BIOGRAFIE:  Przypisy do Witkacego

BIOGRAFIE:
Przypisy do Witkacego

Błażej Warkocki

Im dalej brnąłem w książkę Deglera o Witkacym, tym bardziej czułem, że coś mi w niej przeszkadza. Po chwili zrozumiałem co. No tak, Witkacy żyje w kulturze niezdekonstruowanej

Jeszcze 2 minuty czytania

Witkacy to z całą pewnością postać pod każdym możliwym względem nietuzinkowa. Po pierwsze: gigant polskiego modernizmu. Po drugie: człowiek o biografii tak niesamowitej, że starczyłoby na trzy powieści sensacyjne z romansem na dokładkę.

Na początku wieku odbywa z Bronisławem Malinowskim podróż po półkuli wschodniej, dociera na Sri Lankę (Cejlon); jest oficerem we właśnie ogarniętej rewolucją Rosji, prawdopodobnie to jego kompania rozpoczęła rewolucję lutową. Ma na koncie głośne romanse i ekscentryczne wybryki; pisze, maluje, eksperymentuje z narkotykami. Pracuje jak lokomotywa, a jednocześnie nieustannie wspomina o depresjach i samobójstwie. W końcu samobójstwo rzeczywiście popełnia, w dość teatralnych okolicznościach. Ma też prawdopodobny, choć pośredni, współudział w cudzym samobójstwie, o kilkanaście lat wcześniejszym. Trochę geniusz, trochę wariat, zależy jak patrzeć. Magnetyczna osobowość, która musiała być – i była – niesamowicie trudna w codziennym życiu.

Pasjonujący materiał na biografię. Niestety biografia nie jest w Polsce traktowana jako szlachetny gatunek literacki. Rodzimy logocentryzm uprzywilejowuje raczej fikcję, zwłaszcza poezję i powieść, choć przecież dziś już wiemy, że fikcjonalność jest podstawowym pasem transmisyjnym dla wszelakich form wyrażania, także tych, które pragną całkiem bezpośrednio opisywać rzeczywistość. Po przełknięciu kilku łyków sentymentalnej goryczy, można sobie jednak uświadomić ogromne możliwości, jakie daje takie podejście. Biografię trzeba napisać jak powieść! Na polskim gruncie niedościgniona pozostaje w tym względzie praca Izabeli Filipiak „Obszary odmienności. Rzecz o Marii Komornickiej”.

Janusz Degler, „Witkacego portret
wielokrotny. Szkice i materiały do biografii
(1918–1939)”
. PIW, Warszawa, 558 stron,
w księgarniach od września 2009
Praca Janusza Deglera „Witkacy. Portret wielokrotny” to, z tego punktu widzenia, raczej zbiór opowiadań, często o pozytywistycznej proweniencji. Otrzymujemy najpierw rozbudowane kalendarium życia Witkacego, od 1918 do 1939 roku (w morzu szczegółów można utonąć), a następnie naświetlenia kolejnych kwestii szczegółowych. Witkacy wobec formistów, jego małżeństwo, stosunek do kina, przyjaźń z filozofem Hansem Corneliusem, okoliczności powstawania „Nienasycenia”, znajomość z Deborą Vogel… Dostajemy też sporo dokumentacji – zwłaszcza korespondencji z wybranymi osobami, a także materiały dotyczące pobytu Witkacego w Rosji (jego związki z rewolucją to rzeczywiście fascynująca i tajemnicza sprawa). Wszystko to razem układa się w rozbudowane „przypisy do Witkacego”. Nie chodzi zatem o napisanie „nowego Witkacego”, o nową interpretację tego niebywałego zjawiska, lecz o dopełnienie istniejącego (choć niekompletnego) portretu.

To oczywiście nie jest zarzut, lecz diagnoza strategii. Bo przecież nie ulega wątpliwości, że książka Janusza Deglera to przebogate źródło informacji o autorze „Nienasycenia”, pełne szczegółów, dat, faktów – i zdjęć (polecam zwłaszcza Witkacego wąchającego krokusy). To również opowieść przyjemna w lekturze. A jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynałem sobie zdawać sprawę, że coś mi w tej narracji przeszkadza. Po chwili zrozumiałem co. No tak, Witkacy żyje w kulturze niezdekonstruowanej.

Rzecz jasna widać to najlepiej, gdy zaczniemy przyglądać się marginesom tekstu, drobiazgom, które niby grzecznie wkomponowują się w narrację, ale stanowią też jej potencjalny rozsadnik. Oto na przykład znajdziemy u Deglera fragment listu, w którym Witkiewicz-ojciec odradza swemu synowi małżeństwo z Anką Oderfeldówną: „Pomyśl, co zrobisz, jak Ci się wysypie pół tuzina Żydków, Twoich dzieci? Czy potrafisz nie obrazić ich matki, czy potrafisz przezwyciężyć swój wstręt […]” (s. 161). Ojcowskie rady skutkują – Witkacy rezygnuje z ożenku, a Oderfeldówna do końca życia pozostaje panną. 

A co wiemy my? Wiemy, że antysemityzm na przełomie wieku XIX i XX musiał być powszechny nie tylko w dyskursie publicznym (ten był podówczas niezwykle brutalny), nie tylko w nauce, która zajmowała się chętnie różnicą „ras”. Także w umysłach polskich elit symbolicznych (Witkiewicz-ojciec z pewnością do nich należał) rasizm funkcjonował po prostu jak powietrze, którym się oddycha. Domyślamy się też, że kultura polska z punktu widzenia Anki Oderfeldówny musiała wyglądać znacząco inaczej niż z punktu widzenia jej uprzywilejowanych członków – dajmy na to Witkacego. Uwzględnienie tej różnicy musiałoby też zmienić samą narrację o Witkacym. I to bardzo. Bez względu na osobiste poglądy Witkacego.

Pociągnijmy ten wątek. W młodym wieku Stanisław Witkiewicz wybiera się wraz z Bronisławem Malinowskim jako emisariuszem kolonialnego państwa (Zjednoczonego Królestwa) na Nową Gwineę. Jak właściwie postrzegał tubylców Witkacy? Bo wiemy skądinąd, że Malinowski,  antropologiczny geniusz piszący swe prace pod jarmarcznymi tytułami („Życie seksualne dzikich”), miewał ostre rozdwojenie poznawczej jaźni, gdy – jak to wynika z jego „Dziennika”zamieniał się w molestującego etnografa i wśród tubylców widział „plugawe szmaty”, ale też ponętnych „Dicka” i „Iguę” („gromada chłopców na usługi bardzo przyjemna”)[1].

Czy Witkacy też reprezentował model białego pana w korkowym kapeluszu badającego dzikich? Z pomocą instrumentarium krytyki postkolonialnej można by z tej kwestii sporo wycisnąć, ale niestety ten fragment jego życiorysu w książce Deglera został pominięty. Warto więc znowu zerknąć na margines, do przypisu, gdzie Witkacy zwierza się Malinowskiemu: „Uwiodłem portugalską kurwę z Brazylii, ale bez wielkiej przyjemności. Dwa trepangi, po czym odechciało mi się. Straszne jest moje życie” (s. 486).

Co z tego dla nas, podejrzliwych czytelników, wynika? Na pewno to, że biali panowie w odległych egzotycznych krainach zamieniają się w seksualne bestie. Doskonale wykorzystują swoje uprzywilejowanie wynikające z „bieli” i „męskości”. I traktują je bezrefleksyjnie jako coś oczywistego. Bo przecież jasne jest dla nas wszystkich i jasne było dla Witkacego, że jego nikt jak kurwy nie potraktuje. To wyłącznie męska prerogatywa.

Chociaż… Witkacy, jak każdy zdolny artysta w tej części Europy, będzie chciał robić karierę w samym centrum kulturalnego świata, czyli w Paryżu. I dość szybko wejdzie w rolę „zakompleksionego prowincjusza”, który zrobi wszystko, niemal zastawi ostatnią koszulę (chociaż bieduje), by w Paryżu zaistnieć. Nic z tego nie wychodzi, a prowincjusz daje się wykorzystać sprytnemu oszustowi. W wymiarze symbolicznym zajmuje miejsce – choć nie zdaje sobie z tego sprawy – owej „brazylijskiej kurwy”.

A jaki właściwie model męskości prezentuje Witkacy? Pewne przypuszczenia można snuć na podstawie jego małżeństwa. Witkacy długo przebiera i wybiera, aż w końcu się decyduje. Uczciwie informuje też małżonkę, że będzie ją zdradzał, co czyni chętnie i często. Ma to działać w obie strony, co można by uznać za próbę „małżeństwa przyjaciół”. Ale raczej nie działa. Witkacy jest zazdrosny i wysyła przyjaciół, by szpiegowali Witkiewiczową. Z czasem rzecz ulegnie modyfikacji i główną powierniczką w sprawie kłopotów ze zdradzaną kochanką stanie się żona. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że społeczne oczekiwania wobec obu płci były wówczas dramatycznie różne i deklarowana równość w ramach otwartego związku tak naprawdę uprzywilejowywała jedną stronę. Męską. Uwzględnienie tej dysproporcji mogłoby znacząco zmienić opowieść o małżeństwie Witkiewiczów.

Witkacy w książce Janusza Deglera żyje też w świecie, w którym nie ma homoseksualistów (chociaż przyjaźni się z Karolem Szymanowskim, który wraz z „przepięknym góralem” [s. 154] świadkuje na jego ślubie). Witkiewicz pogardza także każdą formą kultury nieelitarnej (choć usiłuje robić karierę w filmie) – i ten wątek jego myśli chyba najbardziej trąci dziś myszką. To kolejny znakomity punkt wyjścia do dekonstrukcji…

Autor „Pożegnania jesieni” jest postacią fascynującą i drażniącą. Czasami warto jednak cofnąć się trzy kroki i spojrzeć pod innym kątem, żeby zobaczyć to, co się dobrze zna, w nowy sposób.


[1] Patrz polemika J. Tokarskiej-Bakir z Grażyną Kubicą na temat „Dziennika w ścisłym znaczeniu tego wyrazu” Bronisława Malinowskiego, „Res Publica Nowa” 2003, nr 1.