Święci za życia
Fot. archiwum prywatne zespołu

Święci za życia

Marcin R. Nowicki

Czym w zasadzie jest rock'n'roll? Niewielu zespołom ostatniego trzydziestolecia poza The Jesus & Mary Chain bardziej należy się notka: to oni są rock'n'rollem. 2 sierpnia wystąpią na OFF Festivalu w Katowicach

Jeszcze 3 minuty czytania

Lata 80. to dla rockowej konwencji czas specyficznych przewartościowań. Dekada rozkwitu produkcji syntezatorów, a co za tym idzie boomu na pop. Instrumenty klawiszowe, samplery, syntezatory po raz pierwszy zdetronizowały gitarę jako nieodzowny element piosenki popularnej. Rock zdziwaczał. Z jednej strony pojawiła się komercyjna dominacja przywdzianego w szpanerski lateks hair-metalu. Na drugim biegunie zaś scena indie – wstydliwa wobec sukcesu i przyjmująca skromność za cnotę. Wydawało się, że pomysł odwołania się do The Velvet Underground i uchwycenia pierwotnej siły gitarowego sprzężenia musi spalić na panewce. Wtedy w położonej tuż pod Glasgow miejscowości East Kilbride pojawili się bracia Reid...

Od początku tej historii nieodłącznym jej elementem byli właśnie Jim i William. Wszystkie wzloty i upadki, cały kapitał The Jesus & Mary Chain to w gruncie rzeczy oni. Oraz ich fascynacja gigantami. The Stooges, T. Rex, czy wreszcie The Velvet Underground, od których pożyczyli pomysł na minimalistyczną, „zero-jedynkową” perkusję. William piętrzył potężne w skali hałasu, acz oszczędne w melodycznej formie, gitarowe figury, znak firmowy zespołu w okresie głośnego debiutu „Psychocandy” (1985). Powściągliwy w emocjach, niski głos Jima doskonale dopełniał tę mieszankę. Zauważalne emocje kanalizowano gdzie indzie. Koncerty JAMC kończyły się zaledwie po kilkunastu minutach, na skutek ogólnej demolki. Pochód od startu na scenie Glasgow do rezydencji w Londynie i skierowania na siebie uwagi niemal całej tamtejszej prasy trwał zaledwie kilkanaście miesięcy. Reidowie elektryzowali. Rozrabiali i zachwycali. A płyta „Psychocandy” weszła do kanonu jako jeden ze szczególnie imponujących rock'n'rollowych debiutów. Ekstatyczne recenzje pojawiły się nie tylko w alternatywnych periodykach w rodzaju „New Musical Express” – opinię w tym samym tonie wydrukowała zajmująca się wykonawcami z list przebojów gazeta „Smash Hits”.

Na podobnym etapie kariery idole braci Reid, The Sex Pistols, przestali istnieć. Jednak z pozoru chaotyczna natura The Jesus & Mary Chain okazała się całkiem nieźle i dość długo funkcjonować w ramach oficjalnego, międzynarodowego rynku. Jeszcze przed „Psychocandy” grupa podpisała pięciopłytowy, międzynarodowy kontrakt z filią Warner Bros., Blanco y Negro. Drugi album „Darklands” (1987) rozczarował co prawda kilku zwolenników gitarowego zgiełku, lecz przyniósł formacji całkiem wymierny odzew reszty publiczności. Nowy wymiar zyskały kompozycje Reidów: wyraźnie dojrzalsze i intrygująco introwertyczne, nawet jeśli mniej hałaśliwe. W wyścigach przebojów głównego nurtu szczególnie wysoko odnotowano „April Skies” (8. pozycja w kwietniu 1987). Przypomnijmy: podbicie pierwszej dziesiątki wyspiarskiego notowania singli grupom w rodzaju The Smiths, The Cure czy New Order udawało się dosłownie raz na kilka sezonów.

Umiarkowaną popularność ekipa zyskała również w Stanach Zjednoczonych, froncie dla brytyjskich wykonawców zdradliwym, chociaż w latach 80. wielokrotnie podbijanym przez gwiazdy pop w rodzaju Duran DuranWham! Mary Chain nie zaistnieli być może na listach przebojów, ale w akademickich rozgłośniach radiowych już tak. Regularne trasy po niezłych salach zbiegły się z docenieniem przez kluczowe postaci tamtejszej sceny. „Head On” z trzeciego albumu „Automatic” (1989) we własnej wersji nagrali i wydali na singlu Pixies, a fanami szkockiego combo byli także muzycy Nirvany. Wreszcie „Sometimes Always” (1994), niezapomniany duet z Hope Sandoval z Mazzy Star, który trafił na rynek w okresie triumfu tej amerykańskiej grupy i uzyskał w Ameryce status alternatywnego przeboju.

Nie wszystkie jednak aspekty sukcesu w USA zapisały się w pamięci Szkotów pozytywnie. Występ Mary Chain w ramach prestiżowej dla rynku imprezy Lollapalooza '92 przypadł na wczesnopopołudniowe godziny. Zgromadził pod sceną fanów Red Hot Chilli Peppers i Pearl Jam. „To jeden z największym koszmarów, jaki przeżyliśmy” – wspominają Reidowie.

Niecodzienne kontrowersje przyniósł w tym czasie pilot płyty „Honey's Dead” (1992). W singlowym nagraniu „Reverence” Jim śpiewał: „I wanna die like Jesus Christ […] I wanna die like JFK/ I wanna die in the U.S.A.”. Efekt? Zakaz emisji nałożony przez szefów radia BBC. Zakaz występu w „Top of the Pops”. Oraz... drugi w karierze numer w pierwszej dziesiątce notowania sprzedaży singli. Jim Reid komentował to we właściwym sobie stylu: „Każdy, kto dostrzega w tym nagraniu coś niewłaściwego, musi być idiotą”. W trakcie trzech lat wydawniczego milczenia braci w Wielkiej Brytanii triumfowały sceny madchesterska i shoegaze. Grupa stylistycznie kojarzona z tym drugim nurtem na „Honey's Dead” zaatakowała jednak bliższymi madchesterowi perkusyjnymi loopami. Do łask wróciły także niezwykle głośne, sfuzzowane gitary Williama.

Po rozstaniu się zaledwie chwilę po rejestracji „Psychocandy” z perkusistą, a tak naprawdę wokalistą Primal Scream, Bobbym Gillespie, bracia Reid przez dwa kolejne albumy samodzielnie programowali automat perkusyjny. Z różnym skutkiem. Bębny na „Darklands” czy „Automatic” w kilku fragmentach zdążyły się dzisiaj z lekka zestarzeć. Dla kontrastu: masywne, postrave'owe bity na „Honey's Dead” sąsiadowały  z bębnami Steve'a Montiego i nadal zachwycają aranżacyjną spójnością.

Metody samodzielnej pracy były Reidom na tyle bliskie, że tuż przed rozpoczęciem sesji do płyty „Honey's Dead” muzycy wybudowali w południowym Londynie własne studio. Nosiło ono wiele mówiącą nazwę „The Drugstore” („Apteka”). To w nim powstały późniejsze albumy grupy. Równocześnie liberalny harmonogram pracy, jaki gwarantuje własna baza nagraniowa, spowodował coraz częstsze dzielenie zawodowych obowiązków z wypadami do pubu. Problemy czaiły się tuż za rogiem.

Na Wyspach eksplodował britpop. Zmianę podejścia prasy do JAMC doskonale obrazują noty dwóch kolejnych albumów w sztandarowym miesięczniku epoki, „Select”: pięć w pięciopunktowej skali dla „Honey's Dead” i zaledwie dwie gwiazdki przyznane na poły akustycznemu „Stoned & Dethroned” (1994). Media znalazły sobie nowych kandydatów na okładki, a w zespole pojawiło się poczucie schyłku. Jawnym wyrazem rosnącego rozczarowania branżą i spadkiem notowań formacji był ostatni materiał nagrany dla wielkiego Warnera, czyli EP o wymownym tytule „I Hate Rock 'n' Roll” z 1995 roku. W piosence dostało się zarówno BBC, jak i MTV.

Wydany trzy lata później longplay „Munki” (1998), chociaż rejestrowany w sytuacji ostrego konfliktu między Reidami (swoje partie nagrywali osobno, nie widując się w ogóle w studio), udowadniał, że zespół jest w świetnej formie. Album był przebojowo hałaśliwy i bezkompromisowy, jak mało która muzyka wydana w tamtym okresie. Singiel „Cracking Up” to zdaniem rodzeństwa najlepsza piosenka w ich dyskografii. Osobiście przychylam się do tej opinii – wspaniała motoryka, uzależniający riff i efektowny tekst nieukrywający faktu bytowania niejako poza społeczeństwem. Album „Munki” nie zdobył jednak stosownego rozgłosu, lądując zupełnie poza notowaniami sprzedaży. Rola kompozycji promowanej przed rozpadem grupy przypadła „I Love Rock 'n' Roll”, afirmacyjnej odpowiedzi Jima na „I Hate Rock 'n' Roll” Williama sprzed kilku lat.

Podczas dekady nieobecności Mary Chain na rynku zmieniło się wiele. Fala umiarkowanego powrotu rock'n'rolla do łask przyniosła zespoły zawdzięczające niemało właśnie dokonaniom Szkotów. Wpływy te nie tylko usłyszeć, ale i zobaczyć można było w sposobie, w jaki prezentowali się światu Amerykanie z Black Rebel Motorcycle Club. Charakterystyczny rodzaj budowania napięcia między zapętlonymi, rytmicznie regularnymi uderzeniami bębnów a spogłosowanymi przesterami gitar znajdziemy także na płytach skandynawskich grup The RaveonettesSerena-Maneesh.

Nic jednak nie przysłużyło się tak wprowadzeniu szyldu The Jesus & Mary Chain do masowej świadomości jak obraz „Między słowami” (2003) Sofii Coppoli i towarzysząca mu ścieżka dźwiękowa. W jednej z finałowych scen wybrzmiewa „Just Like Honey”, utwór otwierający debiutancki album „Psychocandy”. Dość powiedzieć, że gdy grupa powracała na scenę podczas festiwalu Coachella w 2007 roku, na okoliczność wykonania tej piosenki za mikrofonem pojawiła się... Scarlett Johansson, odtwórczyni głównej roli żeńskiej w filmie.

Brak przynależności do konkretnej sceny, ponadczasowość muzycznego konceptu i wreszcie naturalna sceniczna charyzma Jima i Williama powodują, że koncertowy powrót Mary Chain, jaki z małymi przerwami trwa od kilku lat, od nowa podnosi morale zespołu. Na rynku pokazały się imponujące, zremasterowane reedycje całego katalogu, a nowy album The Jesus & Mary Chain zapowiadany jest na 2016 rok. To jednak muzyka mówi sama za siebie. Jeśli więc chcecie dowiedzieć się, czym jest rock'n'roll, warto drugiego dnia tegorocznego OFF Festivalu znaleźć się pod główną sceną!

Jim Reid specjalnie dla Dwutygodnika:

O emigracji do Londynu

Czego mieliśmy szukać w Glasgow? Nie byliśmy w stanie grać tam koncertów. Telefonowaliśmy do różnych klubów i niewiele z tego wychodziło. Nikt nie był nami zainteresowany. Wyjazd do Londynu stał się koniecznością. Tam pomocną dłoń zaoferował nam Alan McGee. Był już wtedy właścicielem wydawnictwa Creation, ale w katalogu posiadał zaledwie kilka singli. Prowadził także klub The Living Room, do którego zaprosił nas na koncert. I od tamtego występu sprawy potoczyły się naprawdę szybko.

 O niezależnej scenie lat 80.

Bardzo brakowało jej ambicji. My wychowaliśmy się na piosenkach T. Rex i Davida Bowiego, czyli wykonawców, którzy pojawiali się w „Top of the Pops”.  Nawet Johnny Rotten był gwiazdą popu. Bardziej niż dzieciaki zapatrzone w scenę indie, modlące się do plakatów w swoich pokojach, interesowali nas ludzie jako tacy. Pomyśleliśmy: dobra, dotrzemy do tak wielu osób, jak to możliwe. Chcieliśmy obecności na listach. Chcieliśmy być gwiazdami pop.

O życiu po „Psychocandy”

Szykowanie debiutu zajęło nam sporo czasu. Później graliśmy te piosenki na bardzo wielu koncertach. Nie planowaliśmy spraw z wyprzedzeniem. Gdy pojawiły się oczekiwania dotyczące następnej płyty, doznaliśmy małego szoku. Co utkwiło mi w pamięci: zależało nam na zupełnie nowym materiale, nie chcieliśmy wydawać „Psychocandy II”. Wiele osób poczuło się zaskoczonych brakiem gitarowych sprzężeń na „Darklands”. Jednak na takim kierunku nam zależało. Uważam, że odnieśliśmy sukces.

O byłych muzykach JAMC

Nie mieszkamy z Bobbym Gillespie zbyt blisko siebie, więc nie spędzamy czasu razem. Lecz pozostaliśmy kumplami. Gdybyśmy spotkali się na ulicy, bez problemu mógłbym z nim pogadać, wyskoczyć wspólnie na drinka czy coś w tym stylu. Douglas Hart, zanim został uznanym twórcą teledysków, był świetnym muzykiem, przekazał Mary Chain swoją energię. Był także moim przyjacielem. Jego sukces cieszył również mnie.

O branży i implozji zespołu

Niektórzy podchodzą do muzyki w niewłaściwy sposób. W porządku, na koniec dnia sprzedajemy płyty. Lecz to nie takie proste. Podstawą jest sztuka. No dobra, nie sprzedaliśmy zbyt wielu kopii ostatniej płyty „Munki”. Mieć wpływ na odbiorców, zainspirować ich, to jest dla mnie najważniejsze. Sukcesem niekoniecznie jest kilka milionów ludzi, którzy kupią danego roku album Coldplay, a następnego i tak go wyrzucą. Muzyczny biznes nigdy nie był dla nas szczególnie łatwym środowiskiem. Faktycznie, w tamtych dniach czuliśmy się coraz bardziej wyalienowani, świat stawał się mniejszy i mniejszy. Jednocześnie coraz silniej walczyliśmy między sobą. Wszystko w Mary Chain zaczęło rozpadać się na kawałki.

2 sierpnia The Jesus And Mary Chain wystąpią na OFF Festivalu w Katowicach


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.