Miesiąc w kościele
fot. Moazzam Brohi / Flickr Attribution 2.0 Generic

Miesiąc w kościele

Jakub Socha

Choć mistrzostwa świata w snookera rozgrywane są co rok, to i tak trudno im konkurować z mundialem. Może właśnie dlatego, że tyle trzeba na niego czekać. A może dlatego, że podczas meczów rozgrywanych na mistrzostwach piłka szlachetnieje

Jeszcze 3 minuty czytania

W pierwszych mistrzostwach świata w piłce nożnej, które odbyły się w 1930 roku w Urugwaju, uczestniczyły zaledwie cztery drużyny z Europy. I to nie dlatego, że wygrały eliminacje, bo takowych wtedy nie rozgrywano; po prostu nie było więcej chętnych. Ci, którzy odmówili udziału, tłumaczyli się rozmaicie. Jedni – względami finansowymi i niechęcią do wystawiania piłkarzy na pokusy, które ponoć miały na nich czyhać w Montevideo, inni – lękiem, że uczestniczący w turnieju zawodnicy mogą stracić swoje dotychczasowe miejsca pracy. Tak, to były czasy, kiedy z samej piłki trudno było wyżyć. Na imprezę wyruszono na dwóch statkach. Jugosłowianie na jednym, reszta (Belgowie, Francuzi, Rumunii, trzech sędziów i Julius Rimet, ówczesny szef FIFA, pomysłodawca imprezy, który wiózł mistrzowski puchar w jednej ze swoich walizek) na drugim. Na „Conte Verde”, którym podróżowała większość Europejczyków, na gości czekały zatrudnione przez armatora niespodzianki: trzech śpiewaków operowych i rumuńscy trubadurzy, którzy mieli występami umilać drogę. Rejs trwał czterdzieści dni, a mimo to sportowcy opowiadali później, że nie mieli specjalnie czasu na treningi. Jeżeli coś się trenowało, to raczej wątrobę.



Po tamtej przygodzie, po tamtych amatorach, statkach i siwym adwokacie z Francji, który wierzył, że piłka nożna może pomóc w rozwoju moralnym młodzieży, niewiele zostało. Wszyscy latają samolotami, piłkarze zarabiają kokosy, FIFA przypomina organizację niemalże mafijną, która dba jedynie o własny interes, sama zaś impreza, rozrośnięta do zawstydzających rozmiarów, zupełnie jak na koksie, coraz bardziej istnieje tylko po to, żeby kilkudziesięciu panów mogło napchać sobie i tak już mocno napchane kieszenie. W Brazylii, która jest gospodarzem tegorocznej imprezy, w kraju, gdzie piłka jest niemalże religią, już od dawna trwają protesty. Brazylijczycy, rozczarowani korupcją, oburzeni absurdalnie wzrastającymi kosztami organizacyjnymi, barbarzyńskim niszczeniem domów, przymusowym przesiedlaniem ludzi, stracili cierpliwość i wyszli na ulicę.

Oczywiście, tej imprezie od zawsze towarzyszą kontrowersje, rzadko była rozgrywana pod bezchmurnym niebem. W 1934 roku mistrzostwa odbywały się w cieniu Mussoliniego, w ’78 – argentyńskiej junty. Impreza w RPA skończyła się skandalem, gdy okazało się, że zarobiła na niej tylko FIFA; turniej, który ma zostać rozegrany w 2022 roku w Katarze, już teraz otacza smród kupowanych przez organizatorów głosów poparcia. Nie umniejsza to jednak w niczym słuszności protestujących podczas tegorocznego mundialu, których – co też jest nie bez znaczenia – wsparły również dawne gwiazdy reprezentacji Brazylii, chociażby Romário.

Schizofreniczny obraz współczesnej piłki znakomicie oddaje wydana niedawno w Polsce książka „Futebol. Brazylijski styl życia” Alexa Bellona. Oczywiście, nade wszystko jest to książka o samej Brazylii, kraju, w którym istnieje co najmniej kilkanaście synonimów dla słowa piłka (skórzany balon, dziecko, dziewczyna, lalka, grubaska, Maricota, Leonor, Śrucina, Maria, okrągła, partnerka, kula, pestka, balon, ona, powstaniec, śliwka, skóra, mała okrągła, ścigana, globus, brodawka, kasztan, skórzana kula, młoda dama, Guiomar, Margarida, mortadela, zwierzątko, kapryśna, przebiegła, demon, opona, dętka, numer pięć, skórzana piłka), kraju, gdzie ciągle rozpamiętuje się przegraną drużyny narodowej na mundialu w 1950 roku i porównuje się ją do… Hiroszimy. Równocześnie Bellon opisuje jednak coś, co jest wspólne dla współczesnego futbolu – desperację młodych chłopaków, próbujących wyrwać się z potwornej biedy, manipulowanych przez cynicznych agentów, ogromne dysproporcje, które pozwalają jednym zarabiać nieprzyzwoite pieniądze, a drugich skazują niemalże na wegetację, rozrost biurokracji, upadek dawnych idoli, naciski sponsorów, wariactwa kiboli, polityczne naciski, wreszcie przeróżnych prezesów spod ciemnej gwiazdy, budujących na trupach swoje piłkarskie imperia. Ale przecież jest w tej książce i jasna strona – myślące legendy, takie jak Sócrates, amatorskie boiska (na piasku, glinie, betonie, bóg wie czym), gdzie ludzie grają po prostu dlatego, że lubią, organizowane z daleka od FIFY piłkarskie turnieje, w których co roku gra 500 drużyn, szaleństwa komentatorów, teksty zakochanych w piłce pisarzy, emocje kibiców, wreszcie mecze, o których trudno zapomnieć. 

Dla tych, którzy uwielbiają piłkę, mistrzostwa świata są mimo wszystko świętem, a ze względu na kierunek, w którym zmierza piłka klubowa, chyba nawet coraz bardziej. Ligi, które ciągną się niemalże przez cały rok; kluby przeobrażające się w korporacje; przekleństwo transferów, które sprawia, że wygrywają już w zasadzie tylko najbogatsi, czyli ci, których stać na sprowadzenie każdego zawodnika; idiotycznie duże zarobki piłkarzy, niekończące się targi o podwyżki sprawiają, że mundial tylko zyskuje. Tu nie ma tej codziennej szarzyzny, co więcej, mundialowa opowieść nie układa się w ponawianą raz za razem narrację o mieszczuchu, który w piątek pije, w sobotę ogląda mecze na wielkim ekranie, a w niedzielę idzie do kościoła. Mundial jest wyrwą w unormowanym czasie, jest miesiącem beztroski, który spada z nieba.

Na tegorocznej imprezie w zasadzie ciągle może zdarzyć się wszystko, szanse wydają się bardziej wyrównane, jest więcej niewiadomych i pytań, na które ciągle nikt nie zna odpowiedzi. Jak zaprezentuje się cudowne pokolenie belgijskich piłkarzy: Courtois, Januzaj czy Hazard, którzy przecież pochodzą z kraju, gdzie piłka klubowa trzyma się średnio? Jakie owoce przyniesie rewolucja, którą w zespole USA przeprowadził Jürgen Klinsmann? Czy Argentyna, mająca w ataku Messiego i Agűero, wreszcie odpali? Czy Urugwaj będzie nadal grał tak zachwycająco jak przed czterema laty? Czy Hiszpanie naprawdę są tak wypaleni, że nie będzie im się zwyczajnie chciało bić o tytuł? Czy Francuzi jak zwykle się między sobą pokłócą? Czy wreszcie reprezentacja Niemiec zdobędzie złoto? Czy Anglicy po raz kolejny odpadną w karnych? Wreszcie, jak daleko zajdą Brazylijczycy? 

Jeśli w piłce rzeczywiście liczy się przede wszystkim niespodzianka, to ma ona szansę zaistnieć właśnie na mundialu, gdzie spotykają się reprezentacje złożone z graczy, którzy na co dzień ze sobą nie grają. A że czas na przygotowanie do mistrzostw jest krótki, nikt nie ma zbyt wiele dni na docieranie się, dogrywanie wszystkich szczegółów i eliminowanie błędów, i choć miejsca na błędy też jest nie za dużo (jeszcze w grupach można sobie pozwolić na pomyłki, później w systemie pucharowym już nie), to wiadomo, że na pewno będą się zdarzać. Ktoś straci panowanie nad sobą i dostanie czerwoną kartkę; jakiś sędzia nie zauważy bramki strzelonej ręką (albo zauważy karnego tam, gdzie go nie było, jak to się stało na wczorajszym meczu otwarcia), bramkarz da sobie nietrudną piłkę wrzucić za kołnierz. Kogoś dopadną skurcze, ktoś przestrzeli karnego, komuś zwyczajnie nic nie będzie wychodzić, ktoś nagle jednego dnia odpali. Będzie więcej improwizacji, a wraz z nią więcej radości i zaskoczeń.

Mistrzostwa świata są oczywiście doskonale naoliwioną maszynką do robienia pieniędzy, ale całe szczęście są też trochę placem zabaw i placem broni dla piłkarzy. Mogą sobie na nim podokazywać. Na kilka chwil przed rozpoczęciem mundialu pojawiła się w prasie informacja o strajku piłkarzy Kamerunu, którzy zagrozili władzom swojego związku, że nie pojadą do Brazylii, jeśli nie dostaną większej premii (władze kameruńskiego związku postanowiły przeznaczyć na nią niecałe 10 procent z tego, co zarobią na mistrzostwach). Pieniądze nie są jednak jedynym powodem kłótni. Wśród kilkudziesięciu mężczyzn zamkniętych w jednym miejscu przez ponad miesiąc, rozkapryszonych, zakochanych w sobie, potrzeba w zasadzie jednej iskry, by zaczęło się palić – w piłce klubowej na tego typu atrakcje (i afekty) nie ma co liczyć. Wystarczy sobie choćby przypomnieć, jak kiedyś żarli się między sobą Holendrzy albo idiotyczny bunt francuskich piłkarzy podczas mistrzostw w RPA, opisany zresztą przez ich ówczesnego trenera, Raymonda Domenecha, w niesłusznie zignorowanej książce „Straszliwie sam. Mój dziennik”. Domenech kreśli fantastyczny obraz zdziecinnienia dzisiejszych gwiazdorów, ich obrażalstwa, tego, jak zepsuły ich pieniądze, jak nie potrafią się komunikować ze światem. Siebie zresztą też nie oszczędza – książka jest katalogiem nietrafionych decyzji trenera, pokazuje jego niezdecydowanie, zabobonność, nieumiejętność komunikacji i niepewność. Równie ciekawy, chociaż w zupełnie inny sposób, jest reportaż o klęsce polskiej reprezentacji, który Tomasz Smokowski nakręcił podczas mistrzostw w Korei Południowej. Jest w nim co najmniej kilka bezcennych obrazków: odprawa przedmeczowa Jerzego Engela, czytany z kartki przez Krzysztofa Maternę występ kabaretowy, który ma zrelaksować rodzimych futbolistów; kompulsywne zakreślanie przez sztab trenerski i kilku piłkarzy tajemniczych okręgów na dużej kartce A2, celem ustalenia meczowej taktyki. Paradoksalnie wszystkie dostarczone przez książki i telewizję opowieści, które burzą wygładzone przez marketingowców obrazki, sprawiają, że piłkarze zyskują wreszcie jakąś pojedynczość, jakiś urok, i nieważne, że przejawia się on czasami wyłącznie w ich głupocie.

Co jeszcze jest niezwykłego w mundialu? Jerzy Borowczyk i Wojciech Hamerski, autorzy antologii tekstów o futbolu „Co piłka robi z człowiekiem”, piszą we wstępie, że „piłka smakuje młodością”. Ta mundialowa na pewno tak. Moje najintensywniejsze doświadczenie związane z oglądaniem piłki wiąże się nierozerwalnie z mistrzostwami w USA. Do dziś właśnie ten turniej najmocniej pamiętam. Czy więc jest tak, że w każdym kolejnym turnieju szukam emocji z tego pierwszego? Bez przesady, proszę się nie bać, nie zamierzam tu rozwijać kolejnej sentymentalnej opowieści o pierwszej piłce i ojcu, który jakoś większości łączy się z pierwszą piłką (mam nadzieję, tato, że zrozumiesz). Do jednego jednak się przyznam (bo wiem, że nie jestem w tym odosobniony): za każdym razem, kiedy zostaję zmuszony przypomnieć sobie coś z przeszłości, najpierw staram się ustalić, w okolicy którego mundialu to coś mogło się wydarzyć, tak jakby wszystko opierało się na tych czteroletnich cyklach (i, czy tego chcę czy nie, kręciło się wokół piłki). Od kilku lat z dużo większymi emocjami oglądam snookera niż futbol i choć mistrzostwa świata w snookera rozgrywane są co rok, to i tak trudno im konkurować z mundialem. Może właśnie dlatego, że tyle trzeba na niego czekać. A może właśnie dlatego, że podczas rozgrywanych mistrzostw piłka szlachetnieje i staje się znowu tym ulubionym sportem.

Zasady są proste, każdy strzał wyjątkowy, coś się dzieje w powietrzu, ludzie pięknie wariują, ci na boisku (patrz: Zidane) i ci poza nim (patrz: opisany w „Wojnie futbolowej” przez Kapuścińskiego niejaki Augusto Mariagim, naczelnik meksykańskiego więzienia, który po zwycięstwie Meksyku nad Belgią wypuścił z więzienia 142 przestępców, krzycząc „Viva Mexico!”). Świat przez miesiąc wydaje się ciekawszy, a futbol bardziej bezinteresowny, wreszcie dorasta do tego, o czym pisał Andrzej Kijowski w pięknym eseju „Mecz, czyli czarna msza sceptycznego ludu”: „Piłka nożna jest kompilacją wszystkich uroczych struktur. Wywołuje wielorakie emocje: quasi-sportowe, quasi-estetyczne, quasi-religijne, quasi-patriotyczne. Jest gigantyczną namiastką, kwintesencją masowej kultury, która cała składa się z namiastek. Na stadionach sportowych i wokół nich gromadzą się odpady wszelkich zbiorowych emocji po dawnych przygodach człowieka. Stadiony są świątyniami mas osieroconych przez wiarę w niespodziewaną odmianę losu, piłkarze bóstwami ludu sceptycznego, mecz czarną mszą ludzkości, która odtwarza w nim mit o wielkiej niespodziance, o losie niepodległym i o własnej wolności”. Czeka nas miesiąc w kościele, dla niektórych pewnie jedynym, do którego jeszcze zaglądają.