GOLASY:  Goły jak święty turecki

GOLASY:
Goły jak święty turecki

Jakub Socha

W 2002 roku do polskich kin wszedł film „Golasy” Witolda Świętnickiego. Wszyscy występujący w nim aktorzy byli nadzy

Jeszcze 2 minuty czytania

W biurze pojawił się pierwszy komputer – kierowniczka Krysia, zamiast się cieszyć, patrzy na niego wilkiem, jednocześnie wygłaszając pean na cześć telefonu, który posiada mniej przycisków. Lizuska Bożenka jest tego samego zdania, co szefowa, Marty natomiast nikt nie pyta o opinię. Jest tu najmłodsza stażem, więc komputer ustawiono na jej biurku i to ona musi zdigitalizować poupychane w szafach papierowe akta. Kolejny dzień w pracy. Najpierw w drzwich staje mężczyzna z psem o imieniu Muszka. Potem pani Zosia, która właśnie wróciła z sanatorium, przychodzi na plotki. Zaraz za nią informatyk, wezwany do popsutego komputera. A za nim Olga z centrali telefonicznej, która z nudów wpadła na papierosa. Powszedniość? Nie, Trójkąt Bermudzki. W tym małym, brzydko pomalowanym pokoju kotłują się słowa i zdarzenia niepojęte, niezwykłe, niemieszczące się w głowie. Jeśli jest gdzieś czarna dziura polskiego kina, to właśnie tu.

Krótki rzut oka na dziurę: pani Zosia opowiada o mongolskiej technice nacisku, z którą spotkała się w sanatorium. Potem wspomina jeszcze, że widziała na wywczasie film o psie, który umiał liczyć i śpiewać. Próbuje nawet zaśpiewać jak pies, który śpiewał jak człowiek (na marginesie: pies śpiewał „Очи чёрные”). Krysia chwali jej zdolności wokalne i figurę, ale gdy tylko pani Zosia wychodzi, śmieje się z niej, mówi, że ma grubą pupę i równocześnie opryskliwie odprawia zamachowca, który przez telefon zapytuje, czy dodzwonił się do banku, w którym udało mu się podłożyć bombę. Kierownik dręczy Muszkę, ta gryzie go w łydkę, pogryziony zwyczajnie się wścieka. Wściekłego zabiera karetka, która wpada w poślizg, skutkiem czego nosze z kierownikiem zostają wyrzucone z pojazdu na kilkanaście metrów, co pozwala mu wrócić do biura. Informatyk próbuje zastąpić zepsuty kabel w komputerze kablem od czajnika. Bożenka rozważa możliwość pożycia z małpą. W radiu leci audycja-teleturniej, w którym pytania dotyczą seksu oralnego i menstruacji („Czy podczas seksu można nabawić się okresu?”). Wpada akwizytor z zestawem supernoży w promocyjnej cenie, za nim dwaj synkowie informatyka, którzy zakupionymi przez panie nożami piłują nogi od ich biurek. W stołówce pojawia się golonka w puszce, na punkcie której wszyscy wariują. Przychodzi żona informatyka i nabija mu śliwę pod okiem za to, że nakryła go na tym, jak odgrywał z Martą sceny z serialu „Chirurdzy”, którym wszyscy w biurze bardzo żyją. Marta puszcza bąka i potem próbuje rozgonić go po pomieszczeniu, machając rękami. W dziurze jak w ulu. I jeszcze jedno: wszyscy są tu nadzy, ale nie nadzy jak bohater słynnego filmu Mike’a Leigh, przypominający otwartą ranę, miotający się nocą po Londynie. Po prostu od początku do końca biegają na golasa.

Oczywiście są wyjątki (Borowczyk, Żuławski, Barczyk i jeszcze kilku innych), w polskim kinie nagość przybiera jednak zwykle formę taką, jak w „Diabelskiej edukacji” Janusza Majewskiego. Bohaterami tej krótkiej etiudy są grana przez młodziutką Renatę Dancewicz Małgorzata, prosta dziewczyna ze wsi, i tytułowy szatan, w którego wciela się Marek Kondrat. Film niby opowiada o fantazjach erotycznych Małgorzaty, która nagle odkrywa swoje ciało, ale tak naprawdę spełniają się tu tylko fantazje starszego pana reżysera. Dancewicz przez cały czas biega nago i wije się w rozkoszach, które ofiarowuje jej pozostający do samego końca w ubraniu szatan. Szatan zresztą nie tylko uczy rozkoszy, ale i dobrego wychowania – uczy, jak jeść rybę, jak wycierać usta chusteczką, jakie wino dobrać do jakiego mięsa.

Z tej perspektywy „Golasy” Witolda Świętnickiego, które trafiły do polskich kin w 2002 roku, są dziełem wręcz niezwykłym. Tu nikt nie jest uprzywilejowany: starzy, młodzi, chudzi i otyli, kobiety i mężczyźni, ładni i ci mniej ładni – wszyscy grają na golasa, na dodatek bez żadnego makijażu. Tę decyzję reżyser tłumaczył tak: „Brak ubrań wiąże się z całą filozofią tego filmu. Chcieliśmy pokazać nasze pierwotne reakcje, a są one lepiej widoczne, kiedy nie skrywa ich ubranie. Chodziło nam o obnażenie pewnej prawdy o naszym współczesnym świecie”. O jaką to prawdę reżyserowi chodzi? Prawdopodobnie o to, że ludzie są głupsi od buta i mniej sympatyczni od zdechłej ryby. Film jest istnym korowodem potworów – zawistnych, małostkowych bab i skretyniałych facetów, którzy miotają się w jednym pokoiku urzędniczek, swoistym państwie w państwie. Jednak bardziej niż satyrę na polską mentalność całość przypomina zły narkotykowy trip – niemalże etnograficzną obserwację odurzonej nie wiadomo czym grupy ludzi, którzy zrzucili z siebie ubrania i próbują bawić się w wideofilmowanie. Przebieg fabularny jest kuriozalny, humor co najmniej przaśny, dialogi toporne, aktorzy grają jak drewno. „Golasy” otwiera cytat z Księgi Rodzaju: „I stworzył bóg kobietę i mężczyznę/ A oboje byli nadzy/ I nie wstydzili się tego”. Widać jednak, że zatrudnieni do projektu amatorzy się wstydzą – poruszają się jakoś niezdarnie, swoje kwestie wypowiadają, jakby chcieli mieć już to jak najszybciej za sobą. Co ciekawe, grani przez nich bohaterowie w ogóle tego nie mają, ci rzeczywiście są jak Adam i Ewa, którzy dopóki nie popełnili grzechu, nie zdawali sobie sprawy ze swoje nagości. Niektórzy teologowie uważają wręcz, że przed popełnieniem grzechu Adam i Ewa wcale nie byli nadzy, bo byli odziani w szatę łaski. Aktorzy, w odróżnieniu od granych przez nich postaci, są więc tej łaski pozbawieni?

Odpowiedź na to, co kryje się za ich wstydem, można znaleźć w reportażu Małgorzaty Matuszewskiej „Scen miłosnych nie będzie”. Jego bohaterami są amatorzy, którzy wystąpili w „Golasach” . Okazuje się, że najwięcej było wśród nich bezrobotnych, rencistów i emerytów. Pytani przez dziennikarkę, dlaczego zdecydowali się wziąć udział w projekcie, odpowiadali, że po prostu potrzebowali pieniędzy. Ktoś zbierał na lodówkę, ktoś na zastrzyki na osteoporozę, ktoś deklarował, że wypłatę zamierza przeznaczyć na pierwszą komunię dla dziecka. A więc raczej proza niż chęć przekroczenia. Golasostwo alla pollaca chyba należałoby rozpatrywać nie w kontekście gnozy, czy rewolucji seksualnej, tylko biedy. Polak jest przecież przede wszystkim goły jak święty turecki. Bobkowski miał rację: „Nasz wieczna tragedia to brak pieniędzy”.