Ludzie też małpy, małpy też ludzie

Ludzie też małpy, małpy też ludzie

Jakub Socha

W „Ewolucji planety małp” trwa nieustające przeciąganie liny, jedna strona wykonuje gest, druga odpowiada. Dobry uczynek za dobry, zły za zły, pełna symetria, czysta, nudna mechanika

Jeszcze 1 minuta czytania

Cezar powiedział: nie! I tak oto małpa przemówiła. „Geneza planety małp”, film z 2011 roku, nowe otwarcie słynnego cyklu, kolejny powrót do świata, któremu dał początek francuski pisarz Pierre Boulle, był zgrabną opowieścią o buncie. Tylko w zasadzie czyim – małp czy ludzi? Wszystkich po trochu: człowieka, który zaczął eksperymenty na małpach, by przeciwstawić się naturze i znaleźć lekarstwo na atakujące ludzki mózg choroby; małpy, która dzięki testowanym na niej lekom zmądrzała i stwierdziła, że nikt nie będzie jej już zmuszał do bycia królikiem doświadczalnym. „Ewolucja planety małp” pokazuje, kto na tym buncie zyskał, a kto stracił. Od razu widać, że ludzie mają gorzej – wirus, który stworzono w laboratorium, zabił większość z nich. Pozostali żyją w śmieciach, w ciągłym regresie, pozbawieni udogodnień, którymi jeszcze wczoraj mogli się cieszyć, desperacko szukający jakichkolwiek źródeł energii, które pozwoliłyby im chociaż oświetlić własne domy. Małpy natomiast żyją jak pany – jeżdżą na koniach, polują na niedźwiedzie, prowadzą szkółkę, debatują i rodzą dzieci. Cała fabuła drugiej części opiera się na tym, żeby przywrócić balans w przyrodzie, żeby wszyscy na końcu mieli po równo, żeby wszystkim było tak samo źle. Pierwsza iskra idzie, gdy ludzie przypadkowo spotykają w lesie małpy. Dwie strony barykady, dwa obozy, które oddziela od siebie most Golden Gate, najpierw się obwąchują, potem biorą się za łby. Znowu zaczyna się walka, tylko tym razem już nie tak ciekawa; w tamtej z poprzedniej części było coś dramatycznego, w tej nowej liczy się tylko skala.

Scenarzyści sztywno rozdzielili role, „Ewolucję planety małp” zaludniają papierowe postaci z zeszytu prymusa, który odrobił lekcję i nauczył się gotowych hollywoodzkich wzorów. Mamy więc Malcolma, przyjaciela zwierzaków, czystego jak łza domatora i wolnomyśliciela; jego partnerkę, bardzo mało charyzmatyczną, zapatrzoną w swojego mężczyznę; wrażliwego syna głównego bohatera, który tęskni za zmarłą mamą, ma bluzę z kapturem, czyta komiksy i chodzi wszędzie z blokiem rysunkowym; Dreyfusa, nieufnego wodza osady ludzkiej, zdecydowanego zrobić wszystko, by ocalić swoich; kilku pomniejszych sadystów oraz kilku pomniejszych poczciwców. To po jednej stronie. A po drugiej – właściwie to samo. Cezar, przywódca małp, mądry, silny, przeciwnik rozlewu krwi; jego małomówna, oddana partnerka; ich zbuntowany syn; mądry przyjaciel; wreszcie przyjaciel zdrajca, Brutus, na którego mówią Koba. Dookoła trochę tępych małp i trochę dobrych małp.

„Ewolucja planety małp”, reż. Matt Reeves.
USA 2014, w kinach od 11 lipca 2014 
W filmie trwa nieustające przeciąganie liny, jedna strona wykonuje gest, druga odpowiada. Dobry uczynek za dobry, zły za zły, pełna symetria, czysta, nudna mechanika aż do momentu, gdy Koba się  rozhula i ruszy na koniu z dwoma gnatami na ludzi. Ostatnie pół godziny to już klasyczna rozwałka, widowiskowa, ale idiotyczna, mająca przekonać, że małpy to też ludzie, że i one wiedzą, co to sadyzm i tyrania. Małpy to po prostu ludzie, tylko że bardziej kudłaci. To ryzykowne porównanie bierze się z braku inwencji. Twórcy, zamiast postarać się o wymyślenie alternatywnych zasad rządzących światem małp, postawili na monarchię absolutną, w której panowie zajmują się walką, panie siedzą w domach i rodzą dzieci, a nad wszystkim czuwa król – surowy, ale wyrozumiały, mądry, ale i silny. Kiedy patrzy się na to, jaki ustrój wybrały dla siebie małpy, trudno współczuć im równie mocno, jak zwierzakom z poprzedniej części. Trudno też kibicować ludziom, skoro nie ma w filmie właściwie ani jednej ciekawej postaci, może poza Malcolmem, którego ratuje chyba tylko to, że gra go Jason Clarke, fantastyczny australijski aktor.

Ostatecznie pozostaje obserwowanie efektów specjalnych, te rzeczywiście są na najwyższym poziomie, to jest prawdziwa ewolucja w „Ewolucji planety małp”. San Francisco po apokalipsie wygląda standardowo, ale ładnie się sypie; osada małp, zbudowana na dość trywialnych zasadach, wokół wielkiego drzewa, też jest imponująca: majestatyczna i ponura. Widać w filmie dbałość o najmniejszy graficzny szczegół. Przede wszystkim widać jednak, że podrasowano same małpy,  ruszają się jeszcze naturalniej, na ich mordach i w ich oczach widać całą rozpiętość emocji. A czasami można się zapomnieć i zobaczyć w tych futrzakach zupełnie inne zwierzaki. I to jest dopiero coś: pikselowe, powstałe w komputerze małpy, wyglądające jak żywi ludzie.