Prześniony festiwal
Fot. Anna Spysz / mat. prasowe festiwalu Unsound

Prześniony festiwal

Piotr Kowalczyk

Ciekawie obserwowało się tegoroczną ucieczkę Unsoundu przed rutyną festiwalu muzycznego. „The Dream” to nie tylko komentarz na temat festiwalizacji kultury, ale też historia wschodnioeuropejskich peryferii i szukanie zapomnianych wątków muzyki elektronicznej

Jeszcze 4 minuty czytania

Brytyjski portal The Quietus, zapowiadając zakończoną niedawno edycję krakowskiego festiwalu Unsound, zapytał grających tam muzyków o jego motyw przewodni.  W tym roku było to „The Dream” („Sen”). Oto fragment wywiadu z liderem zespołu Swans. Michael Gira mówi, jak jest:

Co oznacza dla ciebie fraza „living the dream” („życie marzeniem”)?
Nie oznacza ona dla mnie absolutnie nic.

To dokładnie taka odpowiedź, jakiej można się spodziewać ze strony osoby posądzanej o wieczne bycie w kontrze!
To hasło to tak straszliwa klisza, że nie wiem, jak miałbym na to pytanie odpowiedzieć. Równie dobrze mógłbyś mnie zapytać, co sądzę o ładnej pogodzie.

„Living the dream” to według słownika slangu urbandictionary.com ironiczne stwierdzenie kogoś, kto robi najnudniejszą rzecz na świecie. „Nienasycone pragnienie nowości prowadzi do powtórzeń” – czytamy z kolei w książeczce rozdawanej uczestnikom Unsoundu, w której kuratorzy tłumaczą hasło przewodnie tej edycji.

Festiwale to najważniejszy obecnie format prezentowania muzyki. Tygodniki opinii chętnie w ostatnich latach rozpisują się o „boomie na festiwale”. Mikołaj Ziółkowski, szef Open’era został nawet ogłoszony przez jeden z ważniejszych popkulturalnych magazynów w Polsce „osobowością dekady”. Festiwal to już nie tylko po prostu szereg wydarzeń skumulowanych w krótkim czasie, ale niemal dzieło sztuki. Sprawny i niepozbawiony wizji menadżer kultury w rodzaju Ziółkowskiego odgrywa w tej optyce rolę przypisywaną wcześniej „głosom pokolenia”, muzykom czy filmowcom.

Według niepisanej obietnicy festiwale mają być karnawałem, „świętem muzyki”, „tymczasową strefą autonomiczną”, pełnić mają funkcję edukacyjną i kulturotwórczą. Większość z nich obiecuje ważne artystyczne przeżycie. Festiwal to jednak sytuacja, w czasie której dzieje się bardzo wiele, ale zarazem nic ważnego. Zbyt często kończy się na bombardowaniu bodźcami i logice rodem z supermarketu – chaotycznej konsumpcji wytworów kultury. Festiwale są dobrym pretekstem do zareklamowania marki piwa i wpisują się w instrumentalne traktowanie twórczości artystycznej (potrzebnej np. do „promocji regionu” czy starań o tytuł „stolicy kultury”). To także część międzynarodowego biznesu muzycznego – agencji koncertowych, firm reprezentujących artystów, mecenasów i sponsorów. Co więc, jeśli moment karnawału, wykroczenia poza rutynę, sam się nią staje, a „transgresja” terminem budzącym politowanie?

Na tle europejskiej sieci coraz bardziej podobnych do siebie imprez Unsound przynajmniej próbuje wyjść poza te koleiny. Program układa staranniej, według bardziej przemyślanego klucza. Stara się komentować, a nawet przewidywać prądy ujawniające się we współczesnej muzyce (edycja „Horror” z 2010 roku zbiegłą się  z popularnością mrocznej elektroniki). Ma co roku swój bardzo ciekawy program pozamuzyczny – projekcje filmów, dyskusje, wystawy i instalacje. Próbuje także podważać założenia własnego istnienia – tak jak w roku 2012 (edycja „The End”) czy w tym roku – i pyta wprost o wyczerpywalność formuły festiwalu. Wyczerpuje się chyba nie tylko sam pomysł na karnawał muzyczny, ale zmęczeni wydają się też uczestnicy Unsoundu, „festiwalowicze”, przytłoczeni „bogactwem oferty” i samą długością trwającego 8 dni wydarzenia. Brytyjski krytyk Mark Fisher w wydanej w zeszłym roku książce „Ghosts of My Life” pisze o everymanie naszej dekady – jest nim zdaniem Fishera pracownik call center, „banalny cyborg, zmuszony nieustannie przetwarzać informacje i karany za każde odłączenie się od systemu”. Ja każdego października w Krakowie doznaję wariacji tego stanu. To coś w rodzaju muzycznej bulimii: zmęczenie fizyczne, senność napadająca w nieklimatyzowanych salach („The Dream”!) i nuda połączone z kompulsywną potrzebą przyswajania nowych wrażeń i autentycznym poczuciem winy w przypadku przegapienia jakiegoś koncertu.

Motyw przewodni tegorocznego Unsoundu był tak pojemny, że uczestnicy mogli właściwie zaprojektować swój własny scenariusz muzycznego snu. „The Dream” to w końcu zarówno XX-wieczne awangardowe ruchy artystyczne, jak i społeczne czy muzyczne utopie. To psychodelia późnych lat 60., punk („England’s dreaming” to cytat z piosenki Sex Pistols oraz tytuł wielkiej monografii tego ruchu autora Jona Savage’a), jak i rave’owe „lato miłości” 1988 roku. W końcu to czas i przestrzeń funkcjonująca w innym porządku. Samo piesze przemieszczanie po strefie dla turystów, jaką jest centrum Krakowa, w kółko po tych samych trasach i w pośpiechu, żeby zdążyć na kolejne wydarzenie, w poczuciu kompletnej izolacji od otoczenia, przypominało kondycję lunatyka.

Początkowo tematem festiwalu w 2014 miała być kontrkultura. Pokolenie kontrkulturowców, powojennych baby boomersów było na festiwalu reprezentowane choćby w osobie pisarza i krytyka muzycznego Barry’ego Milesa, naocznego świadka i kronikarza swingującego Londynu oraz psychodelicznej eksplozji późnych lat 60. Ale on sam, w przeciwieństwie do wielu niepoprawnych nostalgików ze swojego pokolenia, nie ma wątpliwości, że potencjał tamtego buntu kompletnie zanikł wiele lat temu. Same lata 60. stały się mityczną epoką gniewu i zaangażowania społecznego. Nie ma jednak już powrotu do tamtej kultury ani modeli działania. Sugeruje to choćby prezentowany na festiwalu film „Zaklęcie, które odpędza ciemność” („A Spell To Ward of Darkness”) Bena Russella i Bena Riversa, którego pierwsza część dzieje się w hipisowskiej komunie na estońskiej wyspie Vormsi. Jej uczestnicy traktują alternatywną formę społeczeństwa niezbyt poważnie czy głęboko, prowadzą nieintencjonalnie zabawne rozmowy filozoficzne. O wiele większy ciężar film zyskuje, gdy jego główny bohater pozostaje sam na łonie natury a potem staje na czele… kapeli black-metalowej.

Najmocniejszym stanowiskiem politycznym w czasie „The Dream” był występ artystów z londyńskiej wytwórni PC Music, Sophie i Felicity. Przez dwie godziny publiczność była na przemian chłostana pastelowym noise'em, gęstymi bitami i kiczowatymi melodiami rodem z eurodance'u czy happy hardcore'u lat 90. PC Music to chyba najbardziej intrygujące w ostatnim czasie zjawisko wśród labeli internetowych. Estetyka tej wytwórni to ciągła zabawa naszymi estetycznymi uprzedzeniami, tożsamością czy genderem. Sophie i Felicita, didżeje płci męskiej, noszą kobiece pseudonimy, wokale w PC Music są głęboko przetworzone, a z landrynkową estetyką i tekstami o zaliczaniu w klubach mogliby zidentyfikować się bohaterowie „Warsaw Shore”. Twórczość PC Music mogłaby towarzyszyć trwającej właśnie w MSN wystawie sztuki postinternetowej. „Maybelline! Maybellicious / Topman, Topshop / Fake Prada, fake Louis, fake Zara” – wymienia litanię marek robotyczny głos w utworze Lipgloss Twins. Największy przebój z kręgu PC Music „Hey QT” autorstwa „artysty” o pseudonimie QT to po prostu... element kampanii reklamowej napoju energetycznego. Zanurzenie w tej różowo-upiornej estetyce gwarantuje iście psychodeliczny efekt.            

Patronem „The Dream” był amerykański pisarz William Burroughs. Pokazywana w Cricotece instalacja noise'owego artysty Marka Fella to rekonstrukcja „maszyn snu” zaprojektowanych przez autora „Delikatnego mechanizmu”. Nieprzypadkowo więc na słynącym z mrocznej atmosfery festiwalu, zameldowała się silna reprezentacja legend muzyki industrialnej, nurtu w Burroughsa zapatrzonego: poszukujący narkotyczno-religijnych transgresji Swans, multimedalni Nurse With Wound czy stali bywalcy Unsoundu, Carter Tutti Void oraz Ben Frost. Wszyscy ci artyści posługują się różną stylistyką, ale doprowadzają swoje brzmienie do ekstremów. Swans potrzebują godziny, zanim się na dobre rozpędzą (zatrzymali się po blisko 180 minutach), budując kolejne ściany dźwięku za pomocą klasycznego rockowego instrumentarium. Carter Tutti Void serwuje słuchaczom reżim industrialnego beatu i dubowych pogłosów, który albo z miejsca odrzuca, albo bardzo powoli, wręcz niezauważalnie wciąga. Ben Frost, prezentujący materiał z płyty „A U R O R A”, zafundował w Hotelu Forum dźwiękową apokalipsę za pomocą mrocznych plemiennych bitów i chluśnięć syntetycznym hałasem. Jego album został zainspirowany wojną domową i ludobójstwem w Kongo. „A U R O R A” to jedna z najbardziej spójnych propozycji budowy osobnego dźwiękowego świata – strasznego i trudnego do wyrażenia. Ten sam katastroficzny trop kojarzył mi się zawsze z muzyką zamykającej tegoroczny Unsound Liz Harris, czyli Grouper. Tyle że w przeciwieństwie do dziejącej-się-na-naszych oczach spektakularnej katastrofy w slow motion (u Frosta), jej muzyka to raczej ścieżka dźwiękowa historii końcowego stadium obumierania, ilustracja powieści w rodzaju apokaliptycznej „Drogi” Cormaca McCarthy'ego. Muzyka Liz Harris, surowy ambient z folkowymi naleciałościami, przybiera zdecydowanie religijne tony. Jest w tej niezwykle prostej muzyce jakaś sugestia łączności z siłą wyższą albo z naturą. Niestety dobry sam w sobie występ Grouper okazał się koncertem na gitarę, wokal, taśmy i... bardzo głośno pracujący, uniemożliwiający jakiekolwiek skupienie projektor. Ale to zupełnie na marginesie.

Oprócz końca świata można było na tegorocznym Unsoundzie śnić zupełnie inny sen – o wschodnioeuropejskich peryferiach. Ten wątek pojawił się zresztą na zbieżnym ideologicznie z Unsoundem styczniowym festiwalu CTM w Berlinie, odbywającym się pod hasłem „DIS Continuity”. W tym kontekście wspaniale wypadł reaktywacyjny koncert grupy Księżyc, reinterpretującej wschodnioeuropejską muzykę ludową na oniryczną modłę. Muzyka Polaków w ogóle bardzo przyjemnie odbiegała od ponurej, unsoundowej normy. Był w niej najczęściej jakiś element humoru czy surrealizmu. Występujący w Klubie RE Jacek Mazurkiewicz wydobywał ze swojego kontrabasu dźwięki, o które nie podejrzewalibyśmy tego instrumentu. Duet Gorzycki/Gruchot (smyczki, laptop, perkusja) zasugerował kompletnie inną, lokalną i nieopisaną jeszcze wizję muzyki improwizowanej. Godzinne zrytmizowane działanie z kontrabasem i elektroniką tego pierwszego oraz perkusyjno-smyczkowe improwizacje były skrajnie odmienne w stosunku do reszty unsoundowego programu. Podobnie jak 45-minutowy set Piotra Kurka, który na bieżąco tworzył ścieżkę dźwiękową do surrealistycznego filmu „Rondo” Janusza Majewskiego z 1958 roku. O ile jednak jego występ wydawał mi się prowadzącą donikąd, mało wciągającą dla słuchacza (a wręcz irytującą) zabawą, to set Kapitalu (połową duetu jest Kuba Ziołek) wspólnie z francuskim gitarzystą awangardowym Richardem Pinhasem z każdą minutą budowania noise'owej ściany dźwięku pochłaniał coraz bardziej.

Unsound Festival: The Dream,
Kraków, 12-19 października 2014
Sprawdził się także program filmowy – choćby przypomnienie „Opętania” Żuławskiego z muzyką Andrzeja Korzyńskiego i szalonych „Stokrotek” Věry Chytilovej. Dziejący się w Berlinie Zachodnim horror Żuławskiego, poza wszelkimi tropami psychoanalitycznymi i zimnowojennymi, nasuwa całkiem zaskakujące skojarzenia. Bohaterowie, małżeństwo wysłane na placówkę do Berlina Zachodniego, będącego wysepką kapitalizmu w środku demokracji ludowej, żyje tam w bezpiecznej, pustej enklawie. Mieszkanie Marka jest kompletnie bezpłciowe – to jakieś stadium przejściowe między biurem a apartamentem hotelowym. Wrażenie sterylności potęguje sfilmowana w „Opętaniu” przestrzeń Berlina Zachodniego, modernistyczne osiedla i bezludne przejścia podziemne w metrze. Powstały w 1981 roku film ze swoim solipsyzmem i oszczędną, minimalistyczną estetyką wydaje się ultranowoczesny, projektując zarówno przyszłe modele pracy, jak i funkcjonowania w zglobalizowanym świecie. W scenariusz snu o wschodniej Europie wpisała się też dyskusja na temat książki Agaty Pyzik „Poor But Sexy” (zarówno „Opętanie”, jak i „Stokrotki” są w niej szeroko omówione, nieprzypadkowo więc oba filmy pojawiły się na festiwalu w jej towarzystwie). Opowiada ona o tym, jak wschodnia i zachodnia strona żelaznej kurtyny śniły i halucynowały na swój temat, a także o wzajemnych przepływach popkulturowych. Dlaczego nasza popkultura po 1989 roku wydaje się bardziej prowincjonalna niż w czasach Lema, Polańskiego, Borowczyka, Lenicy i Komedy? Wystawiany w Teatrze Starym „Król Ubu” Alfreda Jarry'ego w reżyserii Jana Klaty to z kolei szczypta wschodnioeuropejskiej autonienawiści – bezlitosne, momentami bluźniercze wytykanie polskich przywar, przedstawienie skarlałego świata polityki i postaci, przy których bohaterowie filmów Smarzowskiego to prawdziwi antyczni herosi. Za pojawiające się w czasie spektaklu strasznawe, spowolnione, zepsute wersje pop-rockowych szlagierów (takich jak „Orła cień”, „Wind of Change” czy „Nothing Else Matters” Metalliki) odpowiadał naczelny klaun Unsoundu Leyland Kirby. Znany m.in. z projektów takich jak Caretaker czy V/Vm muzyk na każdą edycję imprezy przygotowuje nową porcję grepsów. W 2011 roku „zaśpiewał” z playbacku piosenkę Eltona Johna z „Króla Lwa”, rok później wykonał balladę Bryana Adamsa. W tym roku wspólnie z aktorką Teatru Starego Justyną Puślednik, jako bis przedstawienia, wykonał „Don’t Give Up” Kate Bush i Petera Gabriela. Wybór tej piosenki jest w pewnym sensie znaczący – to pogromczyni listy przebojów Trójki i bardzo silny element polskiej popkulturowej pamięci lat 80., utwór w ostatnich latach często przypominany, choćby dzięki podobieństwu do utworu-memu Gotye i Kimbry, emitowanego do znudzenia „Somebody That I Used To Know”.

„The Dream” to w końcu peryferia muzyki elektronicznej i muzyka taneczna dekonstruująca samą siebie. Na festiwalu zagrała m.in. Suzanne Ciani, odkryta po wielu latach, tworzyła muzykę do reklam takich firm jak Coca-Cola czy Atari oraz oniryczny new age znany z albumu „Seven Waves”. Craig Leon jako producent ma na koncie kilka klasycznych albumów ze sceny punk (Suicide, Blondie, Ramones), ale na Unsoundzie zaprezentował, wraz z orkiestrą Sinfonietta Cracovia, swój wznowiony niedawno album „Nommos”, zapomniane ogniwo łączące minimal music z krautrockiem. Był to przyjemny dodatek do marzeń fana sci-fi i programów popularnonaukowych, jednak poziom muzyczny tego dzieła nie do końca pasował do miejsca (wielka sala nowo otwartego centrum kongresowego) czy uroczystej atmosfery ostatniego koncertu festiwalu. Włoch Lorenzo Senni rozebrał i odrealnił toporne trance’owe riffy, wzbudzając w Centrum Kultury Manggha euforię publiczności. Na podobnej zasadzie co Fin Sasu Ripatti (występujący jako Vladislav Delay, a pod innymi pseudonimami jako Luomo) zabrał się za dekonstrukcję popularnych na scenie tanecznej w ostatnich latach połamanych rytmów footworkowych. Jeden z najlepszych londyńskich producentów ze sceny garażowo-basowo-postdubstepowej The Bug zaprosił na scenę pół tuzina wokalistów, jednak na orbitę wyniósł mnie fragment z Ingą Copeland. Było to doświadczenie porównywalne z koncertem jej poprzedniego projektu Hype Williams na Unsoundzie w 2011 roku. Dużą salę w Hotelu Forum szczelnie wypełnił dym, a tło basowe było tak gęste, że można było wbić w nie nóż. 

Wrażenia zmysłowe były też silne w czasie zwiedzania zapachowo-dźwiękowej instalacji w Muzeum Narodowym. Brzmienia drone, bass i noise przygotowane przez stałych bywalców Unsoundu, Bena Frosta, Tima Heckera i Kode9 zostały połączone z wonią odpowiadających im perfum przygotowanych przez berlińskiego artystę Gezę Schoena oraz przypominającymi połączenia molekularne rzeźbami Piotra Jakubowicza (autora identyfikacji graficznej festiwalu). Podobnych emocji dostarczył też koncert Jenny Hval i Susanny Wallumrød w wypełnionej pracami malarzy historyzmu, Matejki i Bacciarellego, sali w Sukiennicach. Choć charakter ich malarstwa nie miał wiele wspólnego z muzyką Norweżek (kojarzącą się z Cat Power czy Laurie Anderson), to obecność monumentalnych obrazów okazała się dużo mocniejsza od nijakich wizuali, tak powszechnych na scenie elektronicznej.