Jaram się, że mnie wcale nie ma
fot. Jakub Golis

Jaram się, że mnie wcale nie ma

Bartosz Sadulski

W nowych wierszach Justyny Bargielskiej różnica między życiem a nieżyciem wydaje się wyjątkowo subtelna

Jeszcze 2 minuty czytania

Śmierć jest taka,
i taka, i taka, i taka.
(„Drifterka bez rąk”) 

Z Bargielską jest tak, że czasami nie wiadomo, czy toczy z czytelnika przysłowiową bekę, czy jest śmiertelnie poważna. Jednak w swojej piątej poetyckiej książce nawet jeśli toczy bekę, to robi to śmiertelnie poważnie. I nie piszę „śmiertelnie” przypadkowo, bo tym, co się w jej nowych wierszach wysuwa na pierwszy plan, jest ciało, z całą swoją przemijalnością i wrażliwością. Nie jest to żadne novum, przynajmniej dla tych, którzy śledzą jej wiersze od debiutu – w wierszu „Znowu jest potem” pisała: „teraz dopiero widzę na ile sposobów pisze się wiersze o śmierci”, to hasło, które z jednakową dobitnością i szczerością mogłoby towarzyszyć jej kolejnym publikacjom, ze wstrząsającym tomem „Dwa fiaty” na czele. Choć w „Nudelmanie” jest bardziej jak u Leśmiana niż u barokowych piewców kostuchy:

Ciało me, wklęte w korowód istnienia,
Wzruszone słońcem od stóp aż do głów,
Zna ruchy dziwne i znieruchomienia,
Które zeń w śpiewie przechodzą do słów.

Justyna Bargielska, „Nudelman”. Biuro Literackie,
40 stron, w księgarniach od lipca 2014
Rzeczy szybko u Bargielskiej przechodzą w śpiew, lecz nie jest to bynajmniej tom wanitatywny; poetka nie odkrywa śmiertelności, lecz jej doświadcza. „Chrabąszcz” rozpoczyna się opisem rozdeptanego na schodach owada, a kończy słowami: „Wieczorem ktoś go sprzątnął. Nieliczni go widzieli, / ja, córka i sprzątacz. Większość z nas żyje dotąd, / niektórzy zaś pomarli”. Ci, którzy przeżyli, spisują wspomnienia ze swoich przygód, które wynikają w pewnym sensie z deklaracji rzuconej w wierszu „Nowe buty” z poprzedniego tomu „Bach for my baby”: „Raz zgrzeszyłam przeciwko tobie i tyle otwarło / mi to możliwości”. Pismo naucza, że gdy Chrystus zmartwychwstał, to otworzył przed nami tyle możliwości, że nie wiadomo już w co ręce włożyć. „Czy przygody Chrystusa nie były wymyślone?” pyta podmiot liryczny już w nowym tomie, jakby szukając dla siebie usprawiedliwienia, a przecież dobrze wiemy, że wszystko usprawiedliwia wiersz. No i „Bóg stworzył świat, żeby nas pobrudził (...) a nas, byśmy wychodzili / na pewną śmierć i wracali na obiad, / pod warunkiem, że nie będziemy za bardzo uważać” („Mrs Wolverline”).

Wysiłek włożony w uznanie bożego planu zakłada zgodę na predestynację, której finał jest dobrze znany; splatające się z erotyzmem i macierzyństwem wątki religijne są tu tak samo wyraźne, jak we wcześniejszych tomach, wydają się jednak jeszcze bardziej nacechowane katastroficznie. Dominującym brzmieniem nie jest bunt i niezgoda, lecz raczej pogodna rezygnacja: „Ślicznie ci było w moim staniku, kochany, / ale Pan najwyraźniej przeznaczył mi inny kielich” („Król w świecie żaluzji”). Być może podobnie jak dla Platona, dla Bargielskiej ciało jest więzieniem dla duszy i miejscem, w którym pokutuje za grzechy z poprzednich odcinków. W tym kontekście zupełnie inaczej zaczynamy patrzeć na „Nudelmana”, począwszy już od samej okładki. Zdobi ją rysunek, jakie nieraz wykonują dzieci – domu bez okien, z samymi drzwiami, co bardziej niż do azylu, zbliża go do aresztu. „Jeśli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, co go wznoszą”, głosi Psalm 127. Bargielska nie próbuje niczego wznieść, lecz znaleźć sobie kąt, by w nim przynależeć do samej siebie i czekać na sukurs, bo przecież „Bóg wdrożył procedurę mojego ratunku”.

Śmiertelność zakłada jednak istnienie, a nawet to jest u Bargielskiej kwestionowane. W tekście kończącym „Nudelmana”, „Zoo w Oo”, podmiot przyznaje się, że pracuje „teraz nad życiem innej kobiety, / takiej, która wcale nie uważa, że pięknie się różnimy”. Bargielska nie tworzy więc opozycji istnienie-nieistnienie, ale istnienie kontra poszukiwanie jakiejś formy życia. Brooke Shields stwierdziła, że „umierając traci się istotną część życia”, czy jednak podobnej straty doświadcza się, nie istniejąc? Czy posiadanie ciała jest równoznaczne z istnieniem? Kluczowy w kontekście tak stawianych pytań wydaje się poruszający wiersz „Na czas zamknięcia kładki”, który najlepiej byłoby przytoczyć w całości, tak bardzo jest korporalny. Ta krótka przypowieść o poszukiwaniu ciała drugiego (drogiego?) człowieka po to, żeby je zakopać, mimo „że twoje ciało / powinno być na pustyni jedzone przez zwierzęta, aż zniknie”, kończy się jednocześnie makabrycznym i wzruszającym czterowierszem:

Opłakiwać twoje ciało, być zjadaną w swoim,
i pilnować, by nikt nie podchodził, to wyzwanie
należy podjąć, żeby ktoś coś kiedyś zrozumiał
z tego, co tu zaszło.

Brak ciała nieuchronnie uniemożliwia takie przygody, podobnie jak wyklucza bardziej miłosne uniesienia. Seksualność, prymitywna ludzka aktywność, nie unieważnia świętego charakteru tego „więzienia duszy” (Whitman pisał: „The man’s body is sacred and the woman’s body is sacred”), ale w jakiś dziwaczny, grzeszny sposób, pozwala być bliżej Boga i z całą rewerencją cieszyć się cudownym darem, jakim jest miłość cielesna. „Przełożyłby pogrzeb, żeby mnie zerżnąć, / ale najchętniej własny” pisze w wierszu tytułowym Bargielska – seks w tym tomie podszyty jest wyjątkowym bólem i permanentnym poczuciem straty („Orgazm musi boleć”), co jednocześnie wydaje się być dowodem życia. A różnica między życiem a nieżyciem w wierszu wydaje się wyjątkowo subtelna, jak różnica między autobusem a pociągiem. Obydwa u Bargielskiej są pełne dzieci. Obydwa czeka katastrofa. We wspomnianym już wierszu „Nowe buty” poetka pisała: „A moim zadaniem jest wybrać, z czym chcę się zderzyć / tym pełnym dzieci pociągiem”. Z kolei w tekście „Niech go” z „Nudelmana” mamy „Calutki nagrzany autokar ślicznych, tłustych dzieci”. Poeta nie jest więc niemym poruszycielem, ale bogiem, który może oszukać przeznaczenie i ocalić dzieci, ale nie siebie. Sam będzie „ginąć szybko lub wolno, lecz zawsze ku górze”.