Głośno, cicho, głośno
Fot. mat. promocyjne

Głośno, cicho, głośno

Emil Macherzyński

Internet zamienił zespoły w hologramy zatrzymane w latach swojej świetności. I choć zapożyczenia z przeszłości są w muzyce normą, nigdy nie traktowano ich tak dosłownie. Przykładem nowa płyta Pixies i nierealne oczekiwania, które wobec niej postawiono

Jeszcze 3 minuty czytania

Albumowy powrót Pixies przypomniał o największej obsesji naszych czasów – tęsknocie za wyidealizowaną przeszłością, mitycznymi wydarzeniami, których osobiście nie pamiętamy. Choć żyjemy w najlepszych czasach pod względem łatwości dostępu do muzyki, to przywracanie mitycznego „kiedyś” kusi. I raz na jakiś czas sprowadza nas na ziemię. Tym razem w postaci pierwszego od ponad 20 lat albumu grupy Pixies „Indie Cindy”.

Kwartet z Bostonu zawiązał się dzięki ogłoszeniom i przez sieć koneksji. Można w tym upatrywać przyczyn tego, z jaką łatwością się później kłócili i rozpadli. W zawiązanym w 1986 roku składzie znaleźli się znajomi ze studiów – lider Charles Thompson IV i gitarzysta Joey Santiago oraz basistka Kim Deal z perkusistą Davidem Loveringiem. Ci dwaj ostatni trafili do grupy dzięki ogłoszeniom w gazecie.

Już po nagraniu pierwszej demówki Pixies podbili serca jednej z największych wytwórni płytowych zajmujących się muzyką niezależną 4AD (domu m.in. Cocteau Twins i Dead Can Dance). Ciężko się w sumie dziwić – brzmieli i nadal brzmią na tamtych nagraniach jak nikt inny. Stworzyli specyficzną mieszankę hardcore’owej wściekłości i prędkości, ładnych melodii w stylu Neila Younga, surfrockowej swady i surrealistycznego szaleństwa w stylu Zappy.

Pixies opatentowali słynną rockową dynamikę „głośno-cicho-głośno”, tak często wykorzystywaną potem przez chociażby Nirvanę i Weezer. Zwrotki i refreny dzieliło kilkadziesiąt decybeli na korzyść tych drugich. Nie wymyślili jej, ale na pewno doprowadzili do perfekcji, punktując nią co istotniejsze fragmenty swoich utworów. Surowe, zwierzęce ujęcie chwytliwego brzmienia zespołu na „Surfer Rosa” zrobiło z producenta Steve’a Albiniego chyba najpopularniejszego inżyniera dźwięku w historii muzyki niezależnej, a z zespołu pupilków krytyki. Druga płyta „Doolittle” była wyprodukowana i napisana znacznie ambitniej. Utwory były zróżnicowane i dojrzałe. Jedyny minus tego albumu to to, że potwornie się zestarzał – dziś brzmi tak, jak wyobrażamy sobie, że brzmiała muzyka w latach 80. Wszystko brzmi gigantycznie i najeżone jest modnymi wtedy efektami pogłosowymi, używanymi bez jakiejkolwiek subtelności. Debiut za to okazał się ponadczasowy.

Wpływ Pixies na muzykę gitarową był gigantyczny. Zamiast wylewać otwarcie swoje frustracje zamieniali je w surrealistyczne manifesty pełne odniesień do „Psa Andaluzyjskiego” („Debaser”), Biblii („Monkey Gone To Heaven”, „Nimrod’s Son”) i kosmitów („Manta Ray”), przenosząc ciężar emocjonalny na samą muzykę. Muzykę zachwycającą niezwykłą przejrzystością, jednocześnie będącą ewidentnie dziwną i pełną nieoczywistości. Pixies zgodnie z zasadą „maksimum treści” starali się grać jak najzwięźlej, nierzadko wymyślając utwory liczące mniej niż 2 minuty, pozbawione zbędnych ozdobników.

Bycie pupilkiem krytyki nie zaowocowało jednak stabilizacją finansową. Płyty sprzedawały się nieźle jak na niezależne standardy, ale poza entuzjastycznie nastawioną do Pixies Wielką Brytanią zespół był skromnym bohaterem nie przebijającym się do masowej świadomości. Do ich największego sukcesu można zaliczyć „prawie dostanie się” do słynnego „Top of the Pops”, programu który w tamtym okresie kreował gwiazdy. Ich szanse przekreśliła niechęć do robienia teledysków. Poproszeni o wideo do piosenki „Velouria” po prostu spowolnili kilkunastosekundowe ujęcie zespołu biegnącego przez górę do 3 minut. Ruch robiący wrażenie bezczelnością, ale też bezsensowny z punktu widzenia kariery. Nic dziwnego, że nie dostali się do telewizji.

Kwartet z przypadku dosyć szybko zaczął się gubić. Występujący jako Black Francis lider Charles Thompson IV zaczął rządzić w zespole twardą ręką, co zaowocowało starciami z ambitną basistką Kim Deal.

„Kompromis”, pozwalający na kontynuowanie działalności, został osiągnięty, dopiero gdy kontrolę nad całą grupą przejął Francis. Deal swoje ambicje musiała realizować gdzie indziej – w The Breeders. Projekcie, który miał szybko przyćmić znajdujące się na równi pochyłej Pixies. Wydane w 1990 roku „Bossanova” i rok później album „Trompe Le Monde” wyszły w przededniu mody na grunge i przepadły niezauważone (choć w Europie udawało im się zajść nawet wysoko na listach sprzedaży). Sekcja rytmiczna Deal-Lovering o rozwiązaniu grupy dowiedziała się z wywiadu, jakiego dla BBC udzielił Black Francis. Potwierdzonego potem faksem wysłanym w styczniu 1993 roku przez management.

Życie po Pixies potoczyło się dla jego członków różnie. Kim Deal przez kilka chwil cieszyła się statusem megagwiazdy po nagraniu z The Breeders w 1993 roku wielkiego hitu, emitowanej na okrągło przez MTV piosenki „Cannonball”. Potem popadła w uzależnienia od różnych substancji i zniknęła z życia publicznego na długie lata. Frank Black (tak zmodyfikował swój pseudonim Black Francis) zaczął nagrywać dziesiątki płyt solowych, jednak nigdy tak dobrych ani popularnych jak muzyka jego pierwszego zespołu. Gitarzysta Joey Santiago zajął się tworzeniem muzyki do telewizji. A perkusista David Lovering został... iluzjonistą.

Jak to się stało, że Pixies z zespołu kultowego, ale nigdy specjalnie popularnego, wyrośli na jedną z najbardziej rozchwytywanych grup rockowych? Pierwsze dwie płyty z czasem obrosły legendarnym statusem. Pomogli w tym sławni fani. Na wpływ ich muzyki powoływał się m.in. David Bowie czy grupa Placebo. Największym komercyjnym sukcesem zespołu było jednak znalezienie się na ścieżce dźwiękowej do filmu „Fight Club” Davida Finchera w 1999 roku. Choć zostali pominięci na wydaniu CD, ich utwór „Where is My Mind” przygrywał w tle finalnej sceny, słyszany przez miliony ludzi (dziś to największy przebój grupy, choć w czasach pierwszej inkarnacji zespołu bardziej popularne były choćby „Gigantic”, „Monkey Gone To Heaven” czy „Here Comes Your Man”). Epizod w „Fight Club” był momentem ruszenia kuli śnieżnej.

Pixies stopniowo stali się symbolem fajnej, dziwnej niezależności i talentu wyrastającego z boomu gitarowego lat 80. Nie przez przypadek wokalista zespołu Dandy Warhols śpiewał na jednej z płyt, że chciałby mieć dziewczynę, która „będzie cool jak Kim Deal”.

Kiedy reaktywowali się w 2004 roku, wyszli z klubów od razu na stadiony i jako główne gwiazdy festiwali. Przyciągali coraz większe tłumy dzieciaków zachęconych przez prasowe opowieści, rekomendacje Davida Bowie, Placebo coverującego „Where is My Mind?” czy Kurta Cobaina (który przyznał, że bez Pixies nie byłoby „Smells Like Teen Spirit”). Pomijając jednak nieudaną próbę pojawienia się na soundtracku do „Shreka” (z fenomenalnym utworem „Bam Thwok” ręki Deal) zespół zachowywał się, jakby nie miał zamiaru tworzyć nowej muzyki. Odcinali raczej kupony od popularności zbudowanej w czasie swojej nieaktywności (reedycja albumu „Surfer Rosa” pokryła się nawet złotem w Stanach). Teraz trzon jego fanów stanowili już nie tylko studenci, ale też ludzie o 15 lat starsi, dla których kupno biletu na koncert Pixies czy reedycji któregoś z klasycznych albumów było nostalgiczną wycieczką.

W międzyczasie ukazał się dokument „loudQUIETloud” opowiadający o zespole po reaktywacji. Film przedstawiał ich jako osoby mające niewiele ze sobą wspólnego, niechętnie spędzające razem czas, a nawet mające problemy ze zwykłą komunikacją. Nic dziwnego, że jak głosiły plotki, nikt poza Blackiem nie palił się do robienia nowego materiału. Dlatego kiedy dopiął swego i zaciągnął zespół do studia, znowu przejął całkowitą kontrolę – Kim Deal odeszła, nie podając oficjalnej przyczyny.

Pixies „Indie Cindy”, Pixiesmusic/PIAS 2014Wydane w końcu w tym roku „Indie Cindy” jest zaskoczeniem. Choćby ze względu na formę promocji. Płyta ukazała się bez żadnych zapowiedzi. Wiele z utworów, które na nią trafiło, funkcjonowało najpierw w formie publikowanych w internecie EP-ek, zebranych potem w album. Ale interesujące jest też to, że zespół wcale nie stara się nawiązywać do swoich klasycznych albumów i grać tak jak w latach 80. (może poza powrotem do tematyki UFO). „Indie Cindy” ma swoje pozytywy. Pełne jest różnego rodzaju odważnych skoków stylistycznych, choćby w stronę pokracznie wykonanego rapu czy thrash metalu. Może faktycznie tak by brzmieli, gdyby przez ostatnie dwie dekady nagrywali nową muzykę? Z drugiej strony, czy byliby wciąż otoczeni takim kultem, gdyby największą ich zaletą była tylko stylistyczna odwaga? Trudno zrozumieć, czemu ten projekt wciąż nosi nazwę Pixies. Ponieważ jest to po prostu… kolejna solowa płyta Franka Blacka. Jedyne, co odróżnia ją od nawałnicy jego projektów z ostatnich lat, to personalia (trzy osoby z oryginalnego składu) i fakt, że usłyszało ją naprawdę wiele osób. Osób w dużej mierze zawiedzionych, a nawet zażenowanych. Taka przynajmniej jest reakcja większej części krytyki i fanów. Chyba jednak nie do końca słuszna.

Po reaktywacji w 2004 roku fani i media nadmuchały wielki balon oczekiwań wobec nowej płyty Pixies. Portale internetowe śledziły każdą plotkę, która miała wskazywać na to, że zespół poważnie myśli o nagraniu nowego materiału. Tak jakby jego powstanie miało nas cofnąć do złotej ery niezależnego rocka przełomu lat 80. i 90. Tymczasem solowe płyty Franka były hermetycznymi opowiastkami dla garstki fanów. Również Kim Deal nie nagrała od dawna niczego interesującego – ani w Breeders, ani w innych projektach. Joey Santiago praktycznie znikł, uaktywniając się na chwilę z rozczarowującym projektem The Martinis w 2005 roku. David Lovering oddawał się pracy iluzjonisty, nie bębniąc profesjonalnie od końca lat 90.

Internet postawił wszystko na głowie. Zamienił zespoły w hologramy zatrzymane w latach swojej świetności. W Polsce jeszcze 10-15 lat temu wpływ Pixies można było usłyszeć w twórczości niewielu grup – na pewno Happy Pills, może też Starych Singers. Teraz stali się grupą słuchaną przez studentów i licealistów, wypisujących na stronach festiwali prośby o sprowadzenie Pixies (i wreszcie zostały one wysłuchane – zagrają u nas 13 czerwca na Stadionie Narodowym). Różnego rodzaju książki i publikacje, z czasem także serie koncertów i festiwale (seria koncertów Don't Look Back, festiwal All Tomorrow Parties, nasz OFF Festival) stworzyły wielki przemysł muzycznej nostalgii. I choć zapożyczanie i odniesienia do przeszłości są w muzyce normą od czasów The Beatles, nigdy chyba nie traktowano ich tak dosłownie. Trudno dziś wymienić legendarny zespół z przeszłości, który się nie reaktywował albo nie ma tego w planach.

Gdyby istniała jakaś sprawiedliwość, „Indie Cindy” zakończyłoby modę na nostalgię. Myślę, że to właśnie spróbowali zrobić Pixies. Jakby chcieli powiedzieć „nie będziemy oglądać się wstecz, tylko robić to, co czujemy w danym momencie. Nawet jeżeli jesteśmy obecnie w formie dalekiej od tej z końcówki lat 80.”. Osobiście nie miałem wobec „Indie Cindy” żadnych oczekiwań. Słuchało mi się jednak tej kolekcji piosenek najpierw z zaciekawieniem, a potem i przyjemnością. Ten zespół z pewnością nie jest tym samym, czym był w latach 80., choć może jego słuchacze woleliby, żeby czas dla Pixies zatrzymał się jak na jakiejś nostalgicznej pocztówce. Lepiej jednak poszukać nowych bohaterów, wśród ludzi, którzy swoje najlepsze lata przeżywają teraz.