Poeta na obu końcach kładki
Maciej Niemiec / fot. Agnieszka Sitko

Poeta na obu końcach kładki

Maciej Woźniak

Wielbiciele solennej poetyckiej tradycji powinni przeczytać wiersze pisane wbrew niej, a zwolennicy awangardy – zanurzyć się w klasycyzującej dykcji. Poezja Macieja Niemca wygina się wysokim łukiem ponad literackim światem

Jeszcze 2 minuty czytania

Wieszczony od lat, ale ostatnio jakby intensywniej – na przykład przez Andrzeja Franaszka na wysokonakładowych łamach „GW” – kryzys poezji polskiej ma swoje źródła w tym, że między młodą generacją poetów, tych debiutujących po 1989 r., a ich szacownymi poprzednikami, czyli pokoleniem Herberta i Różewicza, coś pękło. Można to pęknięcie opiewać (takim opiewaniem były wiersze wielu autorów z kręgu „bruLionu”), można opowiadać się po którejś ze stron (co czyni Franaszek, wspierając się wierszem Jarosława Iwaszkiewicza „Do Pawła Valéry”) i można szukać mostów łączących brzegi rany. Oczywiście, to ostatnie łatwiej jest zrobić młodszym, mobilniejszym światopoglądowo czy środowiskowo poetom – i takich przykładów mamy sporo (wystarczy spojrzeć na indeks laureatów Nagrody Kościelskich z ostatnich 10 lat). Tym bardziej ważnym wydarzeniem jest inicjatywa pokojowa podjęta po drugiej stronie.

We wspomnieniu o Macieju Niemcu francuski poeta i myśliciel Michel Deguy napisał, że „młodzi poeci z Katowic, miasta węgla, które odwiedziliśmy razem (i – czy trzeba powtarzać? – w mocno alkoholowym nocnym klimacie), «wściekli» jak wszyscy młodzi pisarze, traktowali go jak starszego brata”. Natomiast brata rówieśnika mogli widzieć w Niemcu tacy poeci, jak Adam Zagajewski i Stanisława Barańczak (wspólne środowisko intelektualistów związanych z opozycją), a nawet Edward Stachura (braterstwo krwi, czyli straceńczego mitu poetów spod „gwiazdy rozpacznej”). Czytając wiersze z ostatniej książki Niemca „Geranium”, a także z jego poprzedniego tomu sprzed dwóch lat (ostatniego, który osobiście złożył w wydawnictwie), można w nich zobaczyć dwa pomosty, rozpięte odważnie jak tęcza. Koniec tęczy – zgodnie z tytułem książki Andrzeja Sosnowskiego – miał nie dotykać ziemi (lewitując w stanie językowej nieważkości, która budzi niepokój Andrzeja Franaszka), ale u Macieja Niemca opiera się o nią zaskakująco mocno.

Maciej Niemiec, „Geranium. Ostatnie,
czyli nowe wiersze z lat 2009 – 2011”
.
Instytut Mikołowski, 84 strony,
w księgarniach od czerwca 2014
Pierwsza kładka jest położona pomiędzy poetyckim klasycyzmem spod znaku Czesława Miłosza, czyli poezją oswojoną (zawłaszczoną?) przez oficjalny dyskurs poetycki, a twórczością awangardzistów w rodzaju Witolda Wirpszy, czyli uciekinierów (wygnańców?) poza główny nurt poezji, a więc także poza tzw. społeczną świadomość. Zaś druga kładka łączy u Niemca ciemny romantyzm „poetów przeklętych”, o których PR zadbali choćby Stachura i Wojaczek, z mieszczańsko statecznym sznytem, którego najlepszą reklamą/antyreklamą jest Adam Zagajewski. Ta dwubiegunowość poezji była związana z dwoistością charakteru samego Niemca (ładnie to ujmuje fragment wiersza „Les isolés”: „Jakiej siły wymaga bycie słabym, I jakiej delikatności bycie silnym”), ale także – i ten kontekst bardziej nas tu interesuje – z kontaktami, jakie po wyjeździe z kraju nad Wisłą w 1987 r. miał z poetami i filozofami znad Sekwany (m.in. z Michelem Deguy). Czyli z dziedzicami myśli Paula Valéry’ego (któremu Iwaszkiewicz wypomina „słów ścisłych ostrzone skalpele”), filozofów strukturalistycznych (na jednego z nich Czesław Miłosz miał ochotę – jak wyznał w wierszu „Strukturalizm” – rzucić się „kopiąc i gryząc”) i całego tego pomodernistycznego zgiełku, który hulał we Francji od lat 50.

Bardziej śmiały niż „Geranium”, opublikowane przez Instytut Mikołowski, był pod tym względem poprzedni tom Niemca „Stan nasycenia”, który wydało (o, paradoksie!) preferujące raczej klasyczną „miłoszowsko-zagajewską” dykcję Wydawnictwo Zeszytów Literackich. Ale to w „Geranium” – książce złożonej z utworów odnalezionych już po samobójczej śmierci poety w styczniu 2012 r. – wyraźniej widać unikalną stylistyczną oraz ideową rozpiętość, jaką poezja Niemca osiągnęła w ostatnich latach jego życia. Obok egzystencjalnych dywagacji, z klarownymi tropami kulturowymi i nieodzowną nutą melancholii („Wzór”, Niewidzialne”) mamy tu rozmaite próby poluzowania schludnej faktury. Na przykład wiersz „Nie myśląc o Adorno” zdradza pokrewieństwo z barbarzyńską erudycją Marka Baczewskiego i zaczyna się tak:

Posuwałem ją łagodnie, myśląc o Adorno,
Chyba by zachować spokojne spojrzenie
Na tę nie całkiem spokojną sprawę (...) 

Dla odmiany poemat „Ogrody Trocadéro”, trochę w duchu Witolda Wirpszy, taki sunący przez kartki twardy kadłub tekstu, jest prowadzony ujmująco lekką ręką narratora, niemal bez kolizji z wirpszoidalnymi górami poetyckiego chłodu, choć wszystkie te czule pospolite historie, które się w nim zdarzają („Ale nie wiem, czy jest żoną. Może żon już nie ma. Może wyginęły na wojnach z mężami” albo „Z balkonu widzę tylko balkony naprzeciw, i chmury, które ponad wiszą i przepływają. Ich sprawa. Na balkonach mężczyźni na wpół wygnani z życia o świcie i wieczorem palą swoje powolne papierosy”), są podszyte suicydalnymi przeczuciami i ostatecznym lękiem. Spójrzmy na zakończenie VII części poematu:

Nie ma zgody, nie będzie całusów, tylko twarda ławka
W pustych Ogrodach. – Na szczęście czuwa Muza;
Niekiedy niejedna. Pani wie, co z niego Muza
wyłudza; nie zeznania, lecz prawdy, i to takie, których
pani nigdy poznać nie chciała, może tylko w owych wyjących
snach, kiedy tak szybko po ciemku wracała do mnie. 

A przy okazji przypomnijmy sobie słynny przed laty pojedynek na wiersze – dotyczący wyłudzanych przez Muzy „wielomiesięcznych kryzysów” oraz wciągania czytelnika w system „własnych braków i mroków” – pomiędzy Stanisławem Barańczakiem a Jackiem Bierezinem. Portret Bierezina, nakreślony zwięźle w pierwszych wersach u Barańczaka („Ta bezbrzeżna, zalana, lirycznie bokserska pogarda w oczach artysty J.”), delikatnie a sugestywnie rezonuje w kilku zdjęciach Macieja Niemca towarzyszących wierszom z „Geranium” (czarna apaszka i marynarka plus mroczne spojrzenie romantyka – tak to zobaczył przez obiektyw Jerzy Suchanek). Bierezin znał się z Niemcem (byli poetyckimi braćmi w kryzysach i mrokach), a po latach został patronem najbardziej prestiżowego konkursu dla poetów debiutantów. Maciej Niemiec – piszący, że „Świat musi trwać w swoich bokserskich unikach wobec wieczności” – jest lirycznym bokserem wartym wcale nie mniejszego zainteresowania młodych poetów. 

Maciej Niemiec, „Stan nasycenia”. Fundacja
Zeszytów Literackich, 120 stron, Warszawa 2012
„Geranium” to zatem książka wręcz idealna do lektury na krzyż. Młodzi buntownicy mają okazję docenić solidną filozoficzną podbudowę językowych peregrynacji, a czytelnicy autorów z Pokolenia ’76, do którego zaliczano przed laty Niemca, mogą trafić w rejony, do których nigdy nie doszli Antoni Pawlak czy Tomasz Jastrun. Wielbiciele solennej poetyckiej tradycji powinni przeczytać wiersze napisane wbrew niej, a zwolennicy awangardy – zanurzyć się w klasycyzującej dykcji. Aczkolwiek jeżeli przyjrzeć się uważnie wierszom z „Geranium”, wychodzi na to, że każdy powinien przeczytać wszystkie, bo tom wygina się wysokim łukiem ponad naszym literackim światem z jego sporami i podziałami.

Na metaforyczne ujęcie stanu rzeczy i ducha autora w sam raz pasuje utwór „Tysiąc i jeden drobiazgów” (spróbujcie zobaczyć w obu kobietach dwie metody poetyckie, dwa środowiska ideowe, dwie ojczyzny Macieja Niemca).

Kobieta z głową pustą z powodu rozpaczy oraz
Spotykania wyłącznie członków jakichś partii,
Mężczyzn, weszła do sklepu Tysiąc i jeden drobiazgów
By kupić niewielki prezent dla przyjaciółki. 

Minęła wychodzącego ze sklepu czterdziestoletniego
Chłopca z głową pustą z powodu rozpaczy oraz
Tysiąca i jeden drobiazgów; każdy jeszcze mniejszy
Od drugiego, a jednak wciąż rośnie. 

Ponieważ bajka nie powinna kończyć się źle
Kobieta wstąpiła do jakiejś partii a chłopiec
Ożenił się z inną, której głowa była pusta z powodu
Rozpaczy, i miał z nią tysiąc i jeden drobiazgów. 

W wierszu „Z której strony wieje wiatr” (jednym z tych przeszywających do szpiku samozgubnymi intuicjami) powtarza się pytanie „Co zrobić z ciałem?”. Michel Deguy wspomina, że „Maciej był «wyklęty» w dawnym sensie słowa, bo błąkał się bez dochodów, bez adresu, czasem bez środków umożliwiających pisanie (...), nawet jeśli był «wspomagany»; miał pewne tradycyjne atrybuty takiego poety, w tym skłonność do «zielonej czarownicy», a także do czarownicy białej, pomarańczowej lub czerwonej, zależnie od tego, kogo spotkał w bistro”. Natomiast zestaw barw widoczny w wierszach Niemca, tęcza z głosów, którymi przemawiają, okazuje się pomostem dla całkiem innego ciała poety.

Ciało to wszystko, z czym trzeba coś zrobić. – Spalić, niedrogo,
I – marzenia – wyrzucić na morzu, gdzieś na La Manche, lub z mostu
W okolicy – pamiętając, z której strony wieje wiatr. 

W tym roku niespodziewanie wiatr powiał z przeciwnej strony – wierszami z książki „Geranium”. Więc kto wie, kiedy i jak Maciej Niemiec wróci z wyklęcia do centrum literackiej uwagi.