Piosenki o miłości są takie banalne
Kadr z „Pulp: film o życiu, śmierci i supermarketach”

Piosenki o miłości są takie banalne

Jakub Bożek

„Nie potrzebujemy waszej wrażliwości społecznej. Chcemy tylko waszego sprzętu audio i głośników z bass-reflexem. Teraz!”. Pulp to zespół, który swoim znakiem firmowym uczynił wszystko, co wstydliwe

Jeszcze 3 minuty czytania

„Claire Middleton I love you will u marry me” – takie graffiti nabazgrane na łączniku między dwoma blokami w Park Hill, komunalnym osiedlu w Sheffield wyciągniętym jakby wprost ze snów Le Corbusiera, można przez krótką chwilę zobaczyć na jednym z kadrów „Pulp: A Film About Life, Death and Supermarkets”. To dokument upamiętniający ich ostatni koncert w rodzinnym mieście (można go było zobaczyć we Wrocławiu na festiwalu Nowe Horyzonty). Te oświadczyny, wysmarowane na pordzewiałym metalu, są tak bardzo ze świata Pulp, że aż trudno uwierzyć, że to nie cytat choćby z genialnej epopei „Sheffield: Sex City”, w której to szare, ponure poprzemysłowe miasto funkcjonuje jako katalizator i obiekt miłości, trochę jak samochód w „Kraksie” J.G. Ballarda. I tak jak u Ballarda w żadnym razie nie jest to jakaś wzniosła idea romantycznego uczucia. Sheffield Jarvisa Cockera, wokalisty i motoru napędowego Pulp, jest jak viagra, pobudza do pieprzenia dziur w chodniku, futryn w sklepach, kałuż. Rozpalone słońcem powietrze podnieca tak bardzo, że nawet lampy wydają się chcieć to zrobić. W końcu przez tę całą seksualną energię modernistyczne osiedle zawala się: „O 4:13 wszyscy w Park Hill doszli unisono. Trafika stanęła w ogniu i wszyscy mieszkańcy zmarli na raka płuc”.

Historia miłosna tajemniczej Claire ma jednak o wiele więcej wspólnego ze światem kreowanym przez Pulp niż samo miejsce, w którym się wydarzyła. Tak jak w najlepszych utworach zespołu miłość, seks, klasowe korzenie i miejska psychogeografia gotują się tutaj w jednym wielkim garze, a wszystkie te smaki przenikają się w sycącym eintopfie. Odkryty przez reporterkę niezawodnego BBC życiorys Claire jak żywo przypomina opowieść o Susan z cudownej trylogii Pulp, nagranej tuż przed tym, jak przekroczyli próg sławy. Cykl, na który składają się utwory „Stacks”, „Inside Susan” i „59 Lyndhurst Grove”, to historia życia tytułowej bohaterki – od dzieciństwa w Rotherham, przez dziką młodość w Sheffield, aż po spokojną dorosłość na przedmieściach Londynu u boku zamożnego męża, architekta, od którego musi czasem uciec w ramiona kochanka.

Biografie Claire i Susan odbijają się od siebie. Istniejąca realnie Claire była równie spragniona życia co piosenkowa Susan – ciągnęły ją narkotyki i niebezpieczni mężczyźni. Dalszy ciąg przypomina jednak bardziej realistyczne kino Kena Loacha niż fantazmaty klasy średniej. Gdy Claire poznała Jasona, autora graffiti, miała już kilkoro dzieci, a przez amfetaminę straciła zęby i kobiece kształty, była chuda jak deska. I choć się kochali, historia nie miała szczęśliwego zakończenia. Urzędnicy opieki społecznej nie dopuścili do małżeństwa, a sama Claire wkrótce zmarła na raka. Dziś jedynym śladem po ich miłości jest wykonany na wzór grafitti neon zdobiący rewitalizowane właśnie Park Hill.

W reżyserowanym przez Floriana Habichta filmie życiorysy jego bohaterów – fanów i fanek zespołu czekających koncert w Motorpoint Arena – również kojarzą się ze światem Pulp, zupełnie jakby działał on jak jakaś czarna dziura wsysająca biografie i wpisujące je w nowe, połowicznie fikcyjne, połowicznie realne środowisko. I tak typowy freak, różowłosy Bomar opowiadający o tym, że lepiej jest być napadniętym w Sheffield niż w Londynie („Tu przynajmniej wiesz, kto to zrobił”), mógłby równie dobrze być jednym z postaci z pamiętnego, choć nielubianego przez grupę, glamowego parowozu „Mis-Shapes” otwierającego album „Different Class”. Ten hymn wszystkich, którzy kiedykolwiek dostali baty od townies (lokalsów, najczęściej o pochodzeniu robotniczym), wziął swoją nazwę od czekoladek, które ponieważ nie nadawały się do ozdobnych bombonierek, były sprzedawane za połowę ceny. Młody Jarvis kupował je w cukierni naprzeciwko domu, w którym wychował się jako dziecko. Inna rozmówczyni Habichta, samotna pielęgniarka, która by zobaczyć Pulp przyleciała aż ze Stanów, sama porównuje się do kobiet tak świetnie portretowanych przez Jarvisa: „Jestem samotną matką, tak samo jak one”. Gdy mówi te słowa, w jej łagodnych oczach coś gaśnie, a widzom pozostaje tylko zgadywać, jaka jest jej historia.

Ciepła wspólnotowa atmosfera dokumentu – jej esencją jest scena chóralnego wykonania „Help the Aged” przez grupę starszych osób aktywizowanych przez jedną z miejscowych organizacji pozarządowych – pozwala jednak poznać Pulp tylko od jednej strony: jako zespół, który stworzył dla swoich Pulp People (tak nazywał się ich fanklub założony w roku 1992) oazę wśród nieprzyjaznych osiedli, rozpadających się ruder, wariackiego thatcheryzmu i nie lepszego blairyzmu. Wspólnotowa tożsamość, której nośnikami są muzyka i moda, to oczywiście popowy klasyk – Pulp nie byli tutaj ani pierwsi, ani ostatni. Po prostu robili to lepiej niż większość współczesnych im zespołów. Widać to choćby po tym, jak bardzo elektryzują publiczność ich koncerty przerywane brawurowymi monologami Jarvisa. W „Pulp: A Film...” sceny z koncertu z pewnością należą do najlepszych. Perfekcyjnie skręcone wykonania „Sunrise” czy „This is Hardcore” pozwalają zapomnieć, że jednym z powodów reaktywacji Pulp były niepospłacane hipoteki.

Pulp to jednak nie wyłącznie wspólnota dziwaków, ale też ośrodek nienawiści i resentymentu. W końcu równoprawną częścią ich historii jest bagaż negatywnych doświadczeń i emocji z 15 lat, w trakcie których zespół dochodził do sławy. 15 lat życia na zasiłku, w rozpadających się ruderach, właściwie bez perspektyw, bo czy można tak nazwać rojenia o przebiciu się na listy przebojów? Frustracja miała też oczywisty klasowy kontekst. Sheffield było upadłym robotniczym miastem i najważniejszym z pól bitewnych w wojnie między Margaret Thatcher a związkami zawodowymi. Dosłownie, bo kulminacją kampanii strajkujących górników była najprawdziwsza bitwa w Orgreave, wsi położonej niedaleko od Sheffield. Pulp poświęcili tym wydarzeniom swój ostatni utwór, „The Last Day of the Miners’s Strike”. Oczywiście warto pamiętać też o tym, że sam Jarvis nie wywodził się z rodziny robotniczej. Jego dziadek ze strony ojca był sędzią, a ten ze strony matki – prowadził firmę budowlaną. Na wakacje wyjeżdżali na Ibizę i Majorkę, a w latach 70. nie były to jeszcze oczywiste kierunki. Wściekłość Jarvisa należy więc rozumieć nie jako beznadziejną agresję kogoś z klasy robotniczej, ale bezsilną frustrację kogoś, kto jest na granicy – nie tylko sławy, ale też na granicy klas, robotniczej i niższej średniej. Sam zresztą mówił, że o istnieniu klas społecznych dowiedział się dopiero w Londynie, gdy zetknął się z ludźmi o pochodzeniu innym niż on sam. A to właśnie u tych, którzy już widzą inne życie, którzy prawie już nim żyją, frustracja jest najsilniejsza. Może nic w tym dziwnego, że najlepsze i równocześnie najbardziej nienawistne piosenki Pulp powstały po roku 1988 – zespół istniał już wtedy ponad dziesięć lat – w którym Jarvis przeniósł się do Londynu, gdzie zaczął studiować w St. Martins’ College.

Najbardziej znaną z nich jest oczywiście „Common People”, historia romansu narratora z zamożną Greczynką studiującą rzeźbę, a przy tym najlepszy opis konfliktu klasowego od czasu Marksa. Klasa społeczna to coś, od czego nie ma odwrotu, to psi żywot, który rodzi agresję. Pamiętny wers o kundlach gryzących bez ostrzeżenia, najgroźniejszy od „Anarchy in the UK” Pistolsów, kojarzy się z „psim” fragmentem „Ferdydurke”, w którym pokorni niczym szczeniaki wieśniacy nagle zmieniają się w obślinioną ze wściekłości watahę. „Nie bójta się! Gryźta! Huź! huź! Psssa go! Bierzta Intencyje! Bierzta Inteligencję! Huź, huzia, psssa, kota, kota! Ksss... Ksss... – Tak szczując się i podszczuwając zbliżali się powoli – co gorzej, dla niepoznaki czy może dla zachęty wiedli na powrozach prawdziwe psy, które wspinając się, skacząc roniły śliny z pysków i ujadały wściekle”.

„Mile End”, złośliwa satyra na mieszkańców wieżowca w Mile End, dzielnicy wschodniego Londynu, mogłaby być rewersem „Common People”. Jarvis spędził w nim dziewięć miesięcy, które później określił jako „najgorszy okres w życiu”. W jednym z wywiadów mówił: „Byłem pewien, że kogoś tam zamordowano. W zlewie była jakaś potworna śmierdząca różowa maź, obok stał środek do udrażniania rur na bazie kwasu solnego. Zacząłem myśleć, że poprzedni lokator zamordował żonę, a potem starał się rozpuścić jej szczątki w zlewie”. Klatka schodowa śmierdziała rybami, miejscowe dzieciaki podpalały samochody, a podczas gry w bilard można było zginąć od postrzału ze strzelby. „Och, to niezły burdel. Tak, to Mile End” – śpiewał Jarvis.

Dość bezlitosne opisy nędznego, wykańczającego stylu życia klasy robotniczej były zresztą jego specjalnością. W „Catcliffe Shakedown” na dziecięce pytanie o to, co to jest masło, matka odpowiada: „Och, to tylko inna marka margaryny”. Mieszkańcy są tak podejrzliwi, że nawet tęcza wydaje im się czymś podejrzanym. „Jest taka piękna, ale nie wiem, co oznacza. Tęczo nade mną – co dokładnie reklamujesz?”. Wszyscy chcieliby uciec z tego świata, ale dla większości jedyną szansą na urzeczywistnienie eskapistycznych fantazji są narkotyki i tani alkohol (na przykład cydr Diamond White, tani i bardzo mocny) albo wariactwo. W „Deep Fried in Kelvin”, stronie B singla „Lipgloss”, Jarvis opowiada o znajomym, który miał tak bardzo dość życia wśród betonu, że postanowił zamienić swoje mieszkanie w ogród. W salonie, dobrze wysypanym ziemią, zasadził kilka roślin ukradzionych z parku.

Nawet jeśli momentami narracja Pulp przypomina nieco „Z kamerą wśród zwierząt”, jest w niej też pewien szczególny rodzaj godności, której często brakuje bardziej ułożonym i poprawnym politycznie perspektywom klasy średniej. Wiadomo przecież, że gra nie toczy się o „uznanie” czy „uważne pochylenie się nad problemem”, ale o awans materialny, tu i teraz. Zacytujmy jeszcze „Deep Fried in Kelvin”: „Nie potrzebujemy waszej wrażliwości społecznej zrodzonej w czasie powrotów taksówką z wernisaży. Chcemy tylko waszego sprzętu audio i głośników z bass-reflexem. Teraz!”.

***

O historii Pulp, szczególnie prehistorii, wyczerpująco pisał Mark Sturdy w książce "Truth and Beauty: The Story of Pulp", niestety niezbyt dobrej. Zdecydowanie warto sięgnąć za to po "Uncommon", której autorem jest Owen Hatherley, brawurowo opisujący psychogeograficzne i klasowe zakamarki ich albumów. Najbardziej oddanym fanom i fankom zostaje zaś sięgnąć po "Mother, Brother, Lover", zbiór tekstów ich piosenek opatrzony komentarzem Jarvisa Cockera


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.