. A na koniec był zryw, punkt przełomowy – i udało się.

Skąd ten zryw?

IGOR: Zaczęliśmy pracować, rozsyłać, linkować, działać. Sam miałem wtedy okres dużej zajętości, ale Jerzy nie mógł znieść, że to stoi w miejscu. Wytłoczył płyty CD-R, wydrukował ulotki i objeździł wszystkie parki w Warszawie, rozdając rodzicom singielki i opowiadając, że jeśli im się spodobają, to mogą pomóc nam w wydaniu całej płyty. Taka analogowa akcja w tak bardzo wirtualnej kampanii.

JERZY: Chodziłem oczywiście w określone miejsca, które na przykład sam odwiedzałem z rodziną. Spotykały mnie bardzo entuzjastyczne reakcje. Oczywiście część osób nie mogła uwierzyć, że dostają dwa utwory za darmo i nie ma w tym żadnego haczyka. Pozytywne doświadczenie. Gdybyśmy to przewidzieli, to już pierwszego dnia ruszylibyśmy na miasto.

IGOR: Tym bardziej że ci ludzie wrzucali potem zdjęcia na Facebooka i to uruchamiało innych, którzy Jerzego nigdy nie spotkali.

Chodziłeś z Tadzikiem?

JERZY: Nie, ale miałem pomysł zabierania psa. Bo wiadomo, pies dodaje 10 punktów do sympatyczności.

Ile takich singli rozdałeś?

JERZY: Około setki. I następnego dnia – wow! – pojawiło się chyba czterdzieści nowych wpłat.

IGOR: Nagraliśmy też krótkie wideo, jak gramy w piwnicy „Sen”. Zmontowaliśmy to z orkiestrową końcówką z płyty, bo nie było nas stać na opłacenie muzyków, którzy przyszliby zagrać na żywo. I to nagranie też zażarło.

Macie pojęcie, kto tę płytę wam sfinansował?

JERZY: Znajomi, bliżsi lub dalsi.

IGOR: Sprawdzaliśmy to wczoraj, jest ich tam sporo.

JERZY: Ale też bardzo wielu nieznajomych. I to jest super. Bo nie jest tak, że złożyła się głównie rodzina i przyjaciele, przyłączyło się wiele zupełnie obcych osób. Co rodzi poczucie odpowiedzialności. Ale mamy nadzieję, że spodoba im się ta płyta. Są jej współproducentami.

Przebiegniemy na koniec po wszystkich dwunastu utworach? Dla fanów? Najpierw są „Księżyce”.

IGOR, JERZY (równocześnie): Kosmiczna wyliczanka.

„Sen”?

IGOR: To jest trudne, jak się nie ma dystansu.

JERZY: Bo to dla nas bardzo emocjonalny i ważny utwór. Z bardzo wielu względów. No i kiedy pokazaliśmy „Sen” po „Królewiczu”, ludzie totalnie na niego zareagowali.

„Krowa”.

IGOR: Od niej wszystko się zaczęło. Jeszcze gdy spotykaliśmy się z Jerzym w Nowym Wspaniałym Świecie, żeby coś sobie pograć. Wziąłem akustyczną gitarkę, ale ten szkic był dla mnie stanowczo za szybki i za trudny. Powiedziałem więc do Jerzego: „Zagraj najwolniej, jak potrafisz”. I to już była pierwsza kołysanka.

„Sowy”.

JERZY: Uśmiech.

IGOR: Uśmiechamy się przy tej piosence, zawsze. Moja dziewczyna też. Wczoraj ją na tym przyłapałem. Jechałem skuterem, dojechałem do świateł i ona tam stała samochodem. Z głośników akurat leciały „Sowy”. Zobaczyłem nawet głośność: 49 na 60.

Potem stoi „Dom”.

JERZY: To chyba twoja pierwsza ważna piosenka?

IGOR: W ogóle moja pierwsza piosenka. Przysiadłem w domu z instrumentem i potem przyniosłem coś na próbę. Nie chciałem jej zresztą nikomu pokazywać, ale mój znajomy usłyszał to na dyktafonie i stwierdził, że jest naprawdę OK. Dla mnie to było za proste. Szanty jakieś.

JERZY: Piękna piosenka! Jedna z ulubionych dla wielu osób.

IGOR: Dość smutna. Ale jak sięgałem pamięcią do dzieciństwa, to zapamiętałem właśnie te najsmutniejsze. Co pewnie wynika z mojej wrażliwości. Przy czym wydaje mi się, że warto uczyć dzieci przeżywać takie emocje. W zdrowy sposób odklejać się od tego smutku, a nie uciekać od niego na przykład w ekran tabletu.

„Woda”.

JERZY: Kolejny smutny utwór.

IGOR: Ale lżejszy. Jak tego słucham, to – płyną łzy, niech płyną. Napisał go Jerzy. Chociaż generalnie postanowiliśmy, że nie będziemy tych utworów dzielić według autorstwa. I tak przez cały czas pomagaliśmy sobie. To są nasze piosenki. Ale jeśli ktoś nas zna... Macio Moretti od razu wychwycił te czy inne odniesienia. No i zdaniem niektórych mamy podobny tembr głosu.

JERZY: Tworzy się więc postać Jerzego Igora.

IGOR: Artur Rojek ogłaszał niedawno nasz koncert na Offie i zapowiedział go jako solowy koncert Jerzego Igora. Bardzo mi się to spodobało.

„Tęcza”.

IGOR: Czyli niedoszły „Samochodowy”. Poza tym, że pędzi, to jedna z tych demówek, które postanowiliśmy pozostawić na płycie mniej więcej w pierwotnym kształcie.

Dalej omawiany już „Pies”.

JERZY: Druga rzecz, która nam się narodziła. Długo ta melodia nie miała słów – poza wspomnianym początkiem – śpiewałem ją więc na „aaaaa”.

IGOR: Mimo braku tekstu mieliśmy fajne dema. Naszych znajomych totalnie wzruszały już pierwsze wersje. Chcemy zresztą wykorzystać fakt, że mamy do „Psa” kilka tekstów. Będzie go można wykonywać na wiele sposobów, bo sama kompozycja jest bardzo stabilna i ciekawa.

„Cisza”.

JERZY: Kojarzy mi się z „Portlandią”. Oglądałeś? Taki świetny serial o Portland jako najbardziej hipsterskim mieście. Wyśmiewał wszystkie rzeczy, którymi teraz jara się Warszawa. Czyli jakieś wegańskie jedzenie, feministyczna księgarnia, ostre koło. I tam w jednym odcinku pojawia się wątek rodziców, którzy postanawiają założyć zespół grający „ambitną” muzykę dla dzieci. Coś jak my.

IGOR: Tym zespołem są Dirty Projectors z Nowego Jorku. A ja miałem Krzysztofa Antkowiaka w głowie, kiedy to nagrywaliśmy. Czyli trochę z przymrużeniem oka. To jest też kawałek, w którym – na zamówienie Jerzego – najbardziej słychać rok 2013. Sam wokal nagraliśmy na mikrofon laptopa. Jak się wsłuchasz, wychwycisz stukanie w klawiaturę.

Słynny „Królewicz”!

JERZY: Ten kawałek jest najbardziej JerzemIgorem. Robiliśmy go...

JERZY, IGOR (równocześnie): ...nutka po nutce razem.

IGOR: Omawialiśmy każdy dźwięk. Kłóciliśmy się o pauzy, ile mają trwać. A wziął się stąd, że byliśmy zmęczeni totalnie i Jerzy ot tak zaczął grać bossa novę na klawiszach. To ja siadłem do bębnów. Później otworzyłem SMS-a z tekstem Kamila Gamzy i zacząłem do tego śpiewać.

JERZY: Na początku nie traktowałem tego kawałka poważne. Ale potem stopniowo się rozrastał, doszła ta część końcowa inspirowana muzyką brazylijską z lat 70. Fajne doświadczenie. Nie było tak, że ktoś przyniósł swój pomysł i drżącymi rękami pokazywał swoje dzieło.

I wreszcie szwedzka „Północ”.

JERZY: Wymarzyłem sobie w niej chór puzonowy, no i smyczki przypominające temat ze „Snu”. Pewne wspomnienie, które powraca w zupełnie innym kontekście. Taka piosenka na koniec.

Czy ta płyta nie jest najfajniejszą, jaką dotąd nagraliście?

IGOR: Szczerze? Dla mnie tak. Wynika to przede wszystkim z tego, że jest w niej kawał mnie. Bo jednak granie na perkusji... Mam świetnych kolegów w rozmaitych zespołach, ale ten album trochę mnie zdystansował do instrumentów, liczenia metrum, takich tematów. Rozumiejąc swój wiek i moment, w którym jestem, czuję, że to czas na robienie osobistych rzeczy, a nie chowanie się za plecami kolegów.

JERZY: Dla mnie różne istotne elementy spotkały się tu w jednym miejscu i w jednym czasie. Dzięki czemu ta płyta w jakimś sensie sama się zrobiła. Włożyliśmy ogromny wysiłek w jej wydanie, ale muzyka powstawała jakby naturalnie, w bardzo przyjemnych okolicznościach.

IGOR: Przedwczoraj przyszły do nas te płyty. Miałem naprawdę zły nastrój, bo różne rzeczy się ostatnio zwaliły na głowę – jesteśmy dorośli, Jerzy ma dziecko, ja mam półtorej pracy i trzy zespoły. Ale natychmiast dostałem pozytywny impuls spokoju. I zaufania temu, co się dzieje. 

Myślicie już o ciągu dalszym?

IGOR: Myślimy.

JERZY: Tylko że następna płyta też musi mieć konkretną dedykację. Więc albo Igor weźmie to na siebie, albo ja. Musi być mały adresat.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.