Pisarze i kaci

Pisarze i kaci

Jakub Socha

Film „Rękopisy nie płoną” to przede wszystkim przykry i drobiazgowy opis przemocy, fizycznych i psychicznych tortur, które upokarzają i odzierają z godności

Jeszcze 2 minuty czytania

Khosrow i Morteza zatrzymali się na poboczu, żeby zjeść. W przydrożnym barze kupili ciepłą przekąskę, teraz siedzą na bagażniku swojego samochodu i pochłaniają ją z plastikowych misek. Za plecami mają meczet, z którego niesie się dźwięk modlitwy, pod sobą – w bagażniku – mężczyznę, którego polecono im zabić. Kaci z filmu „Rękopisy nie płoną” Mohammada Rasoulofa tkwią w banale – jeżdżą rozklekotanym peugeotem, zatrzymują się przed bankomatem, by sprawdzić nędzny stan konta, kopcą papierosy, odbierają telefony, wykonują rozkazy, nie myślą. Na tle swoich ofiar – irańskich intelektualistów – wyglądają jak siedem nieszczęść. Ci są zarośnięci, niewyspani, wygłodniali, pracują po nocach, zarabiają grosze; tamci siedzą w swoich wygodnych mieszkaniach, w otoczeniu książek, zdjęć Gandhiego i nowoczesnego sprzętu RTV i AGD. Jedno ich łączy: znajdują się na przegranych pozycjach. Choć trafiają na nie z zupełnie różnych powodów.

Iran jawi się tu jako państwo terroru, które straszy nawet za dnia, szybko rozprawia się ze swoimi przeciwnikami, likwiduje jakiekolwiek przejawy wolności. I ma na swych usługach armię oddanych morderców. Nie znam irańskiego filmu, który byłby równie krytyczny wobec tamtejszych władz i równie odważny w opisie. Oczywiście, Jafar Panahi czy Asghar Farhadi zajmują zbliżone do Rasoulofa stanowisko, jednak w swoich filmach wykorzystują strategie modernistyczne oraz strategie mimikry. „To nie jest film” czy „Rozstanie” to delikatne struktury dramaturgiczne, alegoryczne figury, uniwersalne tematy, nawiązania do europejskich klasyków. „Rękopisy nie płoną” wygląda przy nich jak bękart. To film chropowaty, zrobiony pospiesznie, bez żadnych upiększeń i subtelności. Rasoulof zdarł wszystkie zasłony nie po to, by dzielić włos na czworo; wali prawdę prosto z mostu.

W historii dwóch katów, ich szefa, byłego pisarza, dzisiaj cenzora, trzech pisarzy i pewnego rękopisu, w którym został opisany przygotowany przez władzę zamach na artystów, wszyscy od samego początku grają przypisane im role. Cenzor jest dwulicowym cynikiem, artyści – zaszczutymi idealistami, kaci – metalowymi pałkami. Ponaddwugodzinny film wypełniają z jednej strony rozmowy dwóch facetów w peugeocie, z drugiej – dramatyczne wymiany stanowisk w kwestiach wolności, powinnościach względem sztuki oraz narodu. W tych pierwszych nie ma nic z Tarantino, w tych drugich jest patos. Jakakolwiek ironia – w zaniku. „Rękopisy nie płoną” są opowieścią z jakby równoległej rzeczywistości, takiego kina – kolorowego, ale przecież w jakiś sposób czarno-białego – dzisiaj prawie się nie spotyka, a jeśli już, to są to wykwity tej lub innej propagandy. Rasoulof wierzy, że jest coś poza nią, odwołuje się do kwestii prymarnych – mówi o wolności i (utraconej) czystości. I wierzy, że prawda wcale nie musi być subiektywna i na pewno nie leży pośrodku.

W opisywanym przez Rasoulofa spektaklu przemocy zastanawiająco często pojawia się woda. Opuszczony przez wszystkich, zamknięty w mieszkaniu pisarz myje nad zlewem czyste naczynia, potem telefon, znajdujący się bez przerwy na podsłuchu; kat zmywa pod prysznicem krew ofiar, wydaje mu się, że przyschła do jego ciała, wcześniej myje w strumieniu zabrudzony przez podróżujących w bagażniku jego auta koc. Ablucja jest tutaj rytuałem świeckim, raczej kompulsywnym gestem, na skraju szaleństwa. Żadnemu z bohaterów w niczym on jednak nie pomoże. Obydwaj są na równi pochyłej, w sytuacji bez wyjścia; wszystko może skończyć się w jeden sposób, i musi skończyć się źle.

„Rękopisy nie płoną”, reż. Mohammad Rasoulof.
Iran 2013, w kinach 0d 27 czerwca 2014 
Ostatecznie nie chodzi tu o starcie racji – racja ewidentnie jest po jednej stronie – ani o subtelne portrety tych, którzy dla sztuki gotowi poświęcić swoje życie, i tych, którzy na życie zarabiają likwidowaniem ludzi. „Rękopisy nie płoną” to przede wszystkim przykry i drobiazgowy opis przemocy, fizycznych i psychicznych tortur, które upokarzają i odzierają z godności. Dwaj ubrani na biało młodzieńcy z „Funny Games” wyglądają przy Khosrowie i Mortezie niemalże niewinnie. Z ich oczu można wyczytać wielkie nic, przypominają tępych urzędników molocha, a może raczej dwa roboty, którym ktoś wgrał skomplikowany program, uczący jak torturować, gdy nie ma się pod ręką narzędzi tortur, program chroniący robota przed wątpliwościam, dzięki zabezpieczeniu w postaci hasła: „bóg dał i bóg zabrał, wszystko w jego rękach”. W pracy wykorzystują podstawowe rekwizyty – torbę na śmieci, spinacz do bielizny, dres i taboret. Chodzą jak w zegarku, nie wykonują zbędnych gestów, wypełniają jedynie rozkazy. Empatia? O nią ciężko, skoro na pełnym relaksie otwierają sobie przy konającym mężczyźnie jego lodówkę, szykują kanapkę, a potem dzwonią do żony i pytają o zdrowie dziecka. Rasoulof w pewnym momencie wybija jednego z nich z tego stuporu, dokładnie tego, który ma poważnie chorego synka. Trudno jednak traktować to jako moment przebudzenia, mamy tu raczej do czynienia z nachalną próbą ocieplenia wizerunku mordercy niż pogłębienia jego opisu. Ostatecznie bowiem według reżysera bardziej winni są ci, którzy wydają rozkazy, niż ci, którzy je wykonują. Kaci to tylko narządzie, które po pewnym czasie po prostu zużywa się i pęka.

Choć „Rękopisy nie płoną” są opowieścią o ponurym świecie, same w sobie stają się symbolem wolności oraz pomnikiem artysty zaangażowanego, który nie potrafi żyć bez swojej sztuki (co ciekawe, w samym filmie ten wątek – wątek artystów, którzy poświęcają życie na rzecz literatury – wypada najsłabiej). Rasoulof w 2010 roku został skazany na 20 lat zakazu robienia filmów i 6 lat więzienia (karę więzienia zmniejszono ostatecznie do roku), ostatnio władze zabrały mu paszport. Nie dał się jednak zastraszyć, nie zaprzestał robienia filmów, a nawet nie poddał ich wewnętrznej cenzurze. Robił swoje. Opłaciło się. Nie dość, że jego opowieści poszły w świat, to jeszcze kilka dni temu pojawiła się informacja, że wreszcie odzyskał swój paszport i mógł opuścić Iran. Nim jednak zacznie ktoś snuć bajki o zwycięstwie sztuki nad polityką, albo o zwycięstwie artysty nad irańską władzą, lepiej niech zobaczy „Rękopisy nie płoną”, film, który z optymistyczną bajką ma niewiele wspólnego.